Gertruda Stein & Alicja B. Toklas & Wiele Wiele Kobiet | Rozmowa z reżyserką spektaklu Agnieszką Małgowską

Gertruda Stein & Alicja B. Toklas & Wiele Wiele Kobiet,
czyli jak popsuć pozowaną fotografię.
Z reżyserką spektaklu Agnieszką Małgowską rozmawia Magdalena Wielgołaska

STEIN & TOKLAS plakat

Wiem, że tworzysz spektakle najchętniej w kobiecej energii. Tak powstały w ramach duetu Damski Tandem Twórczy m.in. Orlando. Pułapka?, Sen i 33 sztuka. Teraz zbliża się premiera przedstawienia Gertruda Stein & Alicja B. Toklas & Wiele Wiele kobiet. I znowu same kobiety. Opowiedz, jak doszło do  spotkania twórczyń tego projektu.

Kobieca energia jest dla mnie bardzo ważna, czuję się w niej bezpiecznie. Może dlatego te spotkania z kobietami po prostu się zdarzają. Tak też było w przypadku najnowszego spektaklu. Wszystko zaczęło się na ławce na tyłach Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie. Byłyśmy z Moniką Rak  na koncercie dyplomowym młodej kompozytorki Magdaleny Białeckiej, którą już znałyśmy, słyszałyśmy jej operę Wianki, wykonaną w PSM II st. im. Józefa Elsnera w Warszawie. Ale tym razem zobaczyłyśmy ją jako performerkę. Niby koncert organowy a kompozytorka uczyniła z niego zdarzenie performatywne. To chyba była ta chwila, kiedy przyszła mi do głowy myśl, że ta muzyka nadaje się do teatru. To wydawało się szaleństwem. Ale tuż po koncercie zaprosiłyśmy ją na wspomnianą ławeczkę i Magdalena zgodziła się skomponować muzykę do spektaklu o Gertrudzie Stein i Alicji B. Toklas. A za chwilę dołączyła do projektu Agata Sasinowska, aktorka i śpiewaczka operowa, która siedziała z nami wtedy na tej samej ławce. I stało się.

Nazwałyście swój spektakl nanoopera. Od razu pokochałam to słowo. Sprawdziłam w internecie i nie znalazłam takiego określenia, rozumiem więc, że to wasz oryginalny pomysł.

Nanoopera to rzeczywiście określenie stworzone na potrzeby tego spektaklu i dokładnie znaczy: mikroskopijna opera. Na taką formę operową mnie stać. Uwielbiam operę, bo jest cudownym skandalem artystycznym. Jest nadęta. Jest kampowa. Odrealniona. To wielka sceniczna fantazja. Ale bardzo kosztowna. Brak pieniędzy nie mógł mnie jednak ograniczyć, więc wymyśliłam nanooperę. Gdybyśmy miały przymierzać nasz pomysł do klasycznej, operowej definicji, to raczej się jej nie trzymamy. Ale po operowych inscenizacjach Krzysztofa Warlikowskiego, który potraktował operę jako nieograniczony współczesny teatr i pokazał, że śpiewak/czka swym głosem wyraża emocje i osobowość postaci, nabrałam odwagi i zdefiniowałam dzieło operowe na nowo. Zobaczyłam je jako hermetyczne skodyfikowane teatralnie zdarzenie oparte na muzyce, w którym emocje wyraża ludzki głos. To pozwoliło mi uwolnić się od myślenia o wielkich teatrach, orkiestrze i chórze. Mogłam zrobić operę.

W teatrze offowym profesjonalni muzycy/profesjonalne muzyczki to totalny luksus.

Jeśli mówimy o takim offie bez pieniędzy, to tak. Bardzo nad tym ubolewam, bo dla mnie muzyka w teatrze ma ogromne znaczenie. Na oczy nie widziałam wcześniej śpiewaczki, tym bardziej kompozytorki, która zgodziłaby się wziąć udział w przedsięwzięciu non-profit. A gdy do zespołu dołączyła pianistka Natalia Czekała, to naprawdę myślałam, że śnię. Dla Magdaleny Białeckiej i Agaty Sasinowskiej na szczęście nasza propozycja była wyzwaniem, dlatego zaangażowały się. A my wtedy postanowiliśmy, że muzyka nie będzie tłem, tylko za jej pomocą opowiemy o całym kobiecym świecie, w którym żyły Gertruda i Alicja. Gertruda Stein w swych tekstach oczywiście mówi o kobietach, ale głównymi bohaterami jej świata byli mężczyźni – Picasso, Matiss, Hemingway. Zdecydowaliśmy, że w tej opowieści zmienimy akcenty. Skupimy się na kobietach, które otaczały, znały, wspierały Alicję i Gertrudę, ale też na tych, które są imiennymi i bezimiennymi bohaterkami tekstów Stein. Te kobiety stanowią treść naszej Litanii na fortepian i głos kobiecy. My o nich nie mówimy, my je wyśpiewujemy.

Czy w takim razie można powiedzieć, że to jest spektakl feministyczny?

Bez wątpienia. Inaczej nie umiem opowiadać o kobiecej rzeczywistości. Feministycznie odczytujemy także historię tytułowych bohaterek. Być może trochę wbrew Gertrudzie Stein, która bywa nazywana feministką, ale tzw. kwestię kobiecą traktuje w sposób nieoczywisty. Bo z jednej strony w Autobiografii Alicji B. Toklas czytamy, że „Gertruda Stein nie ma nic przeciwko kwestii kobiecej ani przeciwko jakiejkolwiek innej, kwestii ale że się tym nie zajmuje”. Jednocześnie znajduję jedno małe zdanie o tym, że Gertruda lubiła czytać o sufrażystkach. Napisała nawet  libretto opery Matka nas wszystkich, której bohaterkami były amerykańskie działaczki na rzecz praw kobiet: Susan B. Anthony oraz  Elizabeth Cady Stanton. A jej wielką nieszczęśliwą miłością w czasach studenckich była feministka Mary A. Bookstaver. Gdyby jednak zapytać Stein, czy jest pisarką czy pisarzem, z pewnością byłaby pisarzem. Do tego geniuszem. Mogłabym mnożyć takie nieoczywistości. Dotyczące także lesbijskiej orientacji, czy żydowskiego pochodzenia. Ale zdaje się, że o takie niejednoznaczności Stein chodziło. To widać nawet w tak prostej sprawie jak strój, który nie mieścił się w schemacie binarnej płciowości.

REKWIZYTY. cytaty. RÓŻA (1)

Dlaczego zdecydowałaś się na przygotowanie spektaklu na podstawie tekstów Gertrudy Stein? Damski Tandem Twórczy raczej radykalizuje przekaz lesbijski niż go rozmywa.

Pomysł, żeby zrobić spektakl na motywach tekstów Gertrudy Stein, to konsekwencja postanowienia Damskiego Tandemu Twórczego, by teatralnie interpretować teksty światowej klasyki, tworzonej przez kobiety nieheteronormatywne. To jeden z wątków naszej teatralnej aktywności, który pozwala nam zmierzyć się z postaciami i tematami, z którymi nie zawsze nam po drodze, bo  albo nas drażnią albo nudzą. Dzięki temu możemy zobaczyć nowe aspekty nieheteronormatywności. To nas ratuje przed przekonaniem, że istnieje tylko jedna perspektywa – nasza.  Ponadto w polskim teatrze  klasyka nieheteronormatywna to biała plama, mamy okazję ją choć trochę pokolorować. Dlatego  w 2010 zrobiłyśmy przedstawienie na podstawie powieści Virgini Woolf, a teraz pracujemy nad tekstami Gertrudy Stein.

Zastanawia mnie, dlaczego tak ważne dzieła nie trafiają na sceny polskich teatrów?

Mogę się domyślać, że w przypadku powieści Orlando problemem jest tytułowa postać, czyli osoba nieidentyfikująca się z żadną płcią. W przypadku twórczości Gertrudy Stein mam podejrzenie, że to po prostu sprawa języka. Jej teksty są właściwie nieprzetłumaczalne na polski. Tak naprawdę powinnam zrobić spektakl z wykorzystaniem tekstów oryginalnych, a nie chce tego. Nie wyrażam sobie, że będę robić w Polsce przedstawienie po angielsku. Tłumaczenia klasyki światowej to interpretacja i rozwój języka polskiego. Po to wciąż na nowo tłumaczy się Szekspira, żeby zobaczyć jak brzmi w zmieniającym języku polskim na przykład Hamlet. Dlatego właściwie każde pokolenie ma swoje tłumaczenie szekspirowskie. Chciałam więc zrobić teksty Stein po polsku, nawet jeśli mam świadomość, ile tracimy w procesie translatorskim, nawet jeśli nie mam zbyt wielkiego wyboru polskich przekładów. A jest ich ledwie kilka. Przypomnę: Autobiografa Alicji B. Toklas i Autobiografa każdego z nas, Czule guziczki, Ciężki brzuszek, Lucy Kościół, Ida, Panna Furr i Panna Skenne. Moja żona ma krowę. I może jeszcze parę innych niewielkich utworów w tłumaczeniu m. in. Anny Kołyszko, Miry Michałowskiej, Adama Zdrodowskiego. Wiem, że spektakl z wykorzystaniem fragmentów tekstów Gertrudy Stein to ryzyko, także z innych powodów. Ale dlaczego nie zaryzykować. Szczególnie, że przygotowuję przedstawienie, a nie wieczór literacki. Wiele elementów tekstu jak rytm, struktura znajdują sceniczny ekwiwalent w postaci dźwięku, obrazu, ruchu.

Ale chyba jest tekst Gertrudy Stein, który był punktem wyjścia do pracy nad spektaklem?

Nawet trzy teksty: Autobiografia Alicji B. Toklas, Czułe guziczki, Panna Furr i Panna Skenne. Każdy tekst w inny sposób wpłynął na spektakl. Panna Furr i Panna Skenne podsunęły nam główny temat  spektaklu, czyli odkrywanie i doskonalenie głosu, rozumianego dosłownie, ale też metaforycznie jako kobieca osobowość twórcza. Autobiografa Alicji B. Toklas dostarczyła nam subiektywnych informacji o głównych bohaterkach, ale też dzięki niej powstała kobieca litania. Chyba też podejrzałyśmy w tym utworze poczucie humoru. A Czułe guziczki były najbardziej inspirujące strukturalnie. Dzięki temu tekstowi skonstruowałyśmy historię pary nieheteronormatywnych kobiet, która składa się nastrojów, emocji, zakodowanych w gestach, czynności, przedmiotach, obrazach.

Skoro nie wykorzystałyście konkretnych dzieł, to interesuje mnie, jak powstawał scenariusz.

Nie przepadam za inscenizowaniem gotowych dzieł. Wolę tworzyć scenariusze paczworkowe. Ostatecznie ten powstał na podstawie kilku wybranych intuicyjnie fragmentów tekstów Stein i  jednego cytatu z Książki kucharskiej Alicji B. Toklas, paru faktów biograficznych, fotografii oraz improwizacji do muzyki Magdaleny Białeckiej. Nad scenariuszem zawsze pracuje zespól aktorski, ja tylko zbieram, nadaję kierunek. Taki sposób pracy daje twórczyniom możliwość pełniejszego uczestniczenia w projekcie, zresztą ja nie chcę tworzyć spektakli sama, chyba zresztą nie umiem. Buduję z tego, co widzę, trochę jak Gertruda, która mawiała, że nie tworzy z wyobraźni, opisuje, co widzi.  Taki sposób pracy pozwala też artystkom – poprzez bohaterki – opowiedzieć o sobie samych. W efekcie powstał spektakl, który jest naszym wyobrażeniem bohaterek i jednocześnie dialogiem z nimi.  Kolektywny proces pracy w przypadku tego przedstawienia przybrał bardzo specyficzną formę. Nad rola Alicji B. Toklas pracowały trzy aktorki. Z dwiema współpraca się urwała, co – paradoksalnie –  okazało się twórcze.  Z pierwszą aktorką robiłyśmy analizę tekstów, z drugą – ustawiałyśmy sceny, a z trzecią – budujemy postać i zbieramy wszystko w całość. Gertruda jest od początku ta sama – Monika Rak. Nasza Gertruda przejrzała się więc w trzech Alicjach. Prawdziwe bogactwo, choć okupione stresem i bardzo długim czasem  przygotowań.

Długi proces pracy nad spektaklem to Twój znak rozpoznawczy.

Tak, to prawda. Tym razem przygotowania trwały aż trzy lata. Ten długi czas pracy to wynik działania poza teatrem instytucjonalnym i poza systemem grantów. Dzisiejsza kultura jest przyzwyczajona do tego, że spektakl powstaje szybko. Ja to w pewnym sensie rozumiem. Teatr mainstreamowy –  ten instytucjonalny czy prywatny –  to przedsiębiorstwo, w którym są: terminy, umowy, pieniądze i w końcu produkt. Natomiast ja myślę, że spektakl to przede wszystkim spotkanie twórczyń, mierzenie się z materiałem, doskonalenie ciała i energii, trudno więc w krótkim czasie przeżyć całość procesu ze wszystkimi konsekwencjami. Interesuje mnie improwizacja, pogłębieniu tematu, szukanie koncepcji roli bez powielania chwytów aktorskich. Dla mnie pierwsze trzy miesiące to jest czas próby, kiedy ujawniają swe intencje i oczekiwania, wygasają słomiane zapały. Dopiero wtedy nadchodzi etap rozwoju. I może to trwać rok, dwa. Dlatego teatr procesowy, eksperymentalny jest uciążliwy. Zazwyczaj artyści/artystki angażują się na trzy miesiące, chcą mieć z głowy jeden projekt, by móc zacząć następny. Ja tego nie chcę. Nawet jeśli to oznacza spowolnienie, trudności. Potrzebuję czasu na błędy artystyczne, na poszukiwania, niemoc etc. Muszę na dłuższy czas w kobiecej energii skupić się na pracy twórczej. Zwłaszcza, że wciąż toczyć trzeba boje, teraz już niemal w każdej sprawie. Odizolowanie to oddech.

A nie ucieczka? Można Wam zarzucić, że to tworzenie w kobiecym gronie na offie, to separatyzm, zamykanie się. Tak kojarzy się nadal współczesne działania lesbijek.

Temat bumerang. Od dawna mu się przyglądamy i spektakl, o który rozmawiamy, dotyczy hermetyczności pary lesbijskiej. Staram się zobaczyć problem wieloaspektowo, znaleźć dobre i złe strony, zrozumieć, dlaczego tak jest, co to daje, jakie są konsekwencje. Alicja i Gertruda stworzyły sobie świat, w którym pełna pychy Gertruda chciała czuć się jak geniusz, a jej boadygardką była Alicja. Alicja pilnowała, żeby Gertruda mogła w spokoju pisać, kiedy chce i jak chce. Bez względu na to, co się działo na około. Stanowiły nierozerwalny duet. Nie ma Gertrudy bez Alicji. Nie ma Alicji bez Gertrudy. Tylko we dwie mogły się zmierzać do celu, którym była sława literacka Stein. Były swoją wzajemną gwarancją. Tworzyły związek na wzór heteronormatywnych par, żyły jakby nie różniły się niczym od reszty świata, jakby nie były lesbijkami. Zaklinały rzeczywistość, żeby spełniała ich oczekiwania. Myślę, że tkwiły w tej mentalnej bańce, która pozwoliła im przetrwać aż do wydania Autobiografii Alicji B. Toklas, która przyniosła im sławę. To oddzielenie przypomina wewnętrzną emigrację. Przecież do historii przeszedł ich słynny paryski salon artystyczny na 27 Rue de Fleurus, więc mamy wrażenie otwartości, przynależności do artystycznych elit, a nawet ich kreowania. Ale ten salon na początku był otwarty, a później stopniowo się zamykał. W końcu Alicja wpuszczała do Gertrudy tylko tych, którzy byli wystarczająco świadomi geniuszu Stein albo wystarczająco użyteczni.


REKWIZYTY. cytaty. WEŁNA
To  budowanie lesbijskiej dwuosobowej oazy wewnątrz heteroświata?

Tak to widzę. Choć nie sądzę, by to tak widziały Alicja i Gertruda. Ich model działania był w kontrze do lesbijskiego kręgu Natalie Barnay. Tu lesbijki famme i butch spotykały się w zamkniętym gronie, by pławić się w swym safizmie. To ponoć skazywało je na marginalizację, Gertruda nie chciała tej marginalizacji. Szczerze mówiąc to najtrudniejszy dla mnie do oswojenia element historii Stein & Toklas. Takie myślenie oznacza zgodę na nieswoje gry, tylko po to, by nas nie marginalizowano, oznacza deprecjonowanie tych kobiet nieheteronormatywnych, które potrzebują jasnej tożsamościowo grupy. Dla mnie to za wysoka cena. Paradoksalnie powoduje, że i tak trzeba zacieśniać związkową relację, budować swoją lesbijską maleńką wysepkę, która daje chwilę spokoju, pozwala żyć, tworzyć, zbierać siły. Niektóre z nas w tym zostają, niektóre traktują jako azyl. A co się na tej wysypce dzieje bywa piękne i straszne. Natomiast każde wystawienie głowy to zazwyczaj zmierzenie się z hejtem. I Gertrudę to spotykało. Każda publikacja oznaczała lekceważące opinie o pisarstwie panny Stein. Jaką trzeba mieć odporność, żeby to znieść. Ta strategia przyniosła efekty. Stein dzięki Toklas osiągnęła cel – została geniuszem literatury, którego w sumie rzadko się czyta, nie rozumie, ale w annałach jest. Po śmierci Stein, Toklas jako żona geniusza zadbała o spuściznę partnerki. W efekcie dostaliśmy jakiś dziwny wizerunek, o nazwie Gertruda Stein i Alicja B. Toklas, który wygląda jak pozowana fotografia. My ją w spektaklu psujemy.

Minęło ponad 100 lat. Paryż pierwszej polowy XX wieku nie różni się – jak widzę – od Polski w pierwszej połowie XXI w. Czy spektakl odnosi się konkretnie do polskich realiów?

My, jako Damski Tandem Twórczy też jesteśmy odniesieniem do Alicji i Gertrudy. Dobrze mnie zrozum, nie chodzi o to, że się z nimi porównujemy jeden do jednego, raczej jedna do jednej, bo jak mogłybyśmy się porównać (śmiech). Ale Gertruda i Alicja tworzyły lesbijski tandem twórczy, bez względu na to, czy same siebie tak określały, czy nie. Ich relacja to taki wzorzec-matka, w którym, gdy się bliżej przejrzałyśmy, zobaczyłyśmy sprasowane w jeden portret kilka modeli lesbijskich par. Wtedy uświadomiłyśmy sobie też, że ich działania nie były takie oczywiste. W filmowym tle spektaklu pokazujemy impresje na temat tych par. Jeśli widzowie/widzki będą dociekliwi, to w tych filmowych obrazach znajdą odnośniki do znanych w środowisku polskich lespar. To są bardzo subtelne aluzje w porównaniu z tym, co wpisywała Stein o artystycznym środowisku w Autobiografii Alicji B. Toklas. Ale to zupełnie inny temat.

Nie można więc po tym przedstawieniu spodziewać się prostej linearnej historii. To ryzykowne dla Was jako twórczyń, ale też intrygujące dla osób lubiących układanki.

Nie strasz! Spektakl będzie wizualny, będzie muzyczny, będzie emocjonalny. Zawsze można popatrzeć, posłuchać, poczuć! To prawda, że ten przedstawienie jest jak zestaw klocków, które rozrzuciłyśmy i zabrałyśmy obrazek, według którego trzeba elementy ułożyć. Ale myślę, że każdy znajdzie sposób, by te klocki uporządkować. Możliwości jest wiele. Ale oczywiście nie ukrywam, że chcemy postawić gości/gościnie przedstawienia w sytuacji bezradności, w jakiej my znalazłyśmy się, zmagając się z twórczością Gertrudy Stein albo choć pokazać wielowarstwowość jej dzieł.

Zatem do zobaczenia w Teatrze Druga Strefa 8 września, w 110 rocznicę spotkania Gertrudy Stein i Alicji B. Toklas.

A po przedstawieniu zapraszamy widzów na rozmowę. Koniecznie. Chcemy usłyszeć, co widzowie/widzki przeżyli/ły, co zobaczyli/ły, co się podobało a co nie. Przede wszystkim dlaczego tak i dlaczego nie. Bo tak naprawdę przedstawienie to pretekst do rozmowy o kobietach nieheteronormatywnych. Na tym nam zależy szczególnie.


BILETY
https://goingapp.pl/evt/1046619/gertruda-stein-alicja-b-toklas-wiele-wiele-kobiet

WIĘCEJ

http://teatr2strefa.pl/pl/repertuar/gertruda-stein/
https://www.facebook.com/damskitandemtworczy/
http://steintoklaswielekobiet.blogspot.com/


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *