LESBIJSKA INSPIRA I Dziś określam siebie jako osobę panseksualną. Rozmowa z Alex Knapik

AM: Czy mam do Ciebie mówić Alex, Aleksandra czy Ola?

AK: Alex wolę. Za imieniem Ola nie przepadam, doceniam, gdy ktoś go nie używa.

AM: To ustalone. Poznałyśmy się w Łodzi podczas spotkania w ramach Łódzkiego Maratonu Równości. Zerknęłam na Twoją notkę biograficzną, która była przy tym wydarzeniu i zobaczyłam, że byłaś Stanach na stypendium i nazwę organizacji Queer UVA. Nie mogłam więc nie zaprosić Cię do rozmowy. [śmiech]

AK:.Studiowałam na Uniwersytecie Stanowym w Virginii przez 5 lat – robiłam badania do pracy magisterskiej i doktoratu z biochemii. W którymś momencie związałam się dosyć luźno z aktywistyczną grupą Queer UVA, głównie z powodu chłopaka, który przyjechał do nas na stypendium i tam się wyautował. Zaprzyjaźniliśmy się, on przy mnie godził się z faktem, że jest gejem, a że pochodził z wielodzietnej rodziny, wierzącej i z małej miejscowości, to było dla niego przeżycie. Cieszę się, że nasza społeczność była dla niego bezpieczna i akceptująca.

AM: A jak wyglądało Twoje tęczowe życie w tamtym czasie?

AK: Wtedy w Stanach wyautowała się większa liczba osób, wspólnie chodziliśmy na różne wydarzenia i imprezy, które Queer UVA organizowało, na przykład pokazy teatralne czy imprezy typu “queer prom”, czyli bal maturzystów dla osób nieheteronormatywnych. Pomysł był taki, że można było przeżyć bal maturalny, ale z partnerem/partnerką z własnego wyboru, bez względu na płeć. Poza tym chodziliśmy na imprezy do klubów LGBTQ. W Stanach są kluby branżowe, a nawet tęczowe dzielnice. Takie miejsca, w których można poznać ludzi ze środowiska i porandkować.

AM: Czy w miejscowości, w której studiowałaś, była tęczowa dzielnica czy tylko kluby?

AK: W Charlottesville były tylko dwa kluby. To małe miasto, 60 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy to studenci, ale dla mnie to była ogromna przestrzeń wolności. Byłam za granicą, w bezpiecznej przestrzeni i nie miałam tego stresu, co ktoś sobie pomyśli. W Stanach – w grupie przyjacielskiej czy w pracy – wszyscy raczej wiedzieli, domyślali się, że nie jestem osobą heteronormatywną. Ale nie robiłam z tego wielkiego halo, nie autowałam się oficjalnie. Stany były dla mnie przestrzenią zupełnej swobody, zaprzyjaźniłam się z wieloma osobami nieheteronormatywni. Czułam się jak w domu i wreszcie we własnej skórze.

AM: W którym to było roku? Jaka była wówczas sytuacja osób LGBTQ+ w Stanach?

AK: Byłam w USA w latach 2007-2012. W roku 2008 były pierwsze wybory Obamy.  Wtedy jeszcze małżeństwa jednopłciowe czy związki partnerskie nie były w Stanach legalne. Z wyjątkiem Massachusetts. To się zaczęło dopiero zmieniać. Podczas mojego pobytu miały miejsce incydenty, które wstrząsnęły społecznością akademicką. Dwóch gejów, którzy szli za rękę, zostało pobitych w centrum miasta. To był ogromny szok, że ktoś zrobił coś takiego. Mimo tego, że to Virginia, południe, a Charlottesville w zeszłym roku zasłynęło pochodem Ku Klux Klanu, to jest to bardzo liberalne miasteczko. Zazwyczaj wygrywali tam demokraci. Aby studiować na UVA przyjeżdżali ludzie z różnych stron świata – było duże poczucie wolności.

AM: Wróciłabym do Queer UVA. Opowiesz coś jeszcze o Twoich aktywnościach lgbtowskich?

AK: Tak naprawdę te aktywności, to była tęczowa socjalizacja. Spotykaliśmy się, imprezowaliśmy, chodziliśmy na przedstawienia, koncerty. Czasami zahaczaliśmy o prawa kobiet. Pamiętam performensy oparte na prawdziwych historiach, które młodzi geje i lesbijki spisali, a potem były odczytywane przez aktorów. Wśród nich była bardzo mocna historia o lesbijce, której pierwszy kontakt seksualny był gwałtem, dokonanym przez kolegę na schodach Rotundy – bardzo symbolicznego miejsca dla UVA. To mną wstrząsnęło. Także te moje aktywności LGBTQ+ ciężko nazwać aktywizmem.

AM: To o czym mówisz, to tworzenie tak naprawdę szeroko rozumianej kultury, o tożsamości i orientacji można mówić przez sztukę, przez tworzenie nowego stylu imprezowania, szukania sposobu obecności, dojrzewania, poznawania siebie. Ja tak to rozumiem. Aktywizm jako wychodzenie na ulicę w Marszach i sztandary, pisanie petycji, to jest jedna z możliwości. Dobrze mieć przestrzeń, w której można swobodnie funkcjonować, łapać oddech.

AK: Też tak mi się to kojarzyło, ale aktywizm w Polsce jest zupełnie inny. W Stanach poczułam właśnie taki oddech, że nie muszę udawać. W Polsce co prawda też nie było źle, na przykład w liceum moja klasa była akceptująca. Wiele dziewczyn eksperymentowało ze sobą, całowałyśmy się czy tańczyłyśmy razem na imprezach. Miałam wtedy poczucie, że jestem u siebie, że to jest normalne.

AM: Co dla Ciebie oznacza psychoseksualne “bycie u siebie”? Czy możesz i chcesz to sprecyzować?

AK:  Długo nie umiałam ani nie czułam potrzeby określenia się. Ale już w szkole podstawowej byłam zafascynowana jedną z nauczycielek i z perspektywy czasu myślę, że było to blisko zakochania się. W liceum było dla mnie bardzo naturalne, że zaczęłam mieć kontakty z chłopakami i dziewczynami w równym stopniu. I przez długi czas myślałam i określałam siebie, jako po prostu osobę biseksualną. Zdarzało mi się też zakochiwać w heteroseksualnych dziewczynach i mieć relacje z gejami, czasami byłam jedynym „kobiecym przypadkiem” w ich życiu. Zakochuję  się w osobie, niezależnie od płci, orientacji czy tożsamości tej osoby. I myślę, że Kasia tutaj jest chyba najlepszym przykładem. Zawsze lubiłam osoby, które były na pograniczu, androgyniczne, transgender. Rodzice wzdychali, że moi mężczyźni są mało męscy. Moja mama w szczególności marzyła, że to będzie taki zięć-drwal, dominujący i męski. Ale to było jej oczekiwanie, nie moje. Dla mnie tacy stereotypowo męscy mężczyźni są kompletnie aseksualni.

AM: No tak, [śmiech] brzmi to przewrotnie. Ale jeszcze dopytam: to jak się określasz, bo nie odpowiedziałaś na pytanie

AK: Z czasem zaczęłam czytać, dowiadywać się na temat takich osób jak ja. Dziś określam siebie jako osobę panseksualną. Ale to jest takie określenie, które wielu osobom nic nie mówi, więc myślę, że biseksualność jest łatwiejsza do przełknięcia. Albo po prostu osoba nieheteronormatywna.

AM: Pewnie niektórzy nazwaliby Cię osobą queer.

AK: Tak właśnie, pojęcia queer i panseksualizm pasują teraz do mnie.

AM: Kasia, Twoja partnerka, z którą rozmawiałam w ramach Lesbijskiej Inspiry nazywa Waszą relację lesbijską.

AK: Tak, dlatego że ja jestem kobietą, a ona jest transkobietą. Tak wyszło… [śmiech] Aczkolwiek ja nie mogę siebie nazwać lesbijką, bo kocham nie tylko kobiety. Z Kasią też tak trochę było, że ona dochodziła do określenia swojej tożsamości. Jak zaczęłyśmy się spotykać, Kasia jeszcze była pomiędzy, jeszcze miała męskie imię Michał i określała się jako transgender. Czasami o sobie mówiła w rodzaju żeńskim, najczęściej w męskim. A ja nie miałam oczekiwania, że ona będzie moim chłopakiem. Po prostu dałam jej przestrzeń, na zasadzie: będzie, co będzie. Bardzo szybko mi powiedziała, że czuje się bardziej kobieco i ta kobiecość coraz bardziej zaczęła z niej wychodzić – w ruchach, w sposobie bycia, mówienia, a ja czułam, że jest w Kasi dużo więcej dziewczyny niż to pokazywała na zewnątrz. Dlatego w pewnym momencie zapytałam o kobiece imię. Wiedziałam, że ma kobiece imię dla siebie. I miała – Kasia. Najpierw używałyśmy go w domu. Ale po miesiącu wyszła z tym imieniem do ludzi i zaczęła go używać, zmieniła też imię na Facebooku. W końcu zaczęła używać go wszędzie. Była kolejną osobą, która przy mnie przeszła ewolucję, wyautowała się, znalazła swoją przestrzeń i bezpieczeństwo, żeby poeksperymentować z tożsamością i zobaczyć co jest dla niej dobre.

AM: Obie pokazujecie pewien proces: płynności płci i orientacji. Odważne, choć de facto oczywiste.

AK: Tak, dla mnie to ciągły proces. W Stanach miałam moment eksperymentowania z tożsamością przez ubiór. Na początku byłam typową dziewczyną z polskiego uniwersytetu, w półbutach, marynarce. A tam w pracy w laboratorium to jest kompletnie niemożliwe. W ogóle wszyscy ubierają się w USA luźno, jakoś nie ma specjalnego nacisku na „odpowiedni” styl. Zastanawiałam się wtedy nad swoją ekspresją, byłam bardziej chłopczycą, miałam grupę kolegów, którzy mówili do mnie jak do kumpla, chodziłam z nimi na piwo i jeździłam na narty. Nosiłam więcej męskich ubrań, prostowałam włosy, nie malowałam się, grałam jakimiś elementami typu półbuty, które w ogóle wywołały szok. Mój tata był przerażony, że kupiłam sobie męskie buty. W Stanach to też okazało się być dużym przekroczeniem, ludzie mieli z tym problem. Gdy w pracy w Polsce kiedyś zostawiłam te buty w damskiej szatni, rozniosło się ze zgrozą, że „o boże, tu jakiś mężczyzna się przebierał”.

AM: Niewiarygodne, że męskie buty wywołują takie wielkie naruszenie. I co po tym męskim etapie się zdarzyło z Twoją tożsamością?

AK: Jak wróciłam do Polski, a szczególnie jak zaczęłam działać w Dziewuchach, to bardziej eksponuję swoją kobiecą stronę. Tak naprawdę, dla mnie, to nie ma jakoś znaczenia.

AM: Szkoda, że dla innych ma…

AK: No właśnie. Widać to na przykładzie Kasi: od kiedy używa kobiecego imienia, zapuściła włosy, ma bardziej kobiecą ekspresję, to widzę, że łatwiej jest jej rodzinie, dużo częściej jest odbierana jako kobieta. Ale i ona sama się zmieniła. Gdy miała jeżyka na głowie, poruszała się mniej płynnie, widziałam, że jest jakby bardziej nastroszona i przyjmuje taką męską obronną pozycję. Wydaje mi się, że to ludziom mindfucka robiło, są przyzwyczajeni, że jest albo mężczyzna albo kobieta. Gdy bardziej przesunęła ekspresję w kobiecą stronę, to łatwiej jest ludziom ten cały problem przełknąć.

AM: Ale to, o czym mówisz, prowadzi do przystosowywania się do oczekiwań innych.

AK:  Właśnie, to dylemat. Z jednej strony rozumiem tę binarnosć, żyjemy w takiej kulturze, widzimy głównie takich ludzi, ale z drugiej strony nie rozumiem, jakie to może mieć znaczenie, co mamy w majtkach. To niby definiuje człowieka. Jak spotykasz osobę cis płciową, to nie pytasz jej czy ma penisa czy waginę. A jak się pojawia osoba transpłciowa, to wszystkich najbardziej interesuje, co jest w majtkach.

AM: Binarna fiksacja. Wdrukowany odruch.

AK: Lubię to rozbijać. W Stanach kiedyś przeprowadzałam żartobliwą ankietę wśród hetero znajomych, czy woleliby się umówić z dziewczyną z penisem, czy z chłopakiem z waginą. To ich rozwalało kompletnie. Nie wiedzieli, co mają odpowiedzieć.

AM:  Aha, czyli jesteś performerką.

AK: Trochę tak.

AM: Ostatnio coś podobnego powiedziała Jej Perfekcyjność w swojej audycji “Jej Perfekcyjność zaprasza na drinka”. Przyznała, że bardzo lubi sytuacje, kiedy następuje taki towarzyski kwas, uwielbia je przetrzymywać. To można odczytać jako formę dręczenia, ale to też przyglądanie się, jak człowiek radzi sobie z niewygodną sytuacją. Wprowadzasz ludzi w dysonans poznawczy i patrzysz co dalej.

AK: Ja to nic, dopiero Kasia swoją osobą wprowadza ludzi w dysonans poznawczy. [śmiech] Jedna z Dziewuch powiedziała, że Kasia budzi w każdej kobiecie lesbijkę. Oczywiście zdarza się, że ludzie reagują bardziej negatywnie, bywało, że ktoś na ulicy krzyknął – gdy miała krótkie włosy i widać było tę męską część – pedał. Teraz, gdy jesteśmy razem, idziemy, trzymamy się za ręce, całujemy, ludzie czasami po prostu nie wiedzą, co krzyczeć. Nie wiedzą jak nas nazwać, a zatem jak nas wyzwać. [śmiech]

Miałyśmy kiedyś taką sytuację: na ulicy stał kaznodzieja z mikrofonem, grzmiał o grzechu w takim amerykańskim stylu. Nie mogłyśmy tak po prostu przejść, stanęłyśmy na wprost niego i zaczęłyśmy się całować. Zaczął się jąkać, schował się za swoim namiotem i próbował coś mówić o ogniu piekielnym, ale za bardzo mu to nie szło. [śmiech]

AM: Styl agitacji kaznodziei amerykańskich, ale zachowanie już polskie! [śmiech]. Jeszcze raz wróciłabym do USA. Interesuje mnie bardzo sytuacja lesbijek w USA. Czy są równorzędną częścią tęczowej społeczności, czy też są marginalizowane jak w Polsce?

AK: W Stanach jest bardzo silny stereotyp, że jak dziewczyna ma krótkie włosy, to jest lesbijką. Mieszkałam z koleżanką, która była androgyniczna, nosiła krótkie włosy i właśnie z tego powodu często była brana za lesbijkę, mimo że nią nie była. Druga moja obserwacja jest taka, że – moim zdaniem – lesbijek było po prostu mniej, albo są bardziej nieśmiałe, przez to mniej widoczne. Trzecia obserwacja, że faktycznie wszystko było jednak nakierowane na gejów. Przewodniczącym Queer UVA był chłopak.

AM: Obserwowałaś tęczowe życie tylko w Charlottesville?

AK: Nie tylko. Jeździliśmy też do Nowego Jorku, który jest specyficzny, inny niż typowe miasta amerykańskie, gdzie najczęściej jest tylko jedna, wyraźnie ograniczona tęczowa dzielnica. Tak jest w Bostonie, Chicago, Filadelfii. W Nowym Jorku tęczowe kluby są przemieszane w okolicach Green Village, Soho, ogólnie na obszarze dolnego Manhattanu. W sumie nie szukałam tam typowo lesbijskich miejsc. Słyszałam, że są, więc możliwe, że po prostu do nich nie trafiłam.

AM: Cieszę się, że mówisz o Ameryce bez bałwochwalstwa i pokazujesz jej dwa oblicza: liberalne i patriarchalne.

AK: Ja – trzeba to jasno powiedzieć – byłam w pewnej bańce. Po pierwsze, to był uniwersytet, a po drugie trzymałam się z ludźmi queerowymi, przebywającymi w miejscach otwartych. Ale tak naprawdę większość społeczeństwa amerykańskiego jest patriarchalna. Wcale nie ma dużej postępowości. Wiele osób jest wierzących, swoje życie i przekonania ma sformatowane przez religię. Powiedziałabym, dużo bardziej niż w Polsce.

AM: Trudno to sobie wyobrazić. [śmiech] A jak było, gdy z tamtej rzeczywistości, trochę bajkowo-bańkowej wróciłaś do Polski? Od razu wpadłaś w Łódzkie Dziewuchy?

AK: Bardzo nie chciałam wracać. Przez 5 lat budowałam sobie bezpieczne środowisko. Jak trafiasz w nowe miejsce, to ci zajmuje 5 lat, żeby stworzyć więzi, mieć znajomych, przyjaciół. Naprawdę bardzo dobrze tam funkcjonowałam. Dla mnie powrót do Polski był trudny, nie bardzo chciałam, ale musiałam. Wiedziałam, że wracam do innej Polski, gdzie duża część moich znajomych albo wyemigrowała do Anglii, albo pozakładała rodziny, dziewczyny powychodziły za mąż, miały małe dzieci, tymczasem ja byłam na etapie singielki, która lubiła być aktywna, podróżować, spotykać się z ludźmi.

Moi rodzice też musieli sobie poradzić z moim powrotem, czasami czułam, jakby dla nich nic się nie zmieniło, wróciła ta sama córeczka, co wyjechała. A ja byłam dorosłą kobietą. Dorosłam w Stanach. Dlatego szukałam czegoś, żeby wyrwać się z domu, żeby nie tkwić w roli dziecka. Zaczęłam szukać środowiska dla siebie. Znalazłam pracę w Warszawie. Myślałam już wtedy o jakiś organizacjach feministycznych, ale ze względu na to, że moja praca była bardzo absorbująca, a na weekend jeździłam do chłopaka do Łodzi, po prostu nie znalazłam na to czasu. Ale była we mnie taka potrzeba, która dojrzewała. Szczególnie, że w Stanach było już to Queer UVA, zbierałam też podpisy wśród Polonii pod projektem “Tak dla kobiet” i wysłałam je potem kurierem do Warszawy.

AM: Był jakiś moment przełomowy?

AK: Od marca 2016 zmieniłam system pracy, a moja siostra, która bardzo zaangażowała się w KOD, zaczęła mnie wyciągać na protesty i wydarzenia. Pojechałam na marsz KODu do Wrocławia i „wpadłam”. To były początki zachwytu, że jest marsz, że tyle ludzi. Wtedy też powstała grupa Dziewuchy Dziewuchom i zaraz potem Łódzkie Dziewuchy Dziewuchom, i rósł bunt przeciwko próbie zaostrzenia prawa aborcyjnego.

Przyszłam najpierw na spotkanie KODu w sprawie marszu, który zrobiłyśmy w Łodzi 17 kwietnia 2016 roku. Jedna z działaczek z KODu zaklepała tę datę, mimo że KOD ogólnopolski nie chciał wchodzić za bardzo w kwestie zaostrzenia prawa aborcyjnego. Ale KOD łódzki zawsze był odważny i rebeliancki. Dołączyły do niej dziewczyny z Dziewuch, które poza pisaniem postów w Internecie chciały coś zrobić w realu. Nie znałyśmy się w ogóle, ale zaczęliśmy pracować, żeby ten protest zrobić. No i zrobiliśmy go. To było wzmacniające, niesamowite uczucie, że coś tak ogromnego udało nam się dokonać. To było fascynujące – malowanie transparentów, dzwonienie i mailowanie do Krystyny Jandy, Pauliny Młynarskiej. Wcześniej nie wyobrażałam sobie siebie w takiej roli.

W dużej części grupa, która wtedy się zaangażowała w pracę przy tym pierwszym marszu, działa dalej. Zaraz po tym był Marsz Równości, bo Fabryka Równości wsparła nas jako Dziewuchy, mimo że byłyśmy bytem bez żadnej struktury. I tak toczy się dalej. Po prostu cały czas działamy. Pewnie dlatego, że naprawdę się zaprzyjaźniłyśmy.

Kasia na przykład powiedziała, że po raz pierwszy w grupie Łódzkich Dziewuch poczuła się równoprawną kobietą. Dla wszystkich to jest nasza Kasia i Kasi nie damy ruszyć.

AM: Tak, rozmawiałyśmy o tym z Kasią. Dobrze, że wreszcie pojawia się opcja, że jako kobiety nie musimy być jednolite. Wreszcie i lesbijki mogą być Dziewuchami. Czy w ogóle w Dziewuchach jest ktosia, która się identyfikuje jako lesbijka?

AK: W naszej ścisłej jedenastce, która założyła Stowarzyszenie, poza Kasią, która jest osobą trans i lesbijką, to takiej typowej cis-lesbijki nie ma. Ale już słyszałam od koleżanki-lesbijki, że powinno być więcej lesbijek w Dziewuchach. Nie ma dlatego, że po prostu tak się złożyło. Zdajemy sobie sprawę, że wolny czas na aktywizm jest swojego rodzaju przywilejem. My jesteśmy w większości raczej młodymi, pracującymi dziewczynami, mamy wsparcie rodzin, tylko dwie z nas mają dzieci. Brakuje nam też młodszych osób, takich 20+. Pytanie, czy to jest specyfika tej organizacji, czy jakaś inna kwestia? Czy te osoby po prostu nie czują potrzeby działania, wejścia w aktywizm prokobiecy w Łodzi? Dla odmiany w Fabryce Równości jest odwrotnie – przeważają młode dziewczyny. Może więc łódzkie lesbijki z potrzebą aktywizmu realizują się bardziej w typowej organizacji LGBTQ? Chociaż nasze organizacje dobrze ze sobą współpracują, więc się uzupełniamy.

AM: Dla mnie jest ważne, że jesteście gotowe na współpracę z różnymi osobami, natomiast wewnątrz nie musicie być grupą, w której są wszyscy reprezentanci wykluczonych – w każdym wieku, każdego koloru skóry, każdej orientacji etc. To jest po prostu niemożliwe. Ważne jest to, żeby pamiętać o tych osobach, żeby chcieć współpracować z tymi, którzy/które reprezentują tę brakującą część.

AK: Dlatego chcemy zrobić lesbijską mównicę feministyczną. W przyszłym roku z okazji Maratonu Równości, a jeśli nam się uda, to szybciej. Chcemy dać przestrzeń, a nie mówić za te osoby. Nie mam tej perspektywy, doświadczenia typowej lesbijki. Miałam związki z mężczyznami, co – zdaniem wielu – wyklucza mnie. Często byłam brana – stereotypowo – za osobę heteroseksualną, nikt nie zastanawiał się nad niuansami.

AM: To absurdalny problem. Lesbijką można bywać. Dlaczego więc nie miałabyś opowiadać o swoich lesbijskich momentach?

AK: Wiadomo, że osób określonych na sto procent jest niewiele, a kobiety mają jeszcze większą płynność. Chcemy dać tę przestrzeń lesbijkom, bo też zauważyłyśmy, że ich brakuje, że najczęściej mówi się o społeczności LGBT, a reprezentatami są geje. Najwięcej ich widać, często są przedstawiani bardzo stereotypowo.

AM: Ale często tak chcą się przestawiać, odkąd wzorcem jest Robert Biedroń. Wszyscy chcą być jak Biedroń. Uosobienie sukcesu w mainstreamie.

AK: No tak, bycie Biedroniem jest łatwiejsze do przełknięcia dla heteronormy. Ta potrzebuje schematów. Inne osoby są po prostu przezroczyste. Są niewidzialne albo wyszydzane, albo skrywają swoją rzeczywistą odmienność. A telewizja i media robią społeczności LGBTQ ogromną krzywdę utwierdzając stereotypy. Dlatego – raz jeszcze podkreślam – zrobimy tę mównicę lesbijską, otwieramy się dla dziewczyn nieheternormatywnych, niech mówią o sobie same.

AM:  Myślę, że byłoby dobrze, gdyby o lesbijkach mówiły bardzo różne osoby, żeby nie było dominacji mężczyzn albo heteryczek albo samych lesbijek. To daje pełniejszy obraz. Taki głos, jak Twój, też byłby ważny. Trochę taką mównicą w necie jest projekt Lesbijska Inspira.

AK: Najważniejsze, żebyśmy się łączyli i jednoczyli, żebyśmy współpracowali ze sobą – różne środowiska. Te środowiska niech będą trochę różne, trochę podobne. Żeby to nie były odseparowane grupki. To nie jest tak, że każde z nas jest tylko lesbijką, tylko Dziewuchą, czy tylko feministką etc., wiele z tych rzeczy łączy się ze sobą. Myślę, że takie wspólne wspieranie się i współdziałanie jest niezbędne, bo ludzi, którzy zajmują się aktywizmem nie jest zbyt dużo, a musimy pokazywać siłę, choć jesteśmy ułamkiem społeczeństwa. Czasem bywamy zmęczone/zmęczeni. Ciężko robić wszystko za wszystkich. Ale trzeba działać.

AM: To najlepsza puenta naszej rozmowy. Bardzo dziękuję i do zobaczenia na mównicy i nie tylko!

—————————–

Aleks Knapik (1984) – łodzianka, wnuczka włókniarki, doktorka Uniwersytetu Łódzkiego w dziedzinie biochemii białek, stypendystka Uniwersytetu Stanowego w Wirginii. Feministka, działaczka społeczna, aktywistka, przedstawicielka pracowników. Angażuje się w protesty i działania w obronie praw kobiet, mniejszości, zwierząt, prodemokratyczne, przeciwko nienawiści i za święckością państwa. Członkini Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej Ratujmy kobiety 2017. W Dziewuchach od samego początku. Przed Dziewuchami działała w organizacji LGBTQ, Queer UVA, jeździła w Masie Krytycznej, ratowała małe gryzonie i uprawiała ashtangę jogę.

Agnieszka Małgowska 1/2 Damskiego Tandemu Twórczego – lesbijka / feministka / artaktywistka / reżyserka / trenerka teatralna / scenarzystka. Działa wraz z Moniką Rak od 2009, stworzyła cykle: literacki: Żywe radio, performatywny: Maryjan i Krystina, filmowy: Kino lesbijskie z nutą poliamoryczną / czytanie dramatu Portret lesbijek we wnętrzu / spektakle: Orlando. Pułapka? Sen, Fotel w skarpetkach, 33 Sztuka, Czarodziejski flet, Gertruda Stein & Alice B. Toklas & Wiele wiele Kobiet / dokument L.Poetki  / O’LESS Festiwal (2012-2014) / cykl debat i audycji Kobieta Nieheteronormatywna / projekt archiwistyczny A kultura LGBTQ+ nie poczeka/ współinicjatorka Stowarzyszenia Sistrum. Przestrzeń Kultury Lesbijskiej*

  —————————————————-

LESBIJSKA INSPIRA
To niezależna inicjatywa, której e-przestrzeni udziela siostrzana Feminoteka.

INNE TEKSTY
I.   Manifest
1.   ManifestInstant. 
2.   Rozmowa. Od lesbijskiej konspiry do lesbijskiej inspiry.

II. Rozmowy wokół manifestu
1.  Mamy wewnętrzną potrzebę wolności. Rozmowa z Małgorzatą Myślak i Magdaleną Sota.
2.  Coming out – nie chcę i nie muszę. Rozmowa z Anonimową Lesbijką
3.  Z miłości i gniewu rodzi się odwaga. Rozmowa z Angeliną Caligo
4.  Moja droga do siebie samej. Rozmowa z Marią Kowalską
5.  Potrzebne są niehetero bohaterki. Rozmowa z Anną Bartosiewicz
6.  Chcemy więcej! Rozmowa z Anną i Zandrą Ra Ninus.
7.  
Lesbijki, pora na prokreację! Rozmowa z Anną Adamczyk.
8.  Kto ma prawo do słowa “lesbijka”? Rozmowa z Magdaleną Próchnik
9.  Czasem miałam wrażenie, że jestem jedyną lesbijką w Lublinie. Rozmowa z Małgorzatą Szatkowską
10. Trzeba stawiać opór. Rozmowa z Magdaleną Tchórz
11.  Dziewczyna i dziewczyna – normalna rodzina. Rozmowa z Zuch Dziewuchami
12.  Niepytana nie mówiłam, że jestem lesbijką. Rozmowa ocenzurowana
11.  Dziewczyna i dziewczyna – normalna rodzina. Rozmowa z Zuch Dziewuchami
12.  Niepytana nie mówiłam, że jestem lesbijką. Rozmowa ocenzurowana
13.  Co ty tutaj robisz? O poczuciu wyobcowania i przynależenia. Rozmowa z Nicole G.
14.  Mam na imię Kasia i to jest moja tożsamość. Rozmowa z Katarzyną Gauzą
15.  Tęczowe aktywistki na Ukrainie są wyłącznie feministkami. Rozmowa z Katją Semchuk
16.  Oryginalnie nieheteroseksualna. Rozmowa z Agnieszką Marcinkiewicz
17.   Sama zrobię dla siebie miejsce. Rozmawa z Klaudią Lewandowską
18.  Dziś określam siebie jako osobę panseksualną. Rozmowa z Alex Knapik
19.  Perspektywa lesbian studies. Rozmowa z dr Martą Olasik
,
III.  EL*C. Wieden 2017
1.  Magdalena WielgołaskaOdzyskiwanie lesbijskiej tożsamości – wreszcie pomyślmy o sobie, Siostry.
2.  Monika Rak. Siła filmu dokumentalnego, czyli lesbijki do kamer!
3.  Magdalena Świder. Wokół tożsamości.
4.  Agnieszka MałgowskaPeformansy, czyli witamy w Lesbolandii.

BONUS
Komiks. Superprocenta. Graficzny komentarz Beaty Sosnowskiej

—————————————–

Aktualne wiadomości na temat projektu znajdziesz na:
Feminoteka
Kobiety kobietom
Strefa Les*
Kobieta Nieheteronormatywna
A kultura LGBTQ+ nie poczeka!

Kontakt: lesbijskainspira@gmail.com

 


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *