Agata ma już dość
Gazeta Wyborcza, tekst: Małgorzata Szlachetka
Policja zabrała mnie do pogotowia opiekuńczego. To był najstraszniejszy moment w tej całej historii. Nie mogłam uwierzyć, że rozdzielą mnie z mamą i babcią - mówi nam 14-letnia Agata
Agata jest w mniej więcej 11. tygodniu ciąży, w którą zaszła z kolegą ze szkoły. - To był gwałt. Zmusił mnie do wszystkiego siłą, na ciele zostały mi po tym siniaki - powiedziała nam.
Agata przyznaje, że wiadomość o ciąży była dla niej szokiem. Test ciążowy zrobiła w szkolnej ubikacji, płakała, gdy zobaczyła wynik. Do ginekologa poszła z zaprzyjaźnioną dorosłą osobą. Mówi, że to ten lekarz poinformował o sprawie policję, a ta matkę dziewczyny. - Wcześniej chciałam mamie powiedzieć o dziecku, ale nie wiedziałam jak - tłumaczy.
Mama Agaty skontaktowała się z rodzicami chłopaka. Ci, aby zerwać kontakt syna z Agatą, przenieśli go do innej szkoły. Agata słyszała od koleżanek, że zabrali mu komórkę, aby nie mógł do niej zadzwonić.
- Mama mówiła mi, że ze względu na mój wiek najlepszym rozwiązaniem byłaby aborcja, ale powtarzała, że ostateczna decyzja należy do mnie - opowiada 14-latka.
Jej mama dodaje: - Nie zrobiłabym niczego bez zgody córki.
Dyrektor szkoły, do której chodzi Agata, ma o niej jak najlepsze zdanie: - To dobra uczennica, nigdy nie było z nią problemów wychowawczych. Chcemy, żeby szybko do nas wróciła i spokojnie skończyła gimnazjum.
Tego chce też mama Agaty. Gdy upewniła się, że córka zdecydowała się na zabieg, zaczęła działać. Najpierw chodzi po szpitalach w Lublinie, potem kontaktuje się z sądem rodzinnym. - Ze szpitali odsyłali mnie z niczym. W jednym usłyszałam, że muszę mieć pisemną zgodę na zabieg, więc poszłam do prof. Jana Oleszczuka, konsultanta wojewódzkiego ds. położnictwa, ale stwierdził, że nie może mi nic takiego wypisać. Odesłał do szpitala na ul. Lubartowską - opowiada mama Agaty. W trakcie naszej rozmowy odpala papierosa od papierosa. Nie może ukryć zdenerwowania.
Agata pod koniec maja została przyjęta na oddział lubelskiego szpitala przy Lubartowskiej. Dziewczynka mówi, że lekarze z podjęciem decyzji czekali cztery dni, do czasu powrotu z urlopu dr Wandy Skrzypczak, ordynator oddziału ginekologicznego.
- Pani ordynator poprosiła mnie do gabinetu, gdzie czekał już na mnie ksiądz. Wyszła z pokoju, żebym mogła z nim porozmawiać. Przekonywał mnie, żebym jednak urodziła - opowiada Agata.
To ks. Krzysztof Podstawka - przewodniczący Funduszu Obrony Życia Archidiecezji Lubelskiej oraz kanonik honorowy Kapituły Archikatedralnej w Lublinie. Kieruje także lubelskim domem samotnej matki.
Kiedy zapytaliśmy go, jaka jest jego rola w historii Agaty, powiedział jedynie, że został poproszony o pomoc w tej sprawie. Potem nie chciał już rozmawiać z "Gazetą".
Po południu do szpitala przyjeżdża mama Agaty. Opowiedziała nam, że dr Skrzypczak mówiła wówczas Agacie, że może ją adoptować nawet z dzieckiem. Niech tylko urodzi.
Ordynator Skrzypczak tłumaczyła nam wczoraj, że Agata napisała wyraźnie, że chce dziecko urodzić, a to oświadczenie jest dołączone do dokumentów historii choroby. - Pani doktor podyktowała mi wtedy, co mam pisać. Powiedziała też, że nie przeprowadzi zabiegu - opowiada 14-latka.
Agata wychodzi ze szpitala. Jej mama czuje się w tej sytuacji bezsilna, dlatego prosi o pomoc warszawską Federacją na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Agata jest pewna, że chce aborcji.
Placówkę, która gotowa jest przeprowadzić zabieg, udaje się znaleźć dopiero dzięki interwencji Federacji u krajowego konsultanta ds. położnictwa i ginekologii. Matka i córka przyjeżdżają do wskazanego przez niego warszawskiego szpitala przy ul. Inflanckiej. Mają wymagane dokumenty - pisemną zgodę Agaty i matki na usunięcie ciąży oraz opinię Prokuratury Rejonowej w Lublinie, która mówi, że "zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że ciąża jest wynikiem czynu zabronionego - obcowania płciowego z osobą poniżej 15 lat".
Niespodziewanie w szpitalu pojawiają się ks. Podstawka z Lublina i działacze organizacji pro-life. Przekonują Agatę, by urodziła.
- Jedna pani przyniosła mi do szpitala książkę o wychowywaniu dzieci i bombonierkę z napisem: "Otwórz swoje serce" - opowiada. Nie ukrywa, że pod wpływem nacisków osób związanych z ruchem pro-life zaczęła się wahać. - Chciałam zgodzić się na wszystko, żeby już mnie nie męczyli - mówi.
14-latka zaczyna dostawać SMS-y od przeciwników aborcji. - Byłam bezsilna, nie wiem, skąd mieli mój numer telefonu. Każdy taki telefon strasznie mnie denerwował - mówi dziewczynka.
Ksiądz z Lublina wysłał do dziewczynki SMS-a: "Agata, od rana działam w twojej sprawie. Ludzie z Krakowa, Poznania i Warszawy pracują nad tym, aby ci pomóc. I tę pomoc deklarują. Bądź odważna. Uratuj siebie".
SMS z innego numeru: "Obrońcy życia pomogą ci we wszystkim. Ratuj swoje maleństwo".
Całość: http://wyborcza.pl/1,75478,5300407,Agata_ma_juz_dosc.html?as=2&ias=2&startsz=x
Obrońcy Życia, dajcie żyć Agacie!
Decyzja należy do Agaty i jej rodziców, bo to oni poniosą konsekwencje. Stawianie na równi księdza czy działaczek pro-life i matki to rzecz niemądra, a nawet nadużycie moralne - pisze Piotr Pacewicz
Pisząc o sprawie 14-letniej Agaty, polskie dzienniki skupiają się na „Gazecie”. „ »Wyborcza « rozpętała histerię w obronie prawa do aborcji - to „Dziennik”. „Anatomia manipulacji” - demaskuje nasze proaborcyjne knowania Bronisław Wildstein w „Rzeczpospolitej". Twierdzi, że odmawiamy prawa księżom czy katolickim działaczom do przekonywania dziewczynki, by ciąży nie przerywała. I demaskuje - chodzi nam już nie tylko „o laickość państwa i rozdzielenie go od Kościoła, lecz o drastyczne restrykcje pod adresem Kościoła, uniemożliwienie mu głoszenia i przekonywania do swoich zasad". Dodaje, że z takimi „rodzimymi postępowcami” (jak my) nie jest możliwa nie tylko dyskusja, ale nawet „jakakolwiek komunikacja”.
Komunikuje się z nami jednak zastępca naczelnego „Rzeczpospolitej" Marek Magierowski: „Szybciej zabijcie to dziecko, póki czas. Zabijcie je, drodzy redaktorzy z »Wyborczej «, zostało wszak tylko kilka, kilkanaście dni. Zabijcie je, na co czekacie?".
W „Dzienniku" i w „Rzeczpospolitej" sprawę Agaty ustawiono podobnie:
• dziewczynka nie została zgwałcona, lecz miała wpadkę z kolegą,
• chce urodzić dziecko i odmawia dokonania aborcji,
• w czym wspiera ją ksiądz i działaczki ruchu w Obronie Życia
• ale podlega „presji ze strony matki i gromadki feministek". Wspieranych oczywiście przez „Wyborczą", która rozpętuje proaborcyjną histerię.
Powstrzymam się od ośmieszania tych wszystkich napuszonych dyrdymałów. Warto tylko zauważyć, że wersja przedstawiona przez Agatę i jej mamę jest sprzeczna z opowieścią obu tytułów. Twierdzą w rozmowie z "Newsweekiem" i z "Gazetą", że chłopak zastosował przemoc (u nas Agata wspomina o siniakach - patrz s. 2). Nie była to planowana przez zakochanych inicjacja z zabezpieczeniem.
W naszej kulturze głęboka jest nieufność wobec relacji kobiet o gwałcie, padają wtedy zwykle komentarze typu "sama chciała", "przecież go prowokowała" albo "sam pan wiesz, jak to jest z seksem dzieciaków". Kolegom dziennikarzom, a nawet Bronisławowi W., tym bardziej polecam ostrożność w kwestionowaniu przemocy wobec kobiet, także 14-letnich.
Były w całej sprawie sprzeczne doniesienia, które "Gazeta" podawała, ale faktem jest, że Agata - w porozumieniu z matką, bo to sprawa ich rodziny - podjęła decyzję o przerwaniu ciąży. Jest to zgodne nawet z polskim prawem, które należy do najskrajniej antyaborcyjnych na świecie.
Delikatną kwestią jest presja, jaką na dziewczynkę wywiera lubelski ksiądz i działaczki pro-life. Dlaczego delikatną? Bo przyjmijmy, że wszyscy oni działają z ideowych pobudek, w obronie życia ludzkiego, w pasji, by nie dopuścić do zabicia człowieka, którego w brzuchu nosi dziewczynka. Tak to przeżywają, tego są pewni.
Ksiądz z Lublina jest przekonany - wierzę - że musi zrobić wszystko, by ratować Życie i zarazem duszę Agaty przed strasznym grzechem.
Przyjęcie takiej perspektywy psychologicznie usprawiedliwia pikiety w szpitalach czy akcję SMS-ową, a nawet podanie adresu czy telefonu Agaty, by wezwać innych do walki z aborcją, bo przecież idzie o ratowanie Życia. Piszę to bez ironii, wręcz przeciwnie - rozumiem, że tak można to wszystko przeżywać.
W obronie Życia można zrobić wszystko, nie tylko w sprawie Agaty. Czy nie należałoby pikietować aptek, które sprzedają nastolatkom leki o wczesnoporonnym działaniu? A może zablokować biura ogłoszeń polskich gazet, które drukują ogłoszenia typu "Ginekolog pełen zakres" lub "Przywracam miesiączkę"?
Nie rozstrzygniemy tutaj (ani nigdzie indziej) sporu dotyczącego samych podstaw egzystencji: kiedy zaczyna się życie ludzkie, jakie prawa ma kobieta wobec płodu, który nosi w swoim brzuchu. Przykład Agaty, skoro już zajął opinię publiczną, skłania jednak do tego, by w tej delikatnej dziedzinie określić jakieś reguły. Proponuję trzy.
1. Decyzja rodziny. Zgodnie z polskim prawem w przypadku 14-letniej dziewczynki w ciąży decyzja należy do niej samej i do jej rodziców. To oni poniosą konsekwencje. Stawianie na równi księdza czy działaczek pro-life i matki to rzecz niemądra, a nawet nadużycie moralne. 14-letnie dziecko, nawet nad wiek dojrzałe, nie jest w stanie unieść ciężaru takiej sytuacji. Nie można traktować go jak osoby dorosłej, o której duszę toczy się jakaś gra. Agata ucieka myślami do wodnych żabek, które hoduje, za nimi tęskni. To może kogoś oburzać, ale ona tęskni za światem dziecka, bo wciąż jest dzieckiem.
2. Perswazja - tak. Decyzja o usunięciu bądź zachowaniu ciąży nie jest błaha. Podejmujący ją powinni rozważyć konsekwencje, poznać różne punkty widzenia. Obrońcy Życia mają oczywiste prawo, by ich pogląd był słyszalny, pamiętamy zresztą, ile miejsca poświęcił sprawie nasz polski papież, który był tu wyjątkowo kategoryczny. Ksiądz katecheta Agaty, proboszcz ich parafii czy ich przyjaciel o poglądach pro-life mogą zaproponować rozmowę.
3. Presja - nie. Jest jednak granica takich oddziaływań - zgoda zainteresowanych. Dlatego stawianie na równi Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny i grupy działaczek pro-life jest nieuprawnione. Jest zasadnicza różnica: to matka zwróciła się do Federacji, to ksiądz nachodzi Agatę, to ją dręczą SMS-y obrońców Życia. Tymczasem w demokratycznym społeczeństwie musimy szanować nawzajem prawo do swoich poglądów i decyzji. Nikt nikomu nie może wdzierać się w życie ze swym przesłaniem.
Ewangelizacja tak, ale tylko z przyzwoleniem ewangelizowanych. Inaczej misja ratowania Życia zamienia się w brzydką awanturę, która kompromituje najszlachetniejsze intencje.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Czytaj też:
Ćwiąkalski: Szpital powinien wykonać aborcję, jeśli będzie ona zgodna z prawem
Co wiemy o sprawie Agaty
Zamiast pomocy dostała przemoc
Oni ją zaszczuli
|