Sidorkiewicz: Licealny feminizm to zjawisko niszowe

Processed with VSCOcam with m5 preseLicealny feminizm to zjawisko niszowe

Tekst: Ola Sidorkiewicz

Lekcja języka niemieckiego w jednym z poznańskich liceów. Zadanie pierwsze:  wysłuchaj nagrania i zaznacz poprawne odpowiedzi. W głośnikach rozlega się głos, wypowiedź dotyczy najsłynniejszych wynalazków na świecie. Wśród nich nie znajduje się żaden stworzony przez kobietę. Rozpoczyna się dyskusja – dlaczego nie mówi się o wynalazkach kobiet? Propozycja pierwsza: nic nie wynalazły. Propozycja druga: nie stworzyły nic potrzebnego. Propozycja trzecia: „skonstruowały pewnie jakieś żelazko, pralkę albo lodówkę”. Salwa śmiechu. Zadanie drugie.

Nikt nie zastanowił się, jaka jest przyczyna nieobecności kobiet w gronie najbardziej rozpoznawalnych wynalazców świata. Nie odbiega przecież od kulturowej normy pomijanie ich w wielu dziedzinach nauki, w końcu „nie od tego są”. Próba wyjaśnienia, że kobiety nie figurują jako naukowczynie z powodu wieloletniego ucisku, który uniemożliwiał im edukację, wzbudzila wyłącznie wesołość klasy. Wybuch śmiechu to niemal automatyczna reakcja, gdy słowo „kobieta” pada z moich ust. Dlaczego? Bo jestem feministką.

Licealny feminizm to zjawisko niszowe. Zamyka się najczęściej w obrębie kilku osób na szkołę, jest piętnowany, przeraża. Co sprawia, że większość młodych dziewczyn  boi się budować swoją tożsamość na postawie idei feminizmu? Dlaczego wybierają zamiast tego konserwatywne, tradycyjne schematy zachowań? I dlaczego ruch feministyczny nic z tym nie robi?

Kilka słów o przyczynach

W tym wieku, na etapie poznawania siebie i budowania własnych systemów wartości, ciągle potrzebujemy zapewnień o słuszności naszych wyborów. Chyba niewiele osób ma już tak dużą pewność siebie, żeby z wysoko podniesioną głową podejmować decyzje, nie zważając na ewentualne konsekwencje, zwłaszcza te w sferze towarzyskiej. Zwracamy uwagę na oceny innych, myślimy o tym, jak jesteśmy postrzegani. Zjawisko to dotyczy wszystkich, zarówno dziewcząt, jak i chłopców. Częściowo wzorujemy się na rodzicach, jednak naszych bohaterów szukamy głównie poza środowiskiem domowym.

Każdy radzi sobie w inny sposób z ciągłym narażeniem na ocenianie. Wśród dziewczyn w moim liceum obserwuję dwa główne schematy.

 Kościół czeka z otwartymi ramionami

Pierwszy to ucieczka w głęboki konserwatyzm. Kościół jest dla młodych dziewczyn ostoją, bo oprócz gotowego systemu wartości i niezmiennego wzorca dobrego postępowania, otwiera przed nimi drzwi do wspólnoty, a więc poczucia wielkiej siły. Jednocześnie mają one pewność, że nie zostaną wyśmiane. I nie są w swoich poszukiwaniach osamotnione. Czują, że w razie potrzeby, ktoś z nimi zawsze będzie. Same korzyści? Nie do końca. Ceną za ten wybór jest coś niezwykle ważnego – samodzielność. Korzystają z gotowych pomysłów, nie tworzą niczego nowego. Bezrefleksyjnie podchodzą do kościelnych zasad, do opinii proboszcza, biskupa, papieża. Zamykają się na wszystko, co odbiega od znanych im wzorców. Naukę kościelną przyjmują z dobrodziejstwem inwentarza, a to oznacza m. in. homofobię i przekonanie o wyższości tradycyjnego wzorca rodziny (żona wychowuje dzieci, mąż pracuje).

Kocha, lubi, (nie)szanuje

Drugi sposób upewniania się w swoim działaniu to ciągłe dążenie do akceptacji ze strony męskiej. Zależność jest prosta – jeśli lubią cię chłopcy, to jesteś wartościowa. Niektóre z nas zrobią wszystko, by uzyskać miano „fajnej laski”. Jak  się ta fajność przejawia? Choćby w ciągłym odżegnywaniu się od idei feminizmu: nierówności nie istnieją, a jak kobieta będzie chciała, to osiągnie sukces i nikt, a już na pewno żaden mężczyzna, jej tego nie utrudni. Wypada również się zaśmiać, kiedy płeć męska żartuje na temat równouprawnienia. A jeśli nadarzy się okazja, warto też orędowniczkę „złej ideologii” zdyskredytować. Do dziś żywo pamiętam, jak  na lekcji fizyki toczyliśmy dyskusję na temat elektrowni jądrowych. Jednym z argumentów przeciwko mnie, który wzbudził powszechny aplauz, było to, iż nie mogę „być za elektrownią jądrową”, skoro bliskie są mi idee równouprawnienia kobiet. Zależności dotąd nie rozumiem, ale moja klasa pojęła ją w mig.

Kobieca solidarność może być źródłem ogromnej siły. My, licealistki, nie potrafimy jej jednak wykorzystać. Niestety, w trudnej sytuacji wiele z nas będzie wolało zostawić jedną „na lodzie”, by nie pogorszyć swoich relacji z płcią przeciwną.

Rzecz jasna, przedstawione wyżej dwa schematy postępowania nie wykluczają się. Przeciwnie, łączenie ich jest teraz bardzo modne.

„Feministki są straszne. Żadnej nie znam, ale tak mówią.”

W moich rozmowach z rówieśniczkami obserwuję, jak wiele negatywnych skojarzeń niesie za sobą słowo „feminizm”. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć szkolnych znajomych, którzy usłyszawszy o tym, że jestem feministką, nie musieli najpierw się upewnić, czy aby „nie taką radykalną albo walczącą”. Dziewczynom nikt nie tłumaczy, że feminizm jest ruchem równościowym, wolnościowym i nikt nie chce nikogo zdominować ani niczego spalić. Nie jest też łatwo odnaleźć feministyczną literaturę skierowaną do młodych kobiet. Brak książek odwołujących się do naszych doświadczeń, które zapewniłyby młode dziewczyny  o możliwości budowania samoświadomości, pomogły im budować  równościową wizję własnej kobiecości, przekonały o  sile z tego płynącej. Książki feministyczne są albo za trudne albo poruszają problemy dotyczące późniejszych etapów życia. Nie trafi przecież do nastolatek lektura artykułu o nierównościach w zarobkach czy o urlopach macierzyńskich.

Otwarte mówienie o swoich przekonaniach wymaga odwagi. Szkolni non-konformiści są bowiem często napiętnowani przez społeczność. Cena, jaką ja zapłaciłam za publiczne wyrażanie swoich opinii i głoszenie „feministycznej ideologii”, to przypięta mi łatka „nienormalnej” i „niezrównoważonej”. A to przecież jasne, że z dziwakami się nie zadajemy!

Niepewność rodzi agresję

Jak wspomniałam, głównym motorem ucieczki w schematy jest niepewność. To dlatego  większość dyskusji światpoglądowych, czy politycznych w liceum kończy się „wojną”, obustronnie wyniszczającą. Wiele osób bardzo silnie utożsamia się z opcjami politycznymi, wszelkie spory traktują więc niezwykle personalnie. Brak jest otwartości na konstruktywną debatę, która wzbogaci nawet skrajnie różnych rozmówców. Dyskusja o narodzinach mitu Matki Polki potrafi zamienić się w okazję do jednogłośnego wykluczenia ze społeczności tych, którzy myślą inaczej. Debata o patriotyzmie również. Wszystko po to, by upewnić się w swoich poglądach, a także znaleźć sojuszników i sformułować front, jak na wojnie.

W obrębie płci męskiej również rysują się stałe wzorce. Są inne od kobiecych, ale równie zgubne.

Nie szata, a muszka zdobi człowieka

Masz muszkę – jesteś lepszym człowiekiem. Ta zależność jest dla znacznej części licealistów tak oczywista jak prawa natury. Chodzi tu rzecz jasna o znanego prawicowego polityka, Janusza Korwin-Mikkego, który wśród wielu młodych mężczyzn stał się swoistym guru, zarówno w dziedzinie mody, jak i ideologii. Chłopcy często przesadnie interpretują jego wypowiedzi, wykazują bezkrytyczny stosunek do idei skrajnej prawicy, co prowadzi do następujących wypowiedzi: „Prawa wyborcze kobiet je dyskryminują.” „Po co kobiecie prawa wyborcze? Przecież i tak nie ma czasu iść na wybory, musi siedzieć w kuchni.

Nieistotne staje się, czy mówią to żartem czy na poważnie. Przejawianie skrajnie antyrównościowych postaw przez licealistów jest zawsze niebezpieczne dla dziewczyn. Młodzi „korwinowcy” uważają siebie za lepszych, patrzą z wyższością. Głównie na dziewczyny, ale bywa, że na innych chłopaków też. Na tych, którzy w ich skali nie są wystarczająco męscy.

Z jednej strony traktują wolność jako najważniejszą wartość w życiu. Wierzą, że człowiek jest panem swojego losu, steruje nim przez podejmowane decyzje. Z drugiej jednak dają prawo do wolności tylko połowie ludzi na świecie. Pozostała część z niejasnej przyczyny na wolność nie zasługuje.

Dlaczego ta ścieżka jest dla chłopców tak pociągająca? To proste: pomaga im budować pewność siebie na podstawie płci. Chłopcy zaczynają rozumieć, że są w lepszej sytuacji, mogą więcej. Podoba im się władza. Silna, bo głęboko zakorzeniona w kulturze.

Chłopcy wolą zdominować dziewczyny niż traktować je jak równe sobie. Czują się wtedy bezpieczniej, przynajmniej z nimi nie muszą walczyć „o przywództwo w stadzie”. Bardzo często uważają feminizm w wykonaniu męskim za „gejowski” i „dziwny”. Szkoda, bo wydaje się logiczne, że łatwiej jest funkcjonować w danym środowisku, gdy żyje się w zgodzie i poszanowaniu z innymi.

Zmiana jest możliwa

O ile coraz więcej mówi się o potrzebie równego statusu kobiet i mężczyzn na rynku pracy, o ile ostatnie lata przynoszą nowe publikacje, w których centralną rolę odgrywa macierzyństwo w aspekcie feministycznym, o tyle środowisko szkolne ciągle pozostaje poza obszarem zainteresowania działaczek i działaczy równościowych. A przecież w młodym wieku docenia się każdą pomoc, najmniejsze gesty. Nasza pewność siebie jest jeszcze tak znikoma, że każde wsparcie jest na wagę złota. Młodość stanowi także kluczowy etap, na którym często podejmujemy decyzje towarzyszące nam potem przez całe życie.

Jak można zainteresować feminizmem najliczniejszą grupę? Potrzebne są wypowiedzi medialne, teksty prasowe i literatura skierowane wprost do młodych odbiorców. Potrzebne są fora dyskusyjne, które umożliwiłyby młodym feministkom i feministom, często osamotnionym, wymianę spostrzeżeń, a także wzajemne wsparcie. Ci bardziej doświadczeni, którzy trudny okres dojrzewania mają już za sobą, mogliby natomiast nawiązać kontakt z młodszymi, przekazać im rady, podnieść na duchu w trudnych sytuacjach. Ciekawym przedsięwzięciem z pewnością byłyby także poradniki lub cykliczne artykuły na feministycznych portalach poświęcone podobnej tematyce. Oczywiście nie chodzi o to, by narzekać, czy zamykać się tylko w obrębie negatywnych aspektów licealnego feminizmu. Zainteresowane tą tematyką dziewczyny i chłopcy mogliby pisać o pozytywach z nim związanych, dzielić się doświadczeniami. Być może warto byłoby też pomyśleć o audycjach radiowych z udziałem młodzieży, które stanowiłyby platformę do wymiany myśli i dyskusji o przyszłości ruchu równościowego. Innym obszarem integrującym młodzież mógłby stać się Facebook, najpopularniejszy portal społecznościowy

Kto wie, czy w ten sposób nie powstałoby nowe zaplecze dla polskiej myśli feministycznej?

Ola Sidorkiewicz – początkująca feministka, uczennica LO św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Interesuje się polityką, literaturą i filozofią. Przyszłość chciałaby wiązać z medycyną i Gender Studies. Wolny czas spędza w kinie lub na basenie.


19 komentarze

  1. Jakże się cieszę, że czytam tutaj taki tekst! Zazdroszczę świadomości feministycznej w tak młodym wieku, dzięki temu masz o wiele bardziej przyspieszony start w tej tematyce niż ja. Trzymam kciuki, żebyś rozwijała swoje poglądy i nie dała się stłamsić innym. Pozdrawiam!

  2. Świetny tekst, bardzo ważny i potrzebny! Trzeźwy osąd osoby w tak młodym wieku, jestem pod ogromnym wrażeniem. Pozdrawiam serdecznie

  3. Jestem pod wrażeniem, że taki dojrzały tekst napisała licealistka.Ja sama będąc w liceum (w sumie stosunkowo niedawno) nie miałam pojęcia o feminizmie.Oby tak dalej! :)

  4. „Jednym z argumentów przeciwko mnie, który wzbudził powszechny aplauz, było to, iż nie mogę „być za elektrownią jądrową”, skoro bliskie są mi idee równouprawnienia kobiet. Zależności dotąd nie rozumiem, ale moja klasa pojęła ją w mig”.

    Myślę, że ze względu na grupę wiekową mogło chodzić o skojarzenie z męskimi jądrami (przekaz: „elektrownie jądrowe to męska sprawa, a przecież mówi o tym zwolenniczka sprawy kobiecej, ha, ha”). To trochę tak jest, że część nastolatków myśli o seksie, nawet patrząc na linoleum. 😉

    Życzę Autorce odwagi, wytrwałości, ale też spokoju i cierpliwości tam, gdzie to pomocne. Są w tym tekście rzeczy, z którymi się nie zgadzam, niemniej ciekawie było zobaczyć, jak osoba ucząca się w liceum (skądinąd przecież jednym z lepszych w Poznaniu) postrzega tamtejsze reakcje na feminizm.

  5. Trzymaj sie dziewczyno. Pamietaj, ze LO to taki okres w zyciu, ktory wydaje sie taki wazny i doniosly ale po kilku latach nie bedziesz juz w stanie nawet wymienic nazwisk ludzi od siebie z klasy. Trwaj w swoich przekonaniach i nie boj sie ich wyglaszac. Po latach od skonczenia LO przeze mnie zaluje ze w wielu przypadkach nie bylem bardziej radykalny. A poza tym fajny tekst, dobre spostrzezenia. Pozdrawiam!

  6. Jest i druga strona licealnego feminizmu – nauczycielki. Odnoszę wrażenie, że jest tu równie źle, a może i czasem gorzej. Piszę to jako mężczyzna, który próbuje czasem w koleżankach z grona pedagogicznego wzbudzić ducha feminizmu. Bez efektu, dlatego cieszę się, że choć wśród uczennic są takie osoby jak p. Ola. Na pewno z czasem będzie ich więcej.

  7. Olu, dzięki za ten felieton! Sama kiedyś byłam podobną licealistką, jednak nigdy nie udało mi się opisać, co przeżywałam jako początkująca feministka (jedyna jaką wówczas znałam osobiście). Wielu ludzi tego nie rozumie, ale naprawdę potrzeba odwagi, żeby głośno mówić o swoich feministycznych poglądach. I Ty te odwagę posiadasz – tak trzymaj i walcz o swoje poglądy! :)

  8. Tak mi się na wspomnienia zebrało, kiedy miałam przebłysk świadomości fem. Było to w czasach realityshow Bar. Moje święte oburzenie wzbudziła laska, która nie chciała sprzątać, bo jej się tipsy zniszczą. No,bo przecież jak ktoś przychodzi do programu pt. Bar – to żeby sprzatać, obsługiwać, zadowalać producentów. A laska mówi, że nie bo ona tu się chce lansować.
    Dopiero po czasie dotarło do mnie jak silną i świadomą osobą trzeba być, aby robić to co się chce a nie to czego oczekują od ciebie inni.
    Dzięki Doda.

    PS. też mnie zdziwiło to wspomnienie-odkrycie

  9. Świetny tekst. Ja też zawsze czułam się mocno osamotniona, szykanowana za feminizm w domu (a nawet bita za to, że jako nastolatka nie chciałam nosić spódnicy), a potem wyśmiewana przez koleżanki i kolegów, zmuszona do tych idiotycznych dyskusji, których przykład mamy w tekście.

    Mnie na pewno pomogłoby, gdyby ktoś mi wtedy dał argumenty do tych rozmów, np. podsunął książki o kobietach w nauce.

  10. Chodziłam do tego samego liceum i tak wiele moich obserwacji odpowiada Twoim. Mnie szczególnie zapadła w pamieć lekcja chemii, podczas której pewien przebojowy samiec alfa zakwestionował sens istnienia feminizmu, a nauczycielka, i tylko ona w silnie sfeminizowanej klasie, oponowała dość nieudolnie. Zdumiewające, że w tak snobistycznym intelektualnie środowisku konserwa wygrywa z racjonalizmem.
    Dziękuję za wspaniały tekst i wspieram Cię z zewnątrz;)

  11. Miło to czytać, chociaż również trochę strasznie, bo przypominają mi się moje szkoły. Wiele lat czekałam na to, żeby ktoś mi na historii opowiedział o prawach wyborczych dla kobiet, o ruchu emancypacyjnym. Nie doczekałam się. Ważniejsi byli mężczyźni ze swoimi wojnami i powstaniami. Na wiedzy o społeczeństwie też żaden nauczyciel/żadna nauczycielka nie zająknął/nie zająknęła się o tym, że istnieją jakieś problemy społeczne, związane z płcią. Lektur szkolnych z bohaterkami, które mogłyby być w jakiś sposób ważne dla współczesnych dziewczynek, też sobie nie przypominam. Kobieta w edukacji polonistycznej to obiekt erotyczny albo Matka Polka. Pamiętam pytanie polonistki z liceum, zadane przy okazji omawiania noweli z „Dekameronu”, w której mąż każe żonie zjeść serce jej kochanka. Brzmiało mniej więcej tak: „Dlaczego zdrady kobiet są bardziej piętnowane niż zdrady mężczyzn?”. Wtedy przez chwilę myślałam, że do mojej szkoły zawitał gender, ale niestety – prawidłowa odpowiedź (której polonistka sama sobie udzieliła) była taka, że kobiety bardziej się angażują w romanse, że miłość to sens ich życia, a mężczyzna może bzyknąć kogokolwiek i następnego dnia już o tym nie pamiętać. Trudno wymagać od uczennic i uczniów, edukowanych w takiej atmosferze, żeby feminizm był ich naturalną postawą. Do tego dochodzi jeszcze inna rzecz, potwierdzana przez szkołę: pogarda dla słabszych. Jeśli ktoś czegoś nie umie, nie rozumie lekcji, to jego problem. Widocznie nie jest dość inteligentny. W życiu trzeba sobie radzić i konkurować z innymi – w moim liceum był przedmiot, którego głównym celem było wpojenie takiej postawy, nazywał się „podstawy przedsiębiorczości”. Do tego dochodzi religia, na którą przez większość edukacji nie chodziłam, ale mniej więcej wiem, co się tam działo. To wszystko razem daje dość przygnębiający obraz, w którym nie ma miejsca nie tylko dla feministek, ale w ogóle dla kobiecych doświadczeń, które by odbiegały od ogólnie uznanego wzorcu „uniwersalnego człowieka”. Jeśli coś jest widocznie kobiece, najlepiej to zignorować, zbagatelizować. Jeśli jesteś dziewczynką i chcesz być lubiana przez szkolnych kolegów, musisz być dziewczynką możliwie najbardziej dyskretnie. Musisz się zdystansować i np. śmiać się z seksistowskich żartów, zaznaczając w ten sposób, że one ciebie nie dotyczą. Musisz pamiętać, że jesteś kobietą tylko przypadkowo i w gruncie rzeczy to nie ma żadnego znaczenia. Lepiej o tym jak najszybciej zapomnij i zostań uniwersalnym człowiekiem, który identyfikuje się z powszechną historią i uniwersalnymi wzorcami wprost z wielkiej literatury. Wtedy zaakceptują cię nie tylko chłopcy z klasy, ale w ogóle świat.

  12. Dziękuję Ci za ten tekst!
    Sama skończyłam liceum zaledwie kilka miesięcy temu i doskonale Cię rozumiem. Mam podobne doświadczenia. Czułam się z moimi poglądami bardzo wyobcowana, a jakakolwiek próba dyskusji z rówieśnikami zostawała zwykle ucinana stwierdzeniami w stylu: „o boże, a ta znowu swoje”. Bardzo liczę na to, że teraz na studiach będzie lepiej, ale wydaje mi się, że jednak środowisko, w którym się uczę jest podobne do tego licealnego…

  13. Niezły tekst, ale moim zdaniem przebija przezeń mała wiara we własne siły i stawianie siebie na z góry przegranej pozycji. Ciągłe narzekanie, jak to jest źle, wszyscy przeciwko mnie, nikt nie podziela moich poglądów.

    Np. sytuacja z pierwszego akapitu. Wystarczyłoby wymienić kilkanaście wynalazków, bez których ciężko wyobrazić sobie współczesne życie, wynalezionych przez kobiety.

    Co do ostatnich zdań, to tu jedynie pojawiają się jakieś propozycje rozwiązań pozytywnych. Nadal jednak widzę zbyt mało wiary w siebie. Wykaż nieco inicjatywy, załóż blog czy fanpage facebookowy i pisz o tym, co obserwujesz w szkolnej rzeczywistości. Powodzenia!

  14. Zgodnie z przedmówczyniami przyznaję, że tekst jest bardzo dojrzały i świadomy, pisany przez niewątliwie inteligentną osobę. Tak jak zgadzam się z fragmentem dotyczącym „korwinistów”, tak muszę wyrazić sprzeciw wobec „schematów” dziewcząt jakie Ola zaproponowała. Świat z pewnością nie dzieli się na feministki i „puste”, nieświadome dziewczęta. Interesuję się polityką, światem, rozmawiam także z rówieśnikami o problemach współczesnego świata, popieram stanowczo walkę o równość kobiet i mężczyzn, ale jestem także katoliczką, która nie czuje się, jakby „przyjmowała pusto dogmaty Kościoła”, ale wręcz czerpie z niego siłę do walki w obronie gdy w tekście czytanym na lekcji biologii pojawia się fragment, że nowonarodzonego chłopca ubrano w NIEBIESKIE śpioszki, w przeciwieństwie do autorki tekstu. Myślę, że „schematy” jakie warto by zastosować to „kobiety nieuświadomione, które odnoszą się z obojętnością wobec niesprawiedliwościjakiej podlegają”, „feministki, które stają godnie w obronie praw kobiet” oraz na „SKRAJNE feministki, które nie bronią kobiet w ich kobiecości, ale starają się za wszelką cenę im ją odebrać i upodobnić je do mężczyzn”. Skrajność ta opiera się także na nietolerancji, wręcz swego rodzaju rasiźmie w stosunku dziewcząt, które „ośmielą się ubrać spódniczkę, czy sukienkę”. Nie na tym opiera się feminizm.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *