„Tancerka” – pokochać ból… | Recenzja filmu

Autorka recenzji: Izabela Pazoła

plakat B2.cdr

„Tancerka” – pokochać ból… 

Film to portret Loïe Fuller (1862-1928), zapomnianej współcześnie tancerki, która na stałe zapisała się w historii tańca, i która wprowadziła do niego nowe elementy. Jej przedstawienia stanowiły dopracowany show. Dzięki światłu, lustrom, tworzyła prawdziwe arcydzieła. Ulubienica artystów francuskiej Belle Epoque. Regularnie występowała na scenie słynnego kabaretu Folies Bergères u schyłku XIX w. Od innych tancerek Fuller odróżniała się tym, że jej występy były kolorowym widowiskiem, precyzyjnie przez nią zaplanowanym z wykorzystaniem wielokolorowego oświetlenia elektrycznego, nieskończonej ilości jedwabnych tkanin i bambusowych prętów, które przymocowywała sobie do ramion. Dzięki takim zabiegom mogła zmieniać się na scenie w efektowne motyle czy egzotyczne kwiaty, co inspirowało paryską bohemę: malarzy, poetów, rzeźbiarzy, choreografów i filmowców, m.in. Toulouse-Lautreca, Rodina, Stéphane’a Mallarmé oraz braci Lumière. Stworzyła nowy gatunek – taniec serpentynowy.

To portret kobiety walczącej z różnymi przeciwnościami losu, a przede wszystkim z bólem, nieznośnym wręcz paraliżującym, mimo to na scenie dającej z siebie wszystko, dążącej bezustannie do perfekcji. Loïe Fuller – Amerykanka, jedna z tych kobiet, które w początkach XX wieku zrewolucjonizowały sztukę tańca.

Dopiero spotkanie z młodziutką, niezwykle uzdolnioną Isadorą Duncan doprowadziło do upadku gwiazdy… choć fakty przedstawione z filmie nie do końca mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Rywalizacja Duncan i Fuller ma w filmie charakter nie tylko erotyczny, czy romantyczny. Kontrastują tu zarówno charaktery postaci, jak i style tańca. Neurotyczna Loïe tańczy (w tej roli Soko, francuska piosenkarka), ukrywając swoje ciało w fałdach materiału i refleksach światła; taniec wyniosłej Isadory (Lily-Rose Melody Depp) jest zaś cielesny cielesnością antycznych posągów. Młoda Depp ze swoją filigranową buzią rozpieszczonej porcelanowej laleczki doskonale pasuje do roli kusicielki, znakomicie przeciwstawia się surowości Soko. Reżyserka celowo opowiada o tej relacji w niedopowiedzeniach, starając się chwycić aurę nienazywalnego uczucia.

Jest to debiut fabularny Stéphanie Di Giusto. Moc debiutu francuskiej reżyserki tkwi w niedopowiedzeniach. Na niespełna dwugodzinny seans przypada wielogodzinna rekonstrukcja fabuły w umyśle widza. Relacje między postaciami nakreślone są niemal imresjonistycznie. Bez większego trudu można je zrozumieć. Podobnie rzecz ma się z fabułą między kolejnymi punktami zwrotnymi akcji.

Film zaciekawia na poziomie wizualnym, zachwyca wysublimowaną oszczędnością kadrów. Niczym paryscy moderniści Di Giusto bawi się oświetleniem, wykorzystuje nowatorskie osiągnięcia przełomu XVIII i XIX wieku oraz dostrzega estetyczną wartość w różnicach faktur, ciężkościach, konfrontowaniu wnętrz i otwartych przestrzeni. Ogromne wrażenie robi również taniec głównej bohaterki. Bez problemu można wczuć się w widownię tamtych czasów i zrozumieć, dlaczego Fuller nie schodziła z afiszy Folies Bergère.

Najbardziej interesującym elementem filmu są zdjęcia Benoîta Debiego. Wszystkie emocje, począwszy od wielkiej wrażliwości, przez pasję, determinację, aż po wyniszczającą zazdrość, które wypływają z ekranu, mają swoje źródło właśnie w kadrach belgijskiego twórcy. Dopełnione odpowiednią grą świateł i solidną, muzyczną oprawą, tworzą wizualny raj dla oka, w którym można się zatracić.

„Tancerka” to film o kobiecie, która tak naprawdę tancerką nie była. To film o artystce, która właściwie z niczego zrobiła intrygującą sztukę, zachwycającą ludzi na całym świecie pomimo upływu lat. To film o bólu. To jeden z tych zwykłych-niezwykłych obrazów, które oprócz tego, że mówią o sztuce, same w sobie są magnetycznym doświadczeniem artystycznym.

 

Korekta: Klaudia Głowacz


Komentarz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *