Wywiad z bohaterką książki Marty Abramowicz ,,Zakonnice odchodzą po cichu”.

Gorąco polecamy wywiad z jedną z bohaterek książki Marty Abramowicz ,,Zakonnice odchodzą po cichu”. 

zakonnice

O: Niedawno ukazała się książka Marty o zakonnicach. Przeczytałaś ją?

Z: Tak. Przeczytałam ją jeszcze na e-booku, bo byłam bardzo ciekawa. Śledziłam wszystkie posty, informacje na portalach, facebooku, czytałam fragmenty, które się pojawiały. Byłam ciekawa książki i tej tematyki, która ciągle jeszcze jest nieznana – o tym się nie mówi, o tym się nie pisze.

O: Jak Ci się czytało?

Z: Podzieliłam sobie lekturę, tak jak podzielona jest książka, na dwie części, więc najpierw pochłonęły mnie te opowiadania, które oddają rzeczywistość i realia życia. Na ich przykładzie, mimo różnorodności historii, da się dostrzec wspólne mianowniki. Później historie, wypowiedzi księży, które też oddają to, jak siostry są postrzegane przez nich, czy przez zakonników. A bardzo często postrzegane są w sposób negatywny, jakby nie było. Współpracując z księżmi widziałam, że jesteśmy odbierane tak, jak to było potem w książce opisane.

O: To musiała być dość smutna lektura.

Z: Potwierdziła rzeczywistość, jaką znałam. Mogłam ją odnieść do konkretnych wydarzeń, realiów. Lektura smutna, bo pokazuje, że nie jest różowo ani kolorowo. Tam, gdzie są ludzie, są również określone sytuacje, historie. I jest też niestety dwulicowość – z jednej strony wszystko ładnie i kolorowo, a w środku niestety zupełnie inaczej.

O: Wspominasz też o tym, że gdy zaczęłaś czytać tę książkę na e-booku, śledziłaś różne informacje pojawiające się o książce. Jakie to były informacje? Pewnie jakieś recenzje.

Z: Tak. Patrzyłam na recenzje, a po wydaniu książki na różne komentarze. Ostatnio pojawił się nawet komentarz Krystyny Jandy na temat książki. Cieszy mnie to, że dotarło to do szerokiego grona. Nawet ostatnio będąc w Empiku zobaczyłam, że książka jest na liście bestsellerów, bodajże w pierwszej dziesiątce. Książka szybko się rozeszła, potrzebny był dodruk. Widziałam zatem, że znalazła podatny grunt.

O: A jakie były reakcje, gdy czytałaś komentarze?

Z: Część osób pytała mnie o potwierdzenie, czy tak się rzeczywiście dzieje. Ostatnio wysłałam nawet książkę do swoich rodziców. Oni już wcześniej wiedzieli jak jest, ponieważ nie kryłam pewnych rzeczy i nie mówiłam nieprawdy. Zresztą sam fakt odejścia świadczył o tym, że coś było nie tak. Komentarze na temat książki, z którymi się spotkałam, faktycznie były pozytywne. Oczywiście wiadomo – pozytywne ze strony nie kościelnej, bo niestety reakcja kościoła była troszeczkę inna.

O: Ja też zauważyłam, że faktycznie bardzo dużo osób rzuciło się na tę książkę. Osoby, które ją przeczytały, mówią, że są bardzo poruszone. To częsta opinia, że te historie często dotykają głębokich emocji.

Z: Tak, bo to generalnie dotyka całego życia człowieka, który idzie z zupełnie innym przeświadczeniem, z zupełnie inną chęcią i nastawieniem, a spotyka się ze ścianą, z którą się zderza.

O: Tak się zastanawiałam, bo Marta wspominała we wstępie, że ciężko było jej znaleźć zakonnice. I zaczęłam się zastanawiać, jaka była wasza historia? Jak się poznałyście? Jak na Ciebie trafiła?

Z: Trafiła tak, jak o tym pisała – rozesłała maile do osób, które znała. I drogą łańcuszka – coś komuś ktoś. Trafiła do mnie przez kolegę z mojej miejscowości. Napisał do mnie na facebooku, że jego znajoma pisze książkę i czy zgodziłabym się z nią skontaktować. Powiedziałam, że nie ma problemu, podał mój numer telefonu i Marta bardzo szybko się odezwała. Nie pamiętam, czy przez telefon, czy na fejsie. Pomógł internet, rozesłanie wici. W ten sposób widocznie da się dotrzeć, choć ja też pytałam drogą jakby łańcuszka, ale mi odmawiano. Albo ktoś nie miał czasu, albo nie chciał.

O: To wymaga dużej odwagi, opowiedzenie o sobie w książce, która będzie lada dzień wydana i która dotyka dość trudnych tematów.

Z: Mówienie o tej tematyce wymaga odwagi. Czasami jest tak, że boimy się otwarcia może nie tyle przed rodziną, ile przed środowiskiem, z którego wyszliśmy. Ono nie zawsze wie, jak to wyglądało, często jest bogobojne, więc rzucenie cienia na kościół, zakon – nie daj Boże. W tym momencie wszyscy się ode mnie odwrócą, bo ja piszę negatywnie. Boją się otwierać, boją się o tym mówić. Czasami jest to związane z tym, że pracują dalej w środowisku kościelnym, więc boją się mówić, żeby nie stracić pracy. To jest bardzo istotna kwestia. Są również osoby, które chcą o tym zapomnieć. Nie chcą do tego wracać, bo nie chcą o tym pamiętać. Są różne powody, dla których dziewczyny, które odeszły z zakonu, nie chcą o tym mówić. Dla jednych jest to zamknięta przeszłość, inne nie chcą w to mieszać rodziny, a jeszcze inne z obawy.

O: A dlaczego Ty się zgodziłaś?

Z: Dlatego, że już nie jest to dla mnie problem, by o tym mówić. W takim sensie, że po odejściu też trzeba było się otrząsnąć, troszeczkę wyprostować. Teraz to już nie jest problem. Poza tym, dlaczego o tym nie mówić, skoro jest taka rzeczywistość. Ja nigdy nie mówię, że tam było tylko źle. Bo było też dobrze, bo poznałam fajnych ludzi, naprawdę przesympatycznych, z którym do tej pory utrzymuję kontakt i są moimi przyjaciółmi. Są to osoby świeckie. Nie jest to więc czas stracony, tylko i wyłącznie zły. Były też jednak niestety ciemne strony tego wszystkiego, więc stwierdziłam, że dlaczego mam nie powiedzieć o pewnych rzeczach. Dlaczego mamy siedzieć cicho? Skoro mówi się o księżach, skoro oni też o tym mówią, bo znam środowiska byłych księży, którzy odeszli, ponieważ byli podobnie traktowani, bo też nie wytrzymali. To nie kobieta wchodziła w grę, tylko po prostu praca, fizyczność, robił wszystko, a miano go za nic. Dlaczego zatem nie mówić o tym od strony zakonów żeńskich? I nie mam z tym problemu. Czy się boję? Trochę się boję, ale staram się zachowywać pewne granice. Ta trudna przeszłość jest w mojej pamięci, ale mogę o niej opowiedzieć. Czasem rozmawiam z młodymi dziewczynami zastanawiającymi się nad pójściem do klasztoru. Nie odciągam, nie mówię „nie idź”, tylko przedstawiam realia, pokazuję plusy i minusy. Że wcale nie jest tak różowo, że nie jest tylko tak fajnie, że wszyscy tylko uśmiechają się do ciebie i jest miło i sympatycznie, wszyscy mówią „szczęść Boże”, „Bóg zapłać”. Przychodzi taki moment, że musisz się wykrzyczeć, wypłakać i masz wszystkiego dość. I zastanawiasz się, po co tam jesteś. O tym trzeba mówić. Tak mi się wydaje. I po to jest ta książka. I jeśli mogłam w jakiś tam sposób pomóc Marcie, to czemu nie.

O: Czy mogłabyś w paru słowach powiedzieć, jak wyglądało Twoje codzienne życie w zakonie?

Z: Trzeba by było podzielić to na dwa etapy . Etap pierwszy to etap formacyjny, czyli postulat, nowicjat, juniorat, kiedy jesteśmy zgromadzone we wspólnocie, do której wstępujemy. I wtedy dzień wygląda zupełnie inaczej, bo jesteśmy ustawione pod cykl dnia dostosowany do młodzieży zakonnej. Czyli mamy swoją mistrzynię, opiekunkę, która wyznacza zajęcia, dyżury. Pobudka, modlitwa w osobnej kaplicy (dopiero później się przychodziło z siostrami na msze). Odpowiadałyśmy wówczas przed naszą opiekunką czy mistrzynią, nie podlegałyśmy innej przełożonej. I w tym okresie to wygląda troszeczkę inaczej niż później, bo cykl dostosowano do dnia pracy, ale była też i nauka. Pobudka około 5.20, poranne modlitwy, msza, śniadanie i potem lekcje – zajęcia czy to z teologii moralnej, czy z historii Kościoła, historii zgromadzenia. Uczyłyśmy się też konstytucji i przepisów zakonnych. Później szłyśmy na dyżury do pracy – kuchnia, ogród, pralnia. Wszystko działo się na terenie zakonu, bo akurat tam, gdzie są okresy formacyjne, są dosyć duże ogrody, jest własne gospodarstwo, więc pracy wystarcza dla wszystkich. I to też jest plus, bo nauczyłam się wielu rzeczy, których nie miałam szansy wynieść z domu, bo mieszkałam w bloku. Tak jak wspominałam w wywiadzie do „Newsweeka” – czasami takie zwykłe dziewczyny powinny iść na pół roku do klasztoru, żeby nauczyły się sprzątać, myć okna, żeby miały taką szkołę życia. Jak panowie do wojska, tak dziewczyny na pół roku do klasztoru. Bo to naprawdę uczy. Po pracy były modlitwy, potem rekreacja też w naszym gronie – wspólne zabawy, w nowicjacie nawet siatkówka, śpiewanie, wyszywanie – to dla mnie też była szkoła, ponieważ naprawdę słabo szło mi szydełkowanie czy robienie na drutach. Wiele rzeczy robiłyśmy same, np. różańce, wyszywałyśmy komże, bieliznę kielichową do mszy, obrusy do kościoła – to wszystko czemuś tam służyło, uczyłyśmy się. I nie trzeba było nic kupować. Potem znów szło się do pracy, wracało na dyżury. Dyżury kończyły się wcześniej, szło się znowu na zajęcia. Później modlitwy, kolacja, krótka rekreacja, modlitwy, i wtedy już następował czas dla siebie – ok. 20.30. Potem, chyba o 21.30, na dzwonek trzeba było iść spać. Także czasu dla siebie (nie mówię o rozwiązywaniu krzyżówek, ale o takim ogarnięciu siebie) zaledwie godzina. Zawsze się śmiałyśmy, bo na pytanie: kiedy mam to zrobić?, odpowiedź brzmiała: w wolnym czasie po rekreacji. Bo rekreacja była czasem dla wspólnoty i trzeba go było spędzać ze wspólnotą.

O: Czyli jeśli chciałaś pobyć sama w tym czasie, to nie bardzo miałaś możliwość?

Z: Nie, bo wtedy izolowałabym się od grupy, a to też było źle postrzegane. Podobnie jak rozmowa z inną siostrą nie będącą z mojej wspólnoty – bo uciekam ze wspólnoty. To były dla mnie męki. Zawsze nam mówili – przyjaźń partykularna, cokolwiek to znaczy. Jak zaprzyjaźniłam się z siostrą po ślubach, bądź starszą też po ślubach, która jest już na placówce jako takiej, to moje przełożone już węszyły – dlaczego szukam poza wspólnotą, a nie we wspólnocie, w której jestem.

O: Bohaterki książki mówiły, że trudno jest zawierać przyjacielskie relacje w zakonie i że jest nacisk, żeby z każdą kobietą przebywać mniej więcej tyle samo czasu, żeby nie poświęcać go zbyt wiele jednej osobie.

Z: Tak, to już jest źle postrzegane. Jeszcze pół biedy, jeśli ma to miejsce we wspólnocie, w której się jest, w okresie formacyjnym. Są ludzie, z którymi pogadasz i to jest wszystko, cała twoja relacja. Wiadomo, kogoś lubi się bardziej, kogoś mniej. Ale jeśli poznało się we wspólnocie kogoś, z kim się fajnie dogadywało i nawiązują się relacje (ja tu mówię o relacjach w pojęciu zgromadzenia – tak zwanych zdrowych relacjach) – zwykła babska przyjaźń: idziemy na spacer, spotykamy się częściej, rozmawiamy w drodze dokądś – to już jest źle postrzegane. Bo już za dużo czasu spędzam z tą siostrą – i to na pewno jest niezdrowe. Podobnie jak w sytuacji, gdy widziano cię z księdzem – świadczyło to automatycznie o problemie ze ślubem czystości. I były to sytuacje czasami przedziwne, czasami sami księża się śmiali. Np. miałyśmy dyżury w zakrystii i trzeba było podać księdzu tzw. welon. Kiedy jest wystawienie najświętszego sakramentu, ksiądz chwyta monstrancję właśnie przez welon, który trzeba mu położyć na ramionach, i jedna z sióstr prawie go na niego wrzuciła, żeby tylko księdza nie dotknąć. I wtedy on zapytał, czy ma przynieść grabie. Bo to było śmieszne, to była karykatura wszystkiego. Ja sama miałam ten problem, gdy byłam w Siedlcach i pracowałam z księżmi na parafii w katechezie, i zdarzało się, że ksiądz mówił: siostro, może się przejdziemy? A ja patrzyłam, czy przełożona nie zobaczy, że ja spaceruję. To było chore, wpędzało w paranoję. Człowiek wpadał w popłoch – patrzył, czy nie patrzą. I tak samo było z siostrami – wszelkie relacje były źle postrzegane. Problem pojawiał się na placówkach małych, na przykład tam, gdzie byłyśmy we trzy.

O: Bo najpierw byłaś w dużej placówce?

Z: Tak. Postulat, nowicjat to były duże placówki. Po złożeniu ślubów następuje drugi okres, wtedy przerzuca się nas do prowincji. Bo to jest tak, że zgromadzenie ma kilka prowincji w Polsce, albo na świecie – to zależy od tego, czy jest to zgromadzenie polskie, czy zagraniczne. I po ślubach każda wraca do swojej prowincji – jest to zależne od miejsca, gdzie się wstępuje. Bo można być z północy i wstąpić na południu, i wtedy to jest twoja macierzysta prowincja. Możesz też wstąpić do tej prowincji, do której jest ci najbliżej, co jest wygodniejsze z racji chociażby późniejszego kontaktu z rodziną. Po pierwszych ślubach, które się składa, jedzie się do placówek. Przełożone mówią: siostra obejmie taką placówkę i będzie wykonywała takie zadania. I trzeba powiedzieć: amen, bóg zapłać i jechać. Nawet, gdy ma się odmienne zdanie, albo gdy się czegoś nie lubi. Mnie akurat wysłano do dzieci – trzylatków w ochronce. To był dla mnie prawdziwy survival.

O: Co miałaś tam robić?

Z: Ja nie miałam w ogóle pedagogicznego przygotowania do tych dzieci. Skończyłam katechezę i po pierwsze nigdy nie pracowałam, a tu mnie rzucają do przedszkola. Zero przygotowania pedagogicznego pod kątem przedszkola. Przełożeni wiedzieli, że to nie jest moja pasja. To chyba było na zasadzie pokory – siostra się nauczy pokory i pójdzie do dzieci. Starałam się coś rzeźbić z tymi dziećmi. Na szczęście to były trzylatki, a nie np. sześciolatki, poza tym siostry mi pomagały. Starałam się, jak mogłam. To była większa placówka, było nas więcej, siostry były młode. Później wysłano mnie do arcybiskupa do Białegostoku. Tam, mówiąc delikatnie, jechałam na szmacie, tzn. wycierałam kurze, przygotowywałam kolacje.

O: Dość duża zmiana.

Z: W pracy zdecydowanie. Ale to było o tyle fajne, że tam mogłam poznać wartościowych ludzi. Tam było otwarcie. Zresztą biskup nie traktował sióstr jako sprzątaczek, kucharek itd. Jadłyśmy z nim razem posiłki, jeździłyśmy z nim. Tam naprawdę panowała wspólnotowa atmosfera. Później to już była szkoła – dwa lata placówki.

O: Co robiłaś w szkole?

Z: Prowadziłam katechezę. Były dzieci komunijne, klasy 1-3. Ten czas wspominam najfajniej. Na placówce byłyśmy trzy – zakrystia i dwie katechetki, czyli jeszcze moja przełożona była katechetką. Było naprawdę rewelacyjnie. Ja byłam najmłodsza, przełożona starsza i siostra zakrystianka najstarsza. Nikt pod nikim nie kopał dołków, nikt na nikogo nie donosił. Co kto miał komu do powiedzenia, to mówił. Atmosfera czyściła się przy śniadaniu, obiedzie czy kolacji i wszystko było jasne. Tam też zupełnie inaczej wyglądał dzień, bo mogłyśmy dopasować go do pracy, którą wykonywałyśmy. Czyli jak mam na ósmą do pracy, to albo biegnę do kościoła, albo idę na mszę wieczorem. W południe też nie ma wspólnej modlitwy, bo każda z nas jest w szkole. To też zależy od domu, bo tam był on na tyle otwarty, że kto przychodził, to wychodziłyśmy z kaplicy i szłyśmy do tych ludzi, a nie na zasadzie: proszę poczekać, my się pomodlimy i zaraz przyjdziemy. Przychodziła młodzież, przychodzili ludzie starsi. Dom był naprawdę otwarty, a drzwi się nie zamykały.

O: To trwało trzy lata?

Z: Dwa lata katechezy w Siedlcach. Dwa lata formacji. Później składałyśmy pierwsze śluby. I po ślubach jeszcze rok był formacją, bo to było jeszcze troszkę pozmieniane w konstytucjach. Później już placówki. Czyli sześć lat łącznie.

O: I to jest, jak rozumiem, cały czas też okres kształtowania się przyszłej zakonnicy, w sensie kształcenia się itd.

Z: Kształtujemy się tam w klasztorze permanentnie, to jest tzw. formacja permanentna. Czyli po złożeniu ślubów wieczystych trzeba było dbać o swój rozwój duchowy, na przykład obowiązkowo jeździć na rekolekcje. Raz do roku wybierało się rodzimy dom zakonny, do którego chciało się jechać na rekolekcje. Jeśli chciało się jechać gdzieś indziej, należało mieć pozwolenie od przełożonych. Każda siostra musiała już później sama dbać o siebie. W okresie formacyjnym, do ślubów wieczystych, ktoś się tym zajmuje – organizuje dni skupienia. Później już sama o to dbasz – robicie w domu grafik, kto kiedy wyjeżdża na rekolekcje itp.

O: Czy wtedy był też czas, żeby się kształcić, czytać określone lektury, zagłębiać się w nie?

Z: Też. Ale często jest tak, że tego czasu jednak brakuje. Łatwiej jest, kiedy ktoś ten czas układa. Jeżeli zaś pracujesz zewnętrznie – idziesz do szkoły, szpitala, przedszkola, to czasami jest ciężko z tym czasem, nawet żeby książkę poczytać. Szło się do kaplicy i po prostu oczy się zamykały. Chociaż starałyśmy się i czytać, i zdobywać wiedzę, a nawet mieć czas dla siebie. Najczęściej to były soboty i niedziele. Można było posiedzieć w pokoju, popisać listy, bo były to jeszcze czasy pisania tradycyjnych listów. Korespondencja była otwierana.

O: Czytana?

Z: Nie wiem. Dostawałam otwarte listy, nie wiadomo, czy były czytane. Tak było akurat w tym zgromadzeniu, nie wiem, jak jest w innych. Jak się wysyłało list, też trzeba było dać otwarty. Chyba że się wysyłało dwa. Tu już zaczynało się kombinowanie.

O: Co sprawiało Ci radość w przebywaniu w zakonie? Jakie aspekty były priorytetowe?

Z: Fajne było dla mnie zaangażowanie. Taka chęć pomocy, chęć otwarcia się, realizowania… jak ktoś mówi o sobie, to w klasztorze trudno mu się zrealizować. Bo jeśli chcesz się w czymś realizować, to zazwyczaj robią kontra, bo musisz się nauczyć pokory. Ale co mi dawało radość? Sfera duchowa? Powiem szczerze, że ja byłam zawsze bardziej realistką i więcej było we mnie pragmatyczki. Kwestia wiary to było zawsze troszeczkę pod górę. Parę rzeczy mi się nie zgadzało w tym wszystkim i przyjmowanie pewnych rzeczy na wiarę, bo Jezus tak chce to… Więc sfera duchowa nie, ale zaangażowanie – praca z ludźmi, do ludzi, kontakt z nimi, w jakimś sensie poświęcenie się. Ale też poznawanie siebie, bo jednak człowiek poznaje siebie w takich sytuacjach.

O: Ale to trudne poznawanie siebie?

Z: Tak. Bo masz więcej czasu, szczególnie w okresie formacyjnym, na myślenie, zastanawianie się nad sobą. Czasami pomagały w tym rekolekcje, szczególnie jezuickie. Cały cykl tych rekolekcji pomaga dojść do pewnych rzeczy. Niektórzy osiągają to u psychologa czy psychiatry, ale rekolekcje i modlitwa też temu sprzyjają, bo dochodzi się, dlaczego jestem taka, a nie inna, dlaczego tak reaguję, gdzie jest przyczyna: dzieciństwo, rodzina, praca nad tym. Tylko trzeba w tym znaleźć złoty środek. Nie tylko Jezus tak chciał, gdzieś tkwi jeszcze jakaś przyczyna. Ale tak jak mówię, bycie w klasztorze to jest też czas, kiedy człowiek się uczy. I modlitwy też. Bo nie wszystko przychodziło łatwo, jeśli chodzi o modlitwę. Jeśli ktoś myśli, że modlitwa jest łatwa, to życzę powodzenia. Bo nie polega to na tym, że pójdę do kaplicy, odstukam różaniec i wyjdę z kaplicy. Akurat różaniec to była dla mnie masakra, to była tak monotonna modlitwa. A trzeba było go w ciągu dnia odmówić, jeśli nie wspólnie, to indywidualnie. Brewiarz, modlitwa psalmami, to było ok. Ale indywidualnie różaniec to… Ale to też jest takie przełamywanie siebie, bo stwierdziłam, że pójdę i pomodlę się mimo wszystko. Zacisnę zęby, przysnę trzy razy, ale dam radę.

O: Ile lat byłaś w zakonie?

Z: Sześć. Łącznie z okresem formacyjnym.

O: Czy przez te sześć lat widziałaś sytuacje, w których pojawiała się przemoc w zakonie? Niektóre z zakonnic opowiadały, że zdarzają się sytuacje przemocowe, że jest nierówność traktowania, bardzo duża hierarchia.

Z: Przemocy fizycznej jako takiej nie widziałam i jej nie doświadczyłam. Raczej psychicznej. To tak, tu bym się zgodziła. Nierówność traktowania tak – były osoby wiecznie do tego samego. W niektórych zgromadzeniach w ogóle jest tak, że są tzw. chóry. Przynajmniej były. Nie wiem, czy kojarzysz film „Faustyna”. Ona jest tam przeznaczona do prac ogrodowych, piekarni, bo była niewykształcona – tzw. drugi chór. I był pierwszy chór – siostry wykształcone, lepiej urodzone, z posagiem itd. Tutaj może nie było takiego podziału, ale były siostry przeznaczone do prac ogrodniczych, kuchennych, do pralni oraz inne siostry. Jak to mówił św. Stanisław Kostka: do wyższych rzeczy jestem stworzony, czyli będę robił coś lepszego – uczył dzieci, skończę studia itp. Tylko cały sukces w zakonie polega na tym, żeby nie pokazać tej swojej wyższości. Bo były dyżury – jak ktoś skończył studia, też musiał iść do kuchni. Ta, która skończyła studia, to siostra, która wyjdzie do ludzi, porozmawia. A inna bidula czasami siedzi w kuchni całe życie. Ona może się tam i spełnia, i realizuje, ale nie widzi innego życia. Ona nie poznaje ludzi, jest tam, tam pracuje. Czy była przemoc psychiczna? No była jakaś tam. Chociażby wysyłanie ludzi do pracy, w której jest ciężko. Ja wiem, że to kwestia przełamania siebie, ale wiadomo, że jak człowiek robi to co lubi, robi to zdecydowanie lepiej. To tak jak z każdym zawodem, z każdą pracą. Jeśli idę do ludzi i robię to, co lubię, to efekt jest inny.

O: To tak jak wspomniałaś, że najprzyjemniej pracowało Ci się z dziećmi w wieku szkolnym.

Z: Tak, bo one coś kumają, gdy do nich mówię, a te trzylatki to trochę one na mnie, ja na nie. Wracając do tematu – było takie trochę znęcanie się psychiczne. Mogłam to tak odebrać. Nie ja osobiście, ale byłam świadkiem sytuacji, gdzie siostrze sprawdzano co czyta. Zresztą ja też doświadczyłam paru takich sytuacji. Nawiązałam kontakt z byłą siostrą, którą znałam przed wstąpieniem i która była w tym zgromadzeniu. Ja wstąpiłam znając ją, kiedy była jeszcze w klasztorze. Nawiązałyśmy kontakt, spotykałyśmy się. Ktoś komuś doniósł, więc spotkałam się z sytuacją, że mam się nad sobą zastanowić, nad składaniem ślubów i w ogóle.

O: A dlaczego?

Z: Bo nie wróciłam na czas. Było zakończenie studiów, rozdanie dyplomów. Pojechałam się z nią spotkać na kawę, a druga siostra wróciła do domu, więc ja oberwałam, że nie wróciłam na czas. I czego ja chcę, czy w ogóle chcę zostać w klasztorze. Musiałam to przyjąć na klatę, a jak przyszło co do czego, to później prosili, żeby człowiek został. Taka prawda.

O: A czy to prawda, że kontakt z byłymi siostrami, które wystąpiły z zakonu jest niewskazany dla kobiet przebywających w zakonie?

Z: No tak. Jeśli jest się po ślubach wieczystych, to mniej; te siostry mają większą swobodę kontaktów czy wyjść. Siostry, które pracują, ale jeszcze nie mają ślubów wieczystych a tzw. śluby czasowe, nie są takie swobodne w wyjściach, spotkaniach, kontaktach. I w tym momencie jest to niewskazane, bo ta, która odeszła z własnej woli, zaprzepaściła powołanie. Jest osobą, o której nie powinno się mówić. A jeśli się mówi, to w ten sposób, że sama sobie jest winna, bo przestała się modlić, bo naraziła się na jakieś tam kontakty. Ten kontakt z pewnością jest utrudniony. W takich sytuacjach tworzy się podziemie. Ktoś komuś pisze list, który idzie do kogoś innego, żeby mu przekazał. Konspiracja. Niemalże się grypsy rozdawało (śmiech).

O: Co zadecydowało, że już nie jesteś w zakonie?

Z: W pewnym momencie szala się przechyliła. Już nie dawałam rady. Nie fizycznie, a psychicznie. Byłam tą, która wiecznie za wszystko obrywała – bo byłam głośna, bo się śmiałam. Nawet musiałam uczyć się chodzić nie po męsku, bo zawsze byłam córką tatusia: piłka, sport itd. Siłą rzeczy mi zostało. A tutaj – wszystko na nie. Już to zaczęło mnie męczyć. To też nie jest tak, że się obraziłam, bo nie robię tego, co lubię. Nie. Po prostu stwierdziłam, że to już ostatni dzwonek. Miałam 26 lat i uznałam, że później może być już tylko trudniej zacząć od nowa – odnaleźć się, ogarnąć. Poza moim wiekiem, nadszedł też czas złożenia ślubów wieczystych i pomyślałam: no nie ma sensu. Ja już wtedy kombinowałam i stwierdziłam, że jak mam to robić i nie przestrzegać ślubów, to równie dobrze mogę pracować jako osoba świecka. Bo w klasztorze po coś są te zasady, a jeżeli jestem w nim i je łamię, to po co być? Z powrotem nie było problemu, wróciłam do rodziców. Gorzej, gdy chodziło o nowy start życiowy – znalezienie pracy, ogarnięcie się. Część, gdy odchodzi, jest bardzo zastraszona. Poza tym jesteśmy postrzegane bardzo negatywnie. Ja nie mogłam znaleźć pracy po odejściu.

O: Negatywnie przez społeczeństwo?

Z: Kler, duchowieństwo. Im mniejsza miejscowość, tym gorzej. Ja byłam niemalże wyklęta. Nie w swojej parafii, bo u mnie są dwie parafie. W nowo powstałej jest ksiądz diecezjalny i ktoś mu powiedział, że wyrzucili mnie z klasztoru, więc dyrektorka szkoły nie chciała mnie przyjąć do pracy. Wpadałam już w depresję, byłam młoda, chciałam pracować. Miałam bardzo duże wsparcie od rodziców, ale wkurzyłam się i pojechałam do proboszcza mówiąc, że sobie nie życzę, żeby mi psuł opinię i oczerniał, bo mnie nikt z klasztoru nie wyrzucił i że tu jest numer i może ksiądz zadzwonić do przełożonej i zapytać jak było. Wszystko jest załatwione, śluby czasowe się skończyły, więc bez żadnych konsekwencji mogłam odejść. Proboszcz chyba poczuł skruchę, bo dzwonił potem z pytaniem, czy mu przygotuję młodzież do bierzmowania. Ja tu nie mam problemu z pracą, ale wiem, że w mniejszych miejscowościach one się zdarzają.

O: Z perspektywy czasu jak oceniasz tę decyzję o odejściu z zakonu?

Z: Pozytywnie. Nie żałuję, że odeszłam. Z jednej strony nie żałuję, że w nim byłam, ale z drugiej nie żałuję, że odeszłam. Robię to, co lubię, żyję tak, jak chcę. Mam swoje zasady, wartości. Nie wyrzekłam się wiary, kościoła, bo jednak gdzieś czuję potrzebę tego życia duchowego. Jest dobrze. Utrzymuję kontakt z byłymi siostrami, które odeszły jeszcze po mnie.

O: A myślisz, że dużo jest tych sióstr?

Z: Bardzo. O tym się nie mówi, ale bardzo dużo odchodzi po wieczystych ślubach. Oczywiście żadne zgromadzenie tego nie ujawni. Nie będą sobie robić pod górę. Zgromadzenia same też wydalają, bo się ktoś nie nadaje. Wiadomo, że łatwiej jest ogarnąć młodą dziewczynę, nagiąć i wyuczyć, niż starszą. Starsze, jeżeli już idą do klasztoru, to idą do klauzurowego, czyli zamkniętego. Ale wśród tych, które odchodzą, są też takie, które uciekają. Wydaje mi się to bez sensu, bo jak już odchodzę, to po co mam coś ciągnąć za sobą. Wszystko da się załatwić. Watykan nie robi problemu ze zwolnieniem ze ślubów, bo to nie jest sakrament. Jakby któraś chciała wyjść za mąż, to ma drogę wolną. Gorzej jest z księdzem, on ma pod górkę, bo ma sakrament i ślubu kościelnego nie weźmie.

O: Jak zmieniła się Twoja sytuacja po wydaniu książki? Czy w ogóle zmieniła się w jakiś sposób?

Z: Cieszę się, że zaczęło się o tym mówić. Cieszę się, że mogłam o tym porozmawiać z Martą. Że nie jest to taki temat tabu pomimo negatywnych opinii ze strony Kościoła (jak wspominała Marta: „książka jest dziełem szatana”). Mogłam się też pochwalić, że znam Martę, autorkę książki i poniekąd mogłam mieć w niej mały udział.

O: A czy udało Ci się spotkać którąś z bohaterek książki?

Z: Nie. Być może były na promocji książki, ale nikt się nie ujawnił. Raczej nie było prób kontaktu ze sobą nawzajem. Przynajmniej ja o tym nie myślałam, bo nie czułam takiej potrzeby, aczkolwiek fajnie by było na przykład zrobić taką grupę byłych zakonnic na fejsie. Nie chodzi o to, żeby się utwierdzać w przeświadczeniu, jakie to z nas męczennice i tak dalej, ale po prostu podzielić się tym, jak sobie która radzi w życiu, być może któraś potrzebuje pomocy, bo czasami jest problem ze startem, z pracą. Książka rodzi takie pomysły. Istnieje być może taka potrzeba, żeby się nie zamykać na tę swoją przeszłość, ale pójść krok dalej, pomagać sobie. Nawet finansowo. Zgromadzenie ma obowiązek, nie wiem nawet czy nie ma tego w prawie kanonicznym, zagwarantować siostrze możliwość startu.

O: Z lektury książki wynika trochę inaczej.

Z: Ja mogę powiedzieć o sobie, bo dostałam równowartość dwóch pensji. I wiem, że do tej pory tak jest – akurat w tym zgromadzeniu, siostry, które odchodzą, dostają pomoc. Nie wszystkie, bo znam jedną, która, gdyby nie proboszcz, nie miałaby w czym odejść do tzw. cywila, ale z reguły się pomaga. Można powiedzieć, że dwie pensje to mało. Ale jest to jednak jakaś szansa. To nie jest dużo, ale przynajmniej nie zostawia się takiej siostry bez niczego. Wydaje mi się, że taka grupa byłaby fajna, tylko ktoś musiałby to ruszyć. Trzeba by było tak rozegrać sprawę, żeby te siostry się nie bały ujawnić, wyjść z ukrycia. Przecież nikt w takim miejscu nie będzie byłej siostry potępiał, że odeszła, wyszła za mąż i ma dzieci, nie o to chodzi. Każda ma przecież jakąś historię życia. Dlaczego księża czy eks-księża mają być lepsi?

O: Dokładnie. Dziękuję bardzo.

 

Wywiad: Aleksandra Magryta

Spisanie: Monika Milewska

Redaktorka: Patrycja Pokora

Korekta i wrzucenie na stronę: Klaudia Głowacz


Komentarz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *