Agnieszka Grzybek: Kongres Kobiet stoi na zakręcie

Agnieszka GrzybekKolejny, szósty już Kongres Kobiet zdaje się nie mieć dobrej prasy. Zaczęło się od artykułu Renaty Grochal, opublikowanego w „Gazecie Wyborczej” jeszcze przed Kongresem, w którym zarzuciła nam ona marazm. Dowodem na to miałoby być to, że jedynym – jak dotychczas – zrealizowanym postulatem Kongresu Kobiet jest przyjęcie ustawy kwotowej, a i to w okrojonej wersji, ponieważ Kongres proponował przecież ustawę parytetową (na listach wyborczych miało się znaleźć 50 proc. kobiet i 50 proc. mężczyzn) i pod takim projektem zebrał ponad 150 tys. podpisów. Nie jest jednak prawdą, jak twierdzi autorka, że Kongres odpuścił sobie postulat parytetu – wręcz przeciwnie, doprowadził do tego, że do Sejmu wpłynęły dwa projekty nowelizacji kodeksu wyborczego: jeden wprowadzający parytet i suwak (złożony przez Ruch Palikota, teraz Twój Ruch) i drugi proponujący suwak, zgłoszony przez Parlamentarną Grupę Kobiet. Nie jest też prawdą, że na początku priorytety Kongresu były wyraźniejsze, a teraz zbladły – postulaty Kongresu od lat są niezmienne i tak samo wyraziste. Takie jednak postawienie sprawy zdominowało odbiór Kongresu Kobiet w innych mediach, a i późniejsza relacja pióra tej dziennikarki nie była wcale przychylniejsza.

Nie dziwię się zatem, że prof. Magdalena Środa z werwą zaczęła Kongresu bronić, m.in. w wywiadzie, jaki się ukazał właśnie na portalu Dziennik Opinii. O ile jednak podpisuję się obiema rękami pod tym, co prof. Środa mówi o wartości Kongresu Kobiet w kontekście pracy organicznej, bogactwa programu i tematów tam dyskutowanych, a także znaczenia Kongresu dla tych setek kobiet, które przyjeżdżają co roku z różnych miast i które w ciągu roku uczestniczą w kongresach regionalnych i ciągną lokalnie wiele ważnych inicjatyw, walcząc u siebie w regionach np. o świetliki (czyli centra edukacyjno-kulturalne, postulat Kongresu sprzed dwóch lat) czy o włączanie kwestii równości płci do regionalnych programów i strategii wykorzystania funduszy unijnych, o tyle nie mogę się zgodzić ze zbyt pobłażliwym stosunkiem do premiera i rozgrzeszaniem go z niezrealizowanych postulatów równościowych. Prof. Środa jest chyba cały czas zakładniczką myślenia: „Wybaczmy PO i tolerujmy jej zaniechania, bo inaczej PiS przyjdzie do władzy”. Ale na ten szantaż niewiele z nas się już nabiera.

W tym sensie rację ma Renata Grochal, zwracając uwagę na to, że politycy opcji rządzącej instrumentalnie traktują Kongres Kobiet, wykorzystując jego markę wyłącznie do promowania się. Przykładem niech będzie choćby marszałkini Sejmu Ewa Kopacz, która po raz pierwszy pojawiła się w tym roku na Kongresie Kobiet, ale przecież to nie kto inny jak ona odpowiada za zamrożenie wielu projektów dotyczących ważnych kwestii równościowych. To prawda, Kongres Kobiet nie ma sejmowej większości, trudno więc obarczać go winą za to, że mało który z postulatów zgłaszanych od 2009 roku został zrealizowany. Z drugiej jednak strony wśród polityczek związanych z Kongresem Kobiet i bywających na kolejnych kongresach są wpływowe polityczki Platformy Obywatelskiej – min. Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania, prof. Danuta Hübner, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Joanna Mucha, Beata Szydłowska czy prof. Lena Kolarska-Bobińska. Mogą więc wykorzystać swoje wpływy w Platformie Obywatelskiej, aby skuteczniej przekonać premiera do podjęcia bardziej zdecydowanych działań, zamiast patrzeć, jak ciepła woda cieknie z kranu.

Wiele kobiet, które uczestniczyły w tegorocznym Kongresie, jest rozczarowanych i wkurzonych tym, że się je instrumentalnie traktuje i oczekuje, że będą zachwycone nędznymi ochłapami, które co roku pan premier nam zrzuca ze sceny. Przecież co roku odtwarzamy ten sam rytuał: tuż przed Kongresem Kobiet PO doprowadza do podjęcia jakichś cząstkowych decyzji, dawkując nam równościową kroplówkę (przed poprzednim rząd zdecydował o podpisaniu konwencji Rady Europy w sprawie zwalczania i zapobiegania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, przed tym – podjął decyzję o skierowaniu tejże konwencji do Sejmu, żeby umożliwić proces ratyfikacji, a sejmowa komisja przyjęła sprawozdanie w sprawie nowelizacji kodeksu wyborczego i wprowadzenia suwaka na listach wyborczych). A my nie chcemy tego rytuału. Nie chcemy po raz kolejny wysłuchiwać, jak pan premier tłumaczy, dlaczego Platformie Obywatelskiej, która wraz z PSL ma sejmową większość, nie udało się zrealizować postulatów równościowych. Jasne, do tego potrzeba woli politycznej. A tej brak, choć z drugiej strony pan premier miał jej pod dostatkiem, kiedy doprowadził do tego, że Sejm w błyskawicznym tempie przyjął ustawę o chemicznej kastracji pedofilów, ustawę o dopalaczach czy wprowadzającą zmiany w OFE.

W sobotę, podczas drugiego dnia obrad, kiedy przemawiał pan premier Tusk, byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona, ponieważ wbrew temu, co twierdzi we wspomnianym wywiadzie dla Dziennika Opinii prof. Środa, nie 5 proc., nie 20 proc., ale co najmniej połowa kobiet zgromadzonych na sali domagała się ustawy o związkach partnerskich oraz wyrażała coraz głośniej niezadowolenie, słysząc kolejne, zgrabne i giętkie wyjaśnienia pana premiera, dlaczego po raz kolejny znowu się postulatów równościowych nie udało PO zrealizować. Tak naprawdę, na tej sali powinnyśmy rozwinąć nie jeden transparent dotyczący związków partnerskich (miałyśmy hasło „Związki TAK, spółki NIE”), ale powinny być one widoczne w każdym rzędzie z postulatami od lat zgłaszanymi przez Kongres Kobiet. Idę o zakład, że uczestniczki chętnie by za te transparenty chwyciły.

Zamiast zatem zamykać oczy na rzeczywistość i udawać, że nie ma problemu, a jedynym marzeniem uczestniczek Kongresu Kobiet jest podziwiać premiera bądź prezydenta przemawiających ze sceny, a potem strzelić sobie z nimi fotkę, powinnyśmy się z tym problemem zmierzyć i przedyskutować naszą strategię. Zgadzam się, że strategią protestów ulicznych wszystkich spraw się nie załatwi. Musi być jakieś forum, na którym „władza” spotka się z obywatelkami, które domagają się realizacji swoich praw. Ale nie możemy być wobec tej władzy potulne i spuszczać uszy po sobie, jeśli odmawia realizacji tego, czego się słusznie domagamy. Coraz bardziej ta sytuacja pokornego stosunku do premiera i PO zaczyna mi przypominać przejmujący film „Niezłomne”, opowiadający o walce amerykańskich sufrażystek o prawa wyborcze dla kobiet. I prof. Środa powinna sobie ten film odświeżyć, jeśli już zapomniała. Opowiada on m.in. o wewnętrznym sporze między frakcją potulnych a frakcją, która chciała bardziej zdecydowanych działań. Ta pierwsza zabiegała latami, bezskutecznie, o prawa wyborcze dla kobiet, dzięki działaniom tej drugiej kobiety wywalczyły sobie prawa wyborcze i mogły wreszcie głosować. Chciałabym, abyśmy umiały skorzystać z tych doświadczeń naszych prababek i babek. Mnie bardziej interesuje bowiem realizacja postulatów równościowych niż komfort czy dyskomfort premiera na scenie w Sali Kongresowej.

Piszę zaś to wszystko dlatego, ponieważ od samego początku uczestniczę w działaniach Kongresu Kobiet. W ciągu roku jestem na wielu regionalnych Kongresach Kobiet, organizowanych w Białymstoku, Poznaniu, Szczecinie, Katowicach, Łodzi, Pyrzycach, Goleniowie itd. I piszę to wszystko z troską, ponieważ czas sobie uświadomić, że znalazłyśmy się na zakręcie, a może raczej na rozdrożu i musimy sobie odpowiedzieć, czy chcemy skręcić w prawo czy w lewo.

Agnieszka Grzybek, współprzewodnicząca Partii Zieloni 2004, kandydatka do Parlamentu Europejskiego z okręgu warszawskiego


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *