Amour Fou / Szalona miłość w recenzji Natalii Skoczylas

amour fouSzalona miłość / Amour fou

reż. Jessica Hausner

2014

 

tekst: Natalia Skoczylas

„Dziwnie jest mieć chorobę, która może nią nawet nie być” – tak stwierdza Henriette, bohaterka najnowszego filmu austriackiej reżyserki Jessici Hausner (znanej przede wszystkim z wcześniejszego filmu „Lourdes”) „Amour fou”, luźno nawiązującego do wspólnego samobójstwa poety Heinricha von Kleista i jego przyjaciółki Henrietty Vogel w 1811r. W rzeczy samej bardzo dziwnie, w końcu epoka romantyzmu pełna była dziwów, mar i natchnień.

Jednak „Amour fou’, czyli z języka francuskiego ‘szaloną miłość’, zastępuje w filmie niemiecka skrupulatność i analiza wydarzeń. Wszakże romantyczna śmierć w imię miłości także ma swoje wymogi. Należy również zawczasu przygotować dwie różne bronie, gdyby jedna miała nie wypalić.. Reżyserka stworzyła groteskową komedię, choć nie taką by śmiać się do rozpuku, ale łapać za głowę. Heinrich – romantyczny poeta – niezgrabny i pocieszny, oferuje Henriette, roztrzepanej gospodyni domowej, wspólne zakończenie żywota, argumentując, że przecież nikt jej nie kocha. Kobieta, zdziwiona odpowiada ‘jak to? Kocha mnie mąż, córka mnie kocha..’. ‘Aha. No to się pomyliłem.’

Oglądając, miałam wrażenie, że postaci poruszają się po pastelowym domku dla lalek, po czymś nieprawdziwym, jakby nie mieszkali tam naprawdę, tylko się zgubili i już mają się ukłonić i wyjść. Bardzo przy tym zmieszani i nieporadni. Autorka odziera romantyzm z tajemniczości i frenezji, a przede wszystkim z głębi. Nabija się, choć nie bez czułości, przeciwstawiając płytkie dyskursy o miłości z równie płytkimi o podatkach. Bo jak tu nie wpaść w depresję spędzając życie na jednostajnych kolacjach i słuchaniu patetycznego odśpiewywania piosenki przez gospodynię? Albo wątek choroby, na którą zapadła Henriette. Sceny, w których lekarz przynosi kolejne diagnozy lub poddaje bohaterkę hipnozie to moje ulubione z całego filmu. Tempo filmu jest powolne, fabuła nieco zwariowana, choć beznamiętne dialogi ją przytłumiają, dając efekt satyry. Można zupełnie zapomnieć, że romantyzm miał cokolwiek wspólnego z miłością.

„Amour fou” to kino bardzo specyficzne, ciche i nawet drażniące. Ale też zabawne i chyba służące rozrywce, nie doszukiwałabym się w nim morałów.


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *