TELEFON DLA KOBIET DOŚWIADCZAJĄCYCH PRZEMOCY

Телефон для жінок, які зазнають насильства

CZYNNY PONIEDZIAŁEK-PIĄTEK
OD 11.00 DO 19.00

Активний з понеділка по п’ятницю з 14:00 до 17:00

Bądźmy aktywne – nie tylko w internecie | felieton Estery Prugar

– Powinno się wprowadzić regulacje dotyczące sklepów z alkoholem, jak w Szwecji…

– Wiesz co, może najpierw spróbujmy brać z nich przykład w innych dziedzinach, jak in-vitro czy aborcja…

– Zapomnij, niemożliwe. Ale z tymi sklepami, to u nich jest tak…

Szczerze przyznaję, że nie do końca pamiętam, jak to z tymi sklepami jest, ale na pewno lepiej niż w Polsce.

Jakiś czas zastanawiałam się nad przebiegiem przytoczonej wymiany zdań. Z jednej strony poczułam się jak dziecko uciszane podczas „rozmowy dorosłych”, a z drugiej odniosłam przykre wrażenie, że mój znajomy naprawdę wyżej stawia kwestię sprzedaży napojów wysokoprocentowych, niż polityki społecznej. Później pojawiło się równie smutne zrozumienie, że o „monopolowych” rozmawia się po prostu łatwiej. Zresztą, kto nie stosował tej niepisanej zasady, np. na portalach społecznościowych: „To jest złe, z tym się nie zgadzam, tak nie powinno być i ktoś powinien o tym mówić, coś z tym zrobić…”ktoś, ale niekoniecznie ja. Bo nie ma sensu prowokować czy się narażać, można po prostu poczekać, a inni na pewno napiszą. Wtedy mogę skomentować, a najlepiej po prostu polubić komentarz, który będzie najbliższy naszej opinii. „Wilk syty i owca cała” – głos został zabrany, ale to nie my musimy się tłumaczyć.

Niedawno napisałam post z komentarzem do artykułu o nowym projekcie ustawy antyaborcyjnej, która w swoim absurdzie zakłada „gwarancję życia dla każdego człowieka”, a jednocześnie odmawia kobiecie prawa do usunięcia ciąży, która zagraża jej życiu i zdrowiu. Przekonałam się, że głośne mówienie o swoich poglądach faktycznie nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Musiałam zmierzyć się nie tylko z mniej lub bardziej merytorycznymi komentarzami wyrażanymi prywatnie, ale również z tymi publicznymi, gdzie poza ignorancją, przede wszystkim pojawił się brak umiejętności czytania ze zrozumieniem.

„Większość ludzi nie czyta tego, co komentuje, ani tego, co sami piszą” – w wielu przypadkach jest to prawda, ale z drugą częścią tej myśli, która mówi o tym, że w związku z tym nie warto z nimi rozmawiać, nie chce się zgodzić. Jak naprawić coś, o czym tyle osób chce milczeć? Jak przekonać lub walczyć z tymi, którzy niczym bogowie lub posłańcy jednego Boga, dają sobie prawo decydowania o cudzym życiu? Jak zamknąć usta tym, którzy brutalny gwałt tłumaczą brakiem świadomości po alkoholu, a wyrok w zawieszeniu usprawiedliwiają prawdopodobieństwem, że sprawca więcej już swojego uczynku nie powtórzy? Jak pomóc zgwałconym kobietom, które przechodzą przez piekło i muszą udowadniać, że to one są ofiarami? Jak wytłumaczyć czy wyedukować tych, którzy in-vitro nazywają metodą produkowania mutantów? Jak zrobić chociaż jedną z tych rzeczy milcząc? Nie pomoże też zbywanie tematu, wynajdowanie problemów zastępczych czy głupawe żarty budowane na idiotycznych stereotypach.

Po wyborach podniosła się wrzawa i odezwały głosy niedowierzania, że „ktoś” mógł wybrać takie prezydenta. Nie „ktoś” – naród, a dokładniej ta jego część, która wypełniła swój obywatelski obowiązek, bo poszła do urn i oddała głos. Nie zasłaniając się tym, że nie ma dla nich kandydata, że nie interesują się polityką, że nic ich to nie obchodzi. Jeżeli nie ma kandydata, to można oddać pusty głos, bo frekwencja dobitnie pokazała, że ogromna część społeczeństwa po prostu postanowiła się nie wypowiedzieć. Z jakiego zatem powodu zgłasza zażalenia? Pod projektem ustawy, o której wspominałam, zebrano kilkaset tysięcy podpisów. Kilkaset tysięcy obywateli tego kraju, którzy poparli coś, co dla mnie osobiście jest chore, patologiczne i nie jestem w stanie zrozumieć ich decyzji, ale nie zmienia to faktu, że ci ludzie zabrali głos. Nie tylko poprzez komentowanie i „lajki”, ale w sposób, który może mieć faktyczny wpływ na rzeczywistość. Nie rozumiem, jak można bez żenady przyznawać się do tego, że przestrzeń publiczna czy polityczna nie leży w kręgu czyichś zainteresowań. Dlaczego „modna” stała się ignorancja i absolutny brak poglądów, sprecyzowanych bardziej niż na potrzeby rozmowy „przy piwie”. Jak można narzekać i wyśmiewać to, co dzieje się wokół, nie robiąc zupełnie nic, żeby to zmienić, a ważne tematy wyrzucać ze swojej świadomości, bo jak czegoś nie widać, to tego nie ma.

Rozmawiając z osobami starszymi ode mnie często słyszę, że już nie mają siły, że już im się nie chce, że wierzyli, że do tego czasu przynajmniej kilka kwestii będzie w kraju uporządkowanych. Jest w tym jakaś rezygnacja, którą pogłębia fakt, że tak niewielu ludzi z młodszych pokoleń jest zainteresowanych walką o własną sprawę. Mówiąc o swoim i bliskich mojemu rocznikach, wśród ludzi, których znam, chociaż nie jest to przyjemne, nie mogę nie zauważyć rozmemłania, degradacji wartości, niechęci do angażowania się w cokolwiek, co nas bezpośrednio nie dotyczy oraz absolutnej nieumiejętności solidaryzowania się i jednoczenia. Jak mantra powtarzane „Przecież to i tak nic nie da, przecież i tak nic się nie zmieni”. Drugie w kolejności jest mylne przekonanie, że nas to nie dotyczy – nie dotyczy póki się nie przytrafi, a wtedy pojawi się rozżalenie, bezsilność i trochę spóźniona wola walki. Walcząc o prawo do aborcji, mam szczerą nadzieję, że nigdy nie będę musiała z niego korzystać. Pisząc o sytuacji ofiar gwałtów i nagłaśniając to, przez co muszą przechodzić, a ich oprawcy nie ponoszą za swoje czyny praktycznie żadnych konsekwencji, nigdy nie chciałabym musieć się z tym zmierzyć. Ale jeżeli nie będziemy pomagać tym, którzy są krzywdzeni teraz, to kto pomoże nam, jeśli będziemy tego potrzebować?

Usprawiedliwianie się tym, że przestrzeń, w której funkcjonujemy jest ułomna i zepsuta do tego stopnia, że nie ma sensu się babrać przy próbach jej naprawiania, co najwyżej raz na jakiś czas wygłosić szyderczy komentarz, jest szczytem głupoty. Przy każdym meczu reprezentacji Polski w piłkę nożną mój Facebook od góry do dołu wypełnia się najpierw zagrzewaniem do walki, później relacjami z gry, a na koniec najczęściej falą żalu lub wzajemnego pocieszania się po przegranej, raz na jakiś czas euforią po wygranej. Nie ma się co oszukiwać, że polska drużyna głównie przegrywa, a mimo to tysiące ludzi wciąż angażuje się w kibicowanie. Część zna zasady gry, niektórzy niekoniecznie, ale wiedzą po czyjej stronie stoją. Oczywiście nie wymaga to merytorycznego przygotowania do dyskusji lub posiadania argumentów, a wystarczą koszulki, szaliki czy pomalowane twarze, ale w przeciwieństwie do sytuacji na boisku, w polityce widzowie-obywatele są w stanie dokonać zmian i przyłączyć się do gry, niekoniecznie należąc do którejś z drużyn. Więc dlaczego z takim zaangażowaniem chcemy używać swojego głosu w sytuacjach, w których niczego on nie zmieni, a tak bardzo boimy się odezwać w sprawach, gdzie może mieć znaczenie?

***

Autorka tekstu: Estera Prugar – studentka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych, autorka bloga muzycznego Elvis Got Me Hooked; współpracuje z magazynem muzycznym „PRESTO. Prosto o muzyce klasycznej”. Feminizmu miała szczęście uczyć w domu od dziecka.

logo batory

Rozwój wolontariatu w fundacji Feminoteka jest możliwy dzięki dofinansowaniu rozwoju instytucjonalnego w ramach Programu Obywatele dla Demokracji finansowanego z Funduszy EOG.

Udostępnij

Ostatnie wpisy

Wystawa 💛💙 888 88 79 88💛💙

Fundacja Feminoteka we współpracy z agencją Feeders rusza w świat, by pokazać, jak ważny jest głos osób, które doświadczyły przemocy i pokazuje, jakiej pomocy udziela