TELEFON DLA KOBIET DOŚWIADCZAJĄCYCH PRZEMOCY

Телефон для жінок, які зазнають насильства

CZYNNY PONIEDZIAŁEK-PIĄTEK
OD 11.00 DO 19.00

Активний з понеділка по п’ятницю з 14:00 до 17:00

Sen. Królestwo kobiet*. Rozmowa o dramacie. Inga Iwasiów. Pogadywanie wokół sprawy orgazmu wielokrotnego

Nie szukamy, moja droga, arcydzieła, raczej dzieła popularnego, bo takie wpływa na ogólnokulturowy idiom…
Inga Iwasiów Pogadywanie wokół sprawy orgazmu wielokrotnego

Agnieszka Małgowska: Sztuka Ingi Iwasiów powstała w 2002 roku i należy do grupy niepublikowanych dramatów o lesbijskiej* tematyce, choć od jej napisania minęło już 20 lat. Wielka szkoda, bo to interesujący tekst.

Monika Rak: Dramat wzbudza zainteresowanie już samym tytułem Pogadywanie wokół sprawy orgazmu wielokrotnego. Lubię ten tytuł. Jest relaksujący i frapujący. [śmiech] Oczywiście przyciąga jego erotyzm, ale bardziej interesujące wydaje się słowo pogadywanie. Jest w nim luz i swobodnie płynący czas, tak leniwie, jakby nie obchodziło go, co dzieje się na zewnątrz…

AM: Obchodzi, zewnętrzny czas pojawia się we wspomnieniach bohaterek – Anny i Marii – mówią o stanie wojennym, cofają się do dzieciństwa, czasów studenckich. Akcja dramatu dziać się może w latach dziewięćdziesiątych XX wieku lub na początku XXI wieku. De facto istotny jest czas obecny, wyznaczony relacją między bohaterkami. Autorka w didaskaliach podkreśla rolę tu i teraz – chociaż tu i teraz niekoniecznie jest realne.

MR: Didaskalia mówią też o porach dnia, które możemy obserwować przez zmianę światła, sączącego się przez okienne żaluzje. To motyw, który podobnie jak sposób traktowania czasu, wprowadza nastrój.

AM: A same okna wyznaczają granice między tym, co na zewnątrz, czyli tym, co jest wspominane: dom babci jednej z bohaterek, biuro drugiej, miasta w Polsce (Bielsko-Biała, Gdynia). Przenosimy się nawet do Sztokholmu, Ameryki i Japonii. A tym, co wewnątrz, czyli mieszkaniem bohaterek – pokojem, łazienką, kuchnią. Te ostatnie, jak pisze autorka, są domyślne, niewidoczne na scenie.

MR: Sporo w tej przestrzeni przedmiotów, ale centrum stanowi łóżko – pełne poduszek, z dwiema kołdrami i kolorową kapą – miejsce intymności, zwierzeń, bliskości. Jak czytamy w didaskaliach: bohaterki prawie przez cały czas na leżąco.

AM: Bohaterkom towarzyszą książki, funkcjonujące jako przedmioty i jako punkty odniesienia w rozmowie. Znajdujemy Pestkę Kowalskiej, Kroki Kosińskiego. Książki są wszędzie – na półce, stoliku, wśród stosu gazet, talerzy z jabłkami i obierkami, ciasteczek i kubków z herbatą.

MR: Ach, ta herbata, nieodłączny element lesbijskiego* intymnego świata, który powtarza się w les*dramatach. Taki lejtmotyw, który podkreśla domowość i zwyczajność relacji między kobietami.

AM: I pasuje do telewizora, który gra gdzieś w tle, ale nie ma szczególnej roli w sztuce. Bohaterki szukają w nim czasem wytchnienia, bo emitowany program to iluzja udająca rzeczywistość:

No nie ma, nic nie ma. Nigdy nic nie ma. Jak już nie mam siły na czytanie, zjebana jestem całkiem, to jak zwykle nic nie dają. O, zobacz! Znowu pokazują tego faceta. Nic innego tylko ten facet. Od tygodnia tylko on. Na wszystkich programach on.

Aż się wierzyć nie chce, że to jest najważniejsze wydarzenie na świecie. Na jakim świecie my właściwie żyjemy?

MR: Przestrzeń robi wrażenie zadomowienia, gniazda, tratwy ze wszystkim, co potrzebne pod ręką. W żaden sposób się nie wyróżnia. To jest zamierzenie autorki. Potwierdza to też w początkowym opisie bohaterek: Obie raczej przeciętne, żadnego przerysowanego typu postaci. Myślę, że chce uniknąć sztampowego podziału na femme i butch. Pisze: ładne, zwyczaje kobiety w średnim wieku. Anna i Maria są przyłapane w domu, w dresach. Odarte z narzuconej przez kulturę urody.

AM: Pora przyjrzeć się bohaterkom, ich dialog werbalny i pozawerbalny jest istotą tego tekstu. To rozmowa kobiet z niełatwym doświadczeniem życiowym, obciążonych nałogami. Można powiedzieć: typowe kobiece życiorysy. Powiedzmy o nich trochę.

MR: Zacznijmy od Anny, lat trzydzieści parę. Wykształcona, dziennikarka, z wiedzą literacką i teoretycznoliteracką. Alkoholiczka, lekomanka. Drobna, jasne, krótkie włosy: nerwowe ruchy, mówi szybko, trochę niewyraźnie, smutna i poważna. Maria, koło czterdziestki. Związana z medycyną, może lekarka, może farmaceutka. Kobieta na stanowisku. Pewniejsza, spokojna, wesoła.

AM: Są też postacie ze wspomnień – babcia Anny i Dorota, koleżanka Marii. No i cały szwadron mężczyzn, kochanków Marii, dość instrumentalnie traktowanych. Janusz – pierwszy kochanek z czasów licealnych, Rogucki – mąż przyjaciółki i kochanek, który starał się doprowadzić Marię do wielokrotnego orgazmu, Nowak – niedoszły mąż Marii, Marek – kochanek_fotograf, Andrzej – kochanek z Ameryki, który uświadamia, że seks to nie tylko orgazm, ale też przyjemność oraz szwedzki bezimienny mąż. A także anonimowi mężczyźni Anny.

MR: Jest też tajemnicza postać z życia Marii, która budzi zazdrość Anny. Trudno określić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Ma związki z Japonią i jest anglojęzyczna_y. Nie znika z rozmów bohaterek do końca dramatu. Jak orgazm… [śmiech]

AM: Wreszcie temat, wokół którego ma się ogniskować dialog Marii i Anny. Niby wszystko jest wokół orgazmu, ale wątek to gubi się, to pojawia. Te opowieści o orgazmie to raczej spis mężczyzn Marii i charakterystyka jej seksualności. Słyszymy więc o jej dużej łatwości orgazmicznej:

[…] jeszcze nie zaczął,  ja już byłam po i potem trzeba było się męczyć, udawać, że jest fajnie, on swoje, ja już dawno się nudzę. Zawsze tak miałam. Nawet w kinie. Strasznie się podniecałam, wiecznie miałam mokrą cipę.

Poznajemy jej dystans do wysiłków mężczyzn i jej swobodę obyczajową:

On się bardzo starał, wte i wewte. Żeby tylko. Strasznie mu zależało. Nie żebym raz, ale trzy, może pięć. Piękne mam marzenia. Więc się starałam też, żeby powstrzymać na początku i wytrzymać. Może coś by z tego drugiego razu było, ale był mężem mojej przyjaciółki, więc wolałam się w to nie ładować.

MR: O orgazmach mówi Maria. Kiedy swoją opowieść ma zacząć Anna, sztuka się kończy. Co ciekawe, dramat omija orgazm w relacji bohaterek, nie w nim tkwi istota opowieści. Erotyzm kobiecy w tej sztuce pozostaje bez aktu seksualnego. W zamian są gry i zabawy erotyczne. Anna w rolach łaszącej się, perwersyjnej kotki lub umundurowanej ochroniarki. Maria – tradycyjnie. Zmysłowość z dramatu nie znika, ale jej źródło – ciało – jest językiem porozumienia i bliskości.

AM: Ciało to oddzielny temat tego tekstu. Ciała bohaterek łączy specjalna więź.

[…] w pozycjach blisko siebie, wyraźnie dopasowanych, zmieniają ułożenie ciał jednocześnie, widać w tym nawyk, zażyłość, organiczną odpowiedniość. Sięganie po przedmioty ze stolika, włączanie tv, wychodzenie do kuchni czy łazienki jednej z nich powoduje automatyczne, płynne ruchy drugiej, dopasowywanie się lub zmiany na chwilowo opuszczonej przestrzeni. Nie ma w tym dosłowności erotycznej, nie chodzi o pokazanie intymności kochanek. To coś więcej, prawdziwe zespolenie, jedność.

Więź ta przypomina siostrzane, bliźniacze połączenie, tu zobrazowane ruchem, który można określić jako choreograficzną synchronizację – steatralizowane, feministyczne bycie-ciało-w-ciało. Bohaterki oglądają swoje blizny, które są zapisem życiowego doświadczenia. Zacytuję spory fragment dialogu na ten temat:

MARIA:  Skąd ta blizna?
ANNA:   Która?
MARIA:  Ta, czujesz?
ANNA:    A, ta. Nie pamiętam.
MARIA: Nie kłam, jak można nie pamiętać blizny przez pół pleców. Ja pamiętam wszystkie.
O ta, płot. Ta, zderzenie z bratem. Ta… gałąź. Jasne.
ANNA: Niektóre też pamiętam wyraźnie. Blat, lodówka, wrotki. A tamta to nie wiem. Może jak się kąpałam w tej jakiejś gliniance, czy jak to się nazywa, w tym stawie. Była afera, miejsce niedozwolone i w dodatku kuzyn zgubił majtki.
MARIA: Majtki. Kuzyn. Majtki. A plecy? Zlał cię gumką od tych majtek czy rzucił cię na kamienie?
ANNA: Wiesz co, podobno to ja jestem zazdrosna. Miałam pięć lat, dlatego nie pamiętam i nie sądzę, żeby kuzyn coś gubił erotycznie.
MARIA: Dobra, dobra, nie spinaj karku. Miało być przyjemnie, ja miałam zapomnieć o pracy.
ANNA: Lubię te blizny, znaki. Wyobrażam sobie, że mam je od ciebie.

MR: Przypomina mi to ideę klanu blizn, pojęcie zaczerpnięte z klasycznej, feministycznej książki Clarissy Pinkoli Estes Biegnąca z wilkami. W jednym z rozdziałów autorka proponuje, żeby w ramach terapii kobieta przygotowała sobie płaszcz, umieściła na nim wszystkie blizny psychiczne, a potem dumnie je nosiła.

AM: Bohaterki taki płaszcz mają ze swoich ciał. Maria nosi go dumnie, rozpoznaje wszystkie znamiona, Anna ma trudności.

MR: Zauważ, że obie postacie nie estetyzują swoich ciał. Nie tylko oglądają blizny, wyciskają też sobie pryszcze. Jak małpy bonobo, dla których fizyczna, ale też erotyczna bliskość samic jest zbiorową formą wsparcia i współbycia, jak pisze Natalie Angier w książce Kobieta – geografia intymna.

AM: Anna i Maria budują więc solidarne siostrzeństwo. To jeden z ważnych feministycznych wątków, który pokazuje, że tytułowe pogadywanie naprawdę toczy się wokół bliskości kobiet. Feminizm jest przemycany w dramacie różnymi sposobami. Każda z bohaterek ma przepracowany inny aspekt swojej kobiecości. Teoretycznie bardziej przygotowana jest Anna, ale obie zmagają się ze schematami patriarchalnego świata. Dotykają feministycznie relacji ze swoimi babkami i mężczyznami, relacji zawodowych, także aborcji, śmierci, alkoholizmu…

MR: Tak, nawet alkoholizm Anny służy wiwisekcji choroby z kobiecej perspektywy. Anna opisuje oczywiście swoje picie – jego rytmy, przyczyny, konsekwencje, które znamy z innych opowieści. Ale ja widzę to jako przekraczanie granic w relacji z mężczyznami, mierzenie się ze swoją wciąż nienormatywną kobiecością – silną, inteligentną, konkretną.

No, mówili o mnie, mówią, że jesteś inteligentna, czyli polej i tak masz przejebane, albo być chłopakiem, jak oni. Wtedy też przejebane, ale bez kaca moralnego. Z żadnym nie dało się rozmawiać, wiesz, oni są naprawdę innego gatunku.

Alkohol odsłaniał charakter relacji i dostęp do szybkiej przyjemności bez zbytniej refleksji, dawał szansę pójścia na całość. Nie zmieniał jednak utrwalonych płciowych relacji, w których kobieta czuje się źle. Z historii wyłania się w efekcie dość oczywisty wniosek, który wypowiada Maria:

Oni tego nie lubią. Takich zdecydowanych jak ty. Takich, które dobrze wiedzą, czego chcą. Zamiast nich. To im miesza. Oni nawet nie lubią wiedzieć, że kobiety mają problem. Nawet jak widzą, że coś za bardzo pod tym barem się wala, wolą udawać, że nie. Picie to też ich sprawa.

AM: Picie kobiece jest pokazane już nie jako jednostkowe zjawisko. Maria wspomina też o swoich erotyczno-alkoholowych ekscesach, opowiada o Dorocie, koleżance z czasów studenckich, która była na permanentnym odlocie, tak że nawet nie zauważyła, że została mianowana lesbijką i wykorzystana jak bufor w relacjach Marii z mężczyznami.

MR: I to jest ostatni temat, w którym znaczenie ma mężczyzna. Inne tematy to już wewnętrzne sprawy kobiet.

AM: Na przykład aborcja – mogła być wybuchem armatnim w sztuce, ale autorka potraktowała ją przewrotnie. Bohaterki rozmawiają o aborcji, ale… kotki. Rozmowa zmienia się w przekomarzanie, żartobliwe, niejednoznaczne przywoływanie argumentów w sprawie – katolików z radia Maryja i feministek.

MR: Scena o aborcji napisana jest z przymrużeniem oka, co nie oznacza, że problem został zlekceważony, ale został mu odebrany ciężar. Autorka odbiera qo także tematowi śmierci. Rozmowa o niej przeplatana jest pytaniami o zupę pomidorową, kurczaka, kluski itd. Ważne jest to, o czyjej śmierci rozmawiają bohaterki – o śmierci babci Anny, odtwarzanej we wspomnieniu. To jest jak przypomnienie o zerwanej więzi kobiecej, ale to zerwanie doskwiera i odzywa się w snach obu kobiet.

AM: Dlatego Anna poszukuje mocnego, wyraźnego znaku, zapowiedzi, fetyszu relacji bohaterek, które tę więź utrwalą, nie pozwolą jej zerwać.

MR.: A czy nie jest to po prostu poszukiwanie znaku relacji? Anna wspomina kamizelkę Wertera, szalik Barthes’a.

AM: To tylko przykłady zaczerpnięte z uniwersalnej kultury. A o kobiecej perspektywie świadczy odwołanie do Pestki Kowalskiej: W Pestce Kowalskiej jak bohaterka poznaje takiego faceta, ma na przegubach bransoletki, one wciąż dźwięczą, przy każdym poruszeniu. (…) A to jest ciekawe, że u Kowalskiej ten znak to też dźwięk, jakby się zastanowić, to może kobiety tak bardziej sensorycznie zapamiętują, zresztą opisuje ją, nie facet, ale ta przyjaciółka, co jest narratorką, to ona widzi, że tamta jest piękna i zmysłowa i analizuje cały ten podryw. No, właśnie ona jest voyeurem, jeśli facetka może być voyeurem.

Ponadto Anna szuka znaku w spotkaniu z Marią, w pierwszym oczarowaniu. Znowu muszę zacytować większy fragment sceny:

MARIA:  Nie, powinnam od razu. Pakować się w jakąś wariatkę z zamkniętymi oczami…
ANNA:   Miałaś tę sukienkę w magnolie…
MARIA:  Po prostu cudowna propozycja na życzenie. Jak ktoś chce sobie zmarnować życie…
ANNA:  … ramiączka opadały przy każdym ruchu ręki w górę…
MARIA. … jakbym nie miała dość problemów…
ANNA: … dotykałaś włosów, niby że przeszkadzają, niby przypadkiem…
MARIA … taka, co ma zawsze po drodze…
ANNA:  … jak pierwszy raz zobaczyłam twoje obojczyki…
MARIA  … ..potem odejdzie, a ja zostanę z głową w poduszce…
ANNA: … a jeszcze to światło za tobą… (przez żaluzje wsącza się smuga oświetlająca Marię)
MARIA: (płacze) … i….i…

MR: Scena napisana jest symultanicznie. To częsty chwyt w dramatach lesbijskich*. Tym razem ten dialog naprzemiennych monologów oznacza uzupełnianie się opowieści, ale jest też informacją o trudności porozumiewania się i o lękach.

AM: I jeszcze. Te równoległe monologi są elementem jednej ze scen, która – podejrzewam – może być kluczowa dla sztuki. Tylko w tej scenie coś narusza porządek sytuacji dramatu, chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka. O zmianie świadczą: poszukiwanie znaku, bezpośrednie wyznanie miłosne i jedyne w tekście powstrzymywanie od snu – jakby przychodziły samookreślenie i samoświadomość.

MR: Rzeczywiście, to coś w rodzaju chwili trzeźwości, bo w dramacie motyw snu jest rozbudowany: wszystko dzieje się w łóżku, bohaterki często zasypiają po rozmowach, Anna i Maria mówią swoje jedyne monologi podczas snu. Anna mówi, kiedy Maria śpi i Maria mówi, kiedy Anna śpi. A w monologach sen, to ostatnia komnata do otwarcia w duszy drugiej kobiety.

ANNA
Chciałabym nie usypiać, patrzeć na jej sen. Bo nigdy nie wiadomo, co ma w środku, co tam do niej przychodzi. Kiedy o tym myślę, nie mogę oddychać. Dokąd chodzi w snach?

MARIA
W śnie wygląda na siebie, z tą przysłoniętą twarzą. […] Jeśli chcę to sobie poukładać, muszę wypatrywać chwili, kiedy się jej nie śnię. Wiem kiedy. Czuję. Tylko wtedy mam ją – sama zostając na zewnątrz. Poza snem nie lubię odchodzić od niej za daleko. Boję się, że mogłaby przestać oddychać.

Sen to jedyna prawdziwa, ale niedostępna rzeczywistość każdej bohaterki. Dlatego obie pragną wzajemnie zawładnąć tymi światami. Wtedy nastąpi prawdziwa jedność, kobiece królestwo. Sen jest bowiem kanałem kobiecej komunikacji, poza racjonalnością, poza męską kontrolą. We śnie Marii i Annie pokazują się przecież też ich babki.

AM: To podsuwa mi myśl, że relacja i sytuacja w dramacie to fantazmat. Sam tekst to rzeczywistość potencjalna, która dopiero się tworzy, powstaje jak dziwna tkanina, którą tkają wszystkie wątki Pogadywania…, a jej wzory są splątane, rozchodzące się, równoległe, czasem niedokończone. To też obrazuje wielowątkowy sposób mówienia kobiet – poruszanie kilku tematów naraz. Tak prowadzą rozmowy dziewczynki i staruszki, tak tworzą swoją herstorię. Ta polifoniczność tematów jest zadziwiająca i paradoksalnie spójna.

MR: W sztuce taka interpretacja jest uzasadniona. Anna opowiada historię ze szkoły o pleceniu gobelinu na lekcjach sztuki. Znaczące jest to, że bohaterka mówi o tym na końcu dramatu. Sztuka zostaje ukończona, tkanina utkana. 

AM: Ale utwór nie daje się uporządkować. Wymyka się. Konkretyzuje i porządkuje go jedynie  forma. Dramat podzielony jest na osiem scen, które nie muszą być – jak pisze autorka – potraktowane chronologicznie. Poszczególne sceny rozpoczynają inne wątki, potem dopiero zaczynają się plątać. Jednak plątanie nie dotyczy akcji – jest tak zredukowana, że trudno mówić o dzianiu się. Akcja się rozmywa.

MR: Tak jak lesbijstwo, choć wynika to z autorskich założeń. Inga Iwasiów w liście do redakcji Dialogu, która nie zdecydowała się na publikację sztuki, wyraźnie pisze, jakie miała intencje, kiedy tworzyła ten dramat:

 […] drażni mnie atmosfera skandalu, podglądactwa z jednej, nieszczęścia, wyjątkowości z drugiej. Mój tekst, mam nadzieję, przesuwa te akcenty.

AM: Akcenty zostały rzeczywiście przesunięte. Ale nie tylko tak jak zaplanowała to autorka. Rozumiem, że celem mogło być pokazanie życia lesbijskiego* jako życia zwykłego, nie aktywistycznego. Izabela Morska w dramacie Moje życie królicze też tak chce widzieć swoją opowieść. Jednak dziś w Polsce uzwyklanie, oznacza przede wszystkim niewidzialność problemu lesbijstwa, które i tak jest przezroczyste.

MR: Trzeba dodać, że słowo lesbijka w dramacie Ingi Iwasiów rzucone jest jakby mimochodem:

[…] Więc mu powiedziałam, że, nie pamiętam dokładnie, ale chyba, że jestem lesbijką […]. Myślałam, że się odpierdoli, jak usłyszy coś takiego. I faktycznie, całkiem odpadł, tylko wszystkim rozgadał, potem nie miałam spokoju. Całe miasto huczało – nie takie duże, żeby nie mogło całe – i stawiało na to, z kim sypiam. Najbardziej wyglądało na Dorotę, przez studia pomieszkiwałyśmy razem, różni z imprez nawet potem widzieli, niby, że my coś tam. No, ona w wannie, ja na dywaniku, z rzygami pod dywanikiem. Ale daliby głowę, że widzieli. Dorota nawet nie zauważyła, piła wtedy ostro, permanentny odlot, może byłoby jej wszystko jedno, gdyby wiedziała. Zdaje się zresztą, że plotka do niej nie dotarła.

AM: Myślę, że celem autorki mogło być pokazanie zjawiska niemartyrologicznie, z dystansem. W niby nic nieznaczącym epizodzie widzimy jednak mechanizm, jaki automatycznie się uruchamia, kiedy w publicznej przestrzeni pada słowo lesbijka. Choć tu wydaje się tylko straszakiem na mężczyzn.

MR: Dzieje się tak dlatego, że relacja Marii i Anny budowana jest w męskim kontekście. Każda z bohaterek ma za sobą związki z mężczyznami – dostarczycielami orgazmu – które nie były satysfakcjonujące, ale trwały latami. Lesbijstwo wydaje się wytchnieniem od mężczyzn, zapewnia bliskość, ciepło, przyjemność, ale nie gwarantuje miejsca w ustalonym porządku społecznym. Jest więc efemeryczne.

AM: Jednak w Pogadywaniu… bohaterki tworzą związek. To nie jest – moim zdaniem – urlop od mężczyzn. Anna odlicza każdy dzień relacji z Marią: znam ją od trzech lat, siedmiu miesięcy i czterech dni. Poza tym w sztuce pada szalenie ważne i mocne sformułowanie: strefa bez fiuta. W feministycznym dyskursie no man’s land, ziemia niczyja, ziemia bez mężczyzn, to miejsce tylko dla kobiet, które się kochają, próbują się porozumieć i szukać wspólnego języka. To przestrzeń w duchu postulatu Mary Daly, feministki i teolożki, która zachęcała do osadzania się tego, co kobiece, w babskich kręgach. Relacja Anny i Marii w Pogadywaniu… jest tak intymna, że sięga snów, a przez nie dociera do umarłych przodkiń. Tu nie sposób nie przywołać konceptu lesbijskiego continuum Adrianne Rich, która wszelkie typy relacji kobiecych nazywa lesbijskimi i widzi w nich ciągłość w czasie. To jest wszechogarniające i spiralne.

MR: Bez wątpienia Pogadywanie… to sztuka ważna przede wszystkim z powodu feministycznego kontekstu. Feminizm to lekcja do odrobienia dla tych lesbijek, które powielają wzory heteropatriarchalne. To alternatywa wobec lesbijstwa postrzeganego i opisywanego jako zjawisko seksualne. I dla mnie ilustracją takiego myślenia są monologi. Gdy czytamy je publicznie, zawsze ktosia się wzruszy. Nie trzeba go nawet emocjonalnie, aktorsko wspierać. Tekst daje sobie radę zupełnie sam. Zwłaszcza monolog Marii. Wiem, bo miałam okazję go czytać.

AM: Tak… i tu musi paść to nazwisko – Sarah Kane. Obie mamy wrażenie, że monologi przypominają te z dramatu Łaknąć. Przede wszystkim zachłannością, która pragnie zawłaszczyć nawet sen drugiej kobiety. Nie będziemy ich opisywać, zacytujmy fragmenty, które są dobrym podsumowaniem naszej rozmowy.

ANNA
[…] Opowiada czasem o czymś, co się wydaje podobne do mojego. Ma też całkiem inną, niedostępną biografię. Nie mogę znieść myśli o tym, że mnie zdradzała właściwie od urodzenia. Kochała ojca, matkę, siostrę, koleżanki, panią od polskiego, mężów, przypadkowe kobiety, kogoś w pracy. Dotykała czule sznurówek, zawiązanych przez siebie butów. Maszyny do pisania, klawiatury komputera, książek, gazet. A przecież porzucała buty, komputery i gazety dla nowych. Wystawiała je za drzwi. Pakowała walizki. Więc i mnie może porzucić. Upchnąć do osiedlowego pojemnika. Oddać na przechowanie i nie odebrać. Męczę ją wiecznymi przesłuchaniami, bo chciałabym, żeby nie miała przeszłości, żeby nie trwoniła się na innych ludzi, przedmioty, żeby wszystko było dla mnie […].

MARIA
[…] Mój mały ptaszek, kruszynka. Obejmuje mnie z taką siłą, nikt by nie podejrzewał u niej takiej siły. W ramionach i udach, jak maszyna do zgniatania na jakimś gigantycznym placu budowy, tak mnie ściska, żebym naprawdę czuła […]. Nie chciałam tego wszystkiego. Wolałam trzymać się od niej z daleka. Nie chciałam jej zamyślenia, jej mięśni, jej niepicia, jej drobnych dłoni. Ale ona nie pytała mnie o zdanie, a teraz jest za późno […].

Korekta: Maja Korzeniewska

*************************

Inga Iwasiów (1963)
Profesora Uniwersytetu Szczecińskiego, literaturoznawczyni, krytyczka literacka, poetka i prozaiczka. W latach 1999-2012 redaktorka naczelna Szczecińskiego Dwumiesięcznika Kulturalnego Pogranicza. Członkini jury Nagrody Literackiej Nike w latach 2010-1013, prezeska Polskiego Towarzystwa Autobiograficznego. Autorka powieści z wątkami biseksualnymi: Na krótko, W powietrzu, Pięćdziesiątka, Kroniki oporu i miłości.

Damski Tandem Twórczy. (Agnieszka Małgowska & Monika Rak)
Działa od 2009, stworzył cykle: literacki Żywe radio, performatywny Maryjan i Krystina, filmowy Kino lesbijskie z nutą poliamoryczną / czytanie dramatu Portret lesbijek we wnętrzu, Niesubordynowane czytanie sztuki Jolanty
Janiczak / spektakle: Orlando. Pułapka? Sen, Fotel w skarpetkach, 33 Sztuka, Czarodziejski flet, Gertruda Stein & Alice B. Toklas & Wiele wiele Kobiet, SharmTrio plus. Drag King Show. Retroseksualni / dokument
L.Poetki / O’LESS Festiwal (2012-2014) / cykl debat i audycji Kobieta Nieheteronormatywna / projekt archiwistyczny A kultura LGBTQ+ nie poczeka !/współzałożycielki Stowarzyszenia Sistrum. Przestrzeń Kultury Lesbijskiej* / twórczynie L*AW. Lesbijskie* Archiwum Wirtualne.

Agnieszka Małgowska – lesbijka / feministka / artaktywistka / reżyserka / trenerka teatralna / scenarzystka.
Monika Rak – lesbijka / feministka / artaktywistka / aktorka / dramatopisarka / slamerka / graficzka.

*************************

AAAKulturalnik. Teatr lesbijski w Polsce. Cykl teatrologiczny POCZYTAJ
AAAKulturalnik. Sistrium rozmawia o L*Kulturze POCZYTAJ
LESBIJSKA INSPIRA. Manifest i wywiady POCZYTAJ

Opowieść Podręcznej. Powieść graficzna | recenzja

Opowieść Podręcznej. Powieść graficzna

Autorki: Margaret Atwood, Renee Nault

Przełożył: Stanisław Kroszczyński

Wyd. Jaguar, 2021

Recenzuje: Karolina Pudełko

Istnieje wiele książek i filmów traktujących o przyszłości. Są takie o przyszłości odległej i takie o tej, które ma nastąpić w zasadzie zaraz. Na przestrzeni lat powstawały liczne dzieła dotyczące ataku obcych, potwornych kataklizmów, najazdu krwiożerczych potworów czy przejęcia kontroli nad światem i ludzkością przez roboty. Popularne były też wizje z czyhającymi na mózgi ludzkie zombie. Na wszystkie z nich patrzyłam z przymrużeniem oka albo nie patrzyłam wcale. Zerkałam na nie z myślą – „to się nie wydarzy” albo, w bardzo rzadkich momentach „nawet jeśli tak będzie, to na pewno tego nie dożyję”. A potem pojawiła się „Opowieści Podręcznej”. To historia osadzona w dystopijnej przyszłości, w której świat, który znamy, w zasadzie przestał istnieć. Nie ma tam maszyn rozczłonkowujących ludzi i obcych, którzy porywają dzieci na eksperymenty. Nie ma wybuchów, efektów dźwiękowych i laserów. Dlaczego więc wizja ta wydaje się najbardziej przerażająca ze wszystkich? Bo z każdego z tych czarnych scenariuszy wymienionych powyżej ta wykreowana w Opowieści Podręcznej wydaje się najbliższa realnemu scenariuszowi. Bo w świecie Podręcznych nie ma obcych, są za to ludzie, którzy potrafią być najbardziej przerażającymi istotami ze wszystkich żyjących na świecie.

            Żyjąc w Polsce, w kraju, w którym szczególnie w ostatnim czasie wyraźnie widać było, że prawa człowieka, są jednostce odbierane przez rządzących, wizja świata, w którym kobiecie nie można żyź według własnych zasad, ba, nie można kształcić się, pracować czy być w relacji z osobą, z którą chce się w niej być, wydaje się szczególnie przerażająca. Nie da się nie zauważyć, że prawa, o które protestowały czy demonstrowały w Polsce tłumy ludzi na przestrzeni ostatnich lat, to prawa, których odebranie zostało przedstawione w Opowieści Podręcznej. Świat, w którym nie możesz być w związku z tym, kim chcesz, a Twoim jedynym obowiązkiem jest dochowanie i urodzenie dziecka, niezależnie od okoliczności, wydaje się dziwnie znajomy, a wcale nie oddalony o nieznaną ilość lat. Odmienne wydają się być tylko stroje.

            To antyutopia, która wstrząsnęła światem, a której elementy stały się symbolem stosowanym podczas polskich protestów. Dlaczego? Bo obawa, że świat, w którym jedynym obowiązkiem kobiety będzie urodzenie mężczyźnie dziecka, staje się coraz silniejsza, im więcej się słucha czy ogląda tych, którzy forsują taki punkt widzenia. Opowieść Podręcznej to historia pełna cierpienia, które tworzy się w odpowiedzi na odebranie prawa, które powinno być tym niezbywalnym – prawa do wyboru, w każdej kwestii, niezależnie od wszystkiego. Książka Margaret Atwood w adaptacji Renée Nault, jeśli to możliwe, zyskuje jeszcze więcej niepokoju. Ilustracje stworzone przez Nault prowadzą nas przez Gileadu pobudzając do działania nie tylko za pomocą słów, ale i obrazów. Przekaz wydaje się jeszcze silniejszy. Każda kolejna strona to kolejny bagaż emocji, który osoba odbierająca dzieło będzie nieść już zawsze. To sztuka, której nie da się odzobaczyć, szczególnie żyjąc w Polsce. Opowieść Podręcznej, która powstała w 1985 roku, chyba nigdy nie była aż tak aktualna.

            Obrazy, które stworzyła Nault, czasami krzyczą do nas z kolejnych stron, a czasami szepczą wywołując niepokój i przeszywający dreszcz. Barwy, które wykorzystała oddziaływują na psychikę. Budzą lęk i sprawiają, że odbiorca może czuć się nieswojo. Opowieść, która miała być tylko fikcją, wraz z kolejną stroną, kolejną ilustracją, wydaje się zdecydowanie bardziej aniżeli by się tego chciało prawdziwa, bliska. Przechodząc kolejno przez ilustracje Nault jako czytelniczka czułam, jakbym wraz z główną bohaterką odwiedzała zakątki tego przerażającego świata – szłam z nią na zakupy, kładłam się w łóżku w jej pokoju, z którego zabrane zostały wszelkie przedmioty, którymi mogłaby zrobić obie krzywdę. Czułam jej lęk, niepokój, smutek. Dzieliłam go z nią.  Ilustracje, które wyglądają trochę jak tworzone akwarelą budzą skojarzenia z czymś nierealnym, ulotnym, o rozmytych kształtach – jak fantazja czy sen. W tej konkretnej sytuacji to koszmar. Koszmar, który ma tyle punktów stycznych z rzeczywistością, że wiele razy musiałam zamknąć tę książkę i rozejrzeć się dookoła – nie, to jeszcze nie teraz. To nie jest prawda. Może tego nie dożyję.

„Świat bez kobiet” Agnieszki Graff | recenzja

Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym

Autorka: Agnieszka Graff

recenzuje: Małgorzata Kaczmarek

Jestem niewiele starsza od pierwszego wydania  „Świata bez kobiet”. Teksty Agnieszki Graff pozwalają mi zrozumieć od czego wszystko się zaczęło. Jak przez laty budowany był patriarchat w Polsce, jak politycy dokładając kolejne cegły spychali kobiety na margines życia publicznego.

W książce przede wszystkim dużo jest subtelności, słów, sprytnych przeinaczeń, gestów, które kreowały  rzeczywistość w taki sposób, że to mężczyzna ma władzę, kobieta jest, a i owszem, ale zdyscyplinowana, oddana bezgranicznie obowiązkom domowym i naturalnemu matczynemu powołaniu . Dzisiaj zjawisko trywializowania kobiet jest jak najbardziej aktualne. Obecnie mówimy na to „dziaderstwo”. Jak trafnie podsumowała to Paulina Młynarska w jednym ze swoich postów „Tacy właśnie są dziadersi: tzw. „kwestie kobiece” są dla nich tak błahe, tak drugorzędne, że w sumie nie warte głębszej refleksji. Rzuca dziaders, jeden z drugim, że legalna aborcja to kaprys „na pstryk”, że w sumie to kompromis mu pasował. I zadowolony. Wiadomka, jego to nie dotyczy”. Rebecca Solnit w swojej książce użyła także po raz pierwszy słowa: mansplaing czyli pewien wzorzec zachowania w naszej kulturze- systemowe znieważanie i przeoczenie wiedzy, doświadczenia i głosów kobiet. Bazuje na założeniu, że mężczyźni po prostu wiedzą lepiej , ze względu na sam fakt , że są mężczyznami.

To że dzisiaj operujemy takimi pojęciami jak dziaders czy mansplaing świadczy, że zwiększa się świadomość wśród kobiet. 20 lat temu w Polsce nikt o tym nie mówił. Zaczęła o tym mówić dopiero Agnieszka Graff. Jej „Świat bez kobiet” to lekcja historii, której nikt nie opowiedział mi w liceum. A jak wiadomo – ci, którzy nie znają swojej historii skazani są na jej powtórzenie. Smutna jest to książka, bowiem 20 lat od jej wydania sytuacja Polek nie uległa poprawie. Rząd planuje wypowiedzieć Konwencję Stambulską, gwarantującą kobietom pomoc w przypadku przemocy domowej, seksualnej, ekonomicznej …  Taka pomoc jest kluczowa, niemal 90 procent Polek doświadczyło jakiejś formy przemocy seksualnej. Ponad 20 procent – gwałtu. Kobiety w Polsce zarabiają średnio 17-20% mniej za pracę na tym samym stanowisku. 28% osób w sejmie RP to kobiety. Polska zalana jest fanatycznymi bilbordami z płodami. Rzekomy „kompromis” aborcyjny uległ zaostrzeniu. Ostatnimi dniami prezes partii rządzącej w wywiadzie przyznał: „Ale też wiem, że są ogłoszenia w prasie, które każdy średnio rozgarnięty człowiek rozumie i może sobie taką aborcję za granicą załatwić, taniej lub drożej.” Warto by więc zadać sobie pytanie- po co przywództwu  było to wszystko? I tutaj idealnie wpasowuje się fragment książki Graff: „A teraz powiem coś, co może was zdziwić, a nawet oburzyć. Nie o płody i nie o kobiety tu chodzi. Chodzi o władzę, o prawo do decydowania o zbiorowej tożsamości Polaków i o miejsce Polski w świecie. Ten wyrok i język, którym napisano uzasadnienie, ostatecznie wypisuje nasz kraj z kręgu współczesnej cywilizacji europejskiej- i moim zdaniem taki właśnie był zamysł”.

Książka Graff daje mi, młodej feministce, potężna dawkę wiedzy na temat równouprawnienia (oraz jego braku) i uważam, że powinna znaleźć się w domu każdej z moich koleżanek. Felietony napisane są żartobliwie, nieraz z ironią, przekornie. Książka głównie skupia się na roli kobiet na arenie politycznej. Dzisiaj uważam ze feministyczny must have literacki musiałby poszerzyć zakres. Bowiem przed nami długa droga i wiele bitew do stoczenia. 

„Zawodowe dziewczyny -prostytucja i praca seksualna w PRL ” Anna Dobrowolska | recenzja

Zawodowe dziewczyny – Prostytucja i praca seksualna w PRL

Anna Dobrowolska

wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2020

 

 

Temat, jakim jest prostytucja/praca seksualna pojawia się na językach opinii publicznej niezwykle rzadko. Wydaje się, że pozostaje on w sferze tych tematów, o których mówić „nie wypada”. Nawet współcześnie – w roku 2020\2021 – spoczywa na nim klątwa tematu tabu. W swojej książce Anna Dobrowolska wyjaśnia, skąd w polskiej świadomości wzięło się spojrzenie na zjawisko prostytucji jako jednej ze społecznych patologii oraz jak „zawód” ten rozwijał się na przestrzeni dekad w okresie niekoniecznie dla niego korzystnym, jakim były czasy Polski Rzeczpospolitej Ludowej.

Autorka rozpoczyna swoje rozważania od czasów Polski powojennej – od roku 1945, a następnie zajmuje się każdą dekadą po kolei, aż do późnego socjalizmu i początku lat 90-ych. Na zaledwie dwustu czterdziestu (240) stronach zostaje przedstawiony pełen przekrój i ewolucja zjawiska prostytucji. Pokazana zostaje droga od koncepcji całkowitej kontroli, nadzoru i ewidencji poprzez współpracę kobiet z funkcjonariuszami SB do wyrażenia przez społeczeństwo potrzeby istnienia domów publicznych na początku lat 90-ych. Oczywiście nie świadczy to o pełnej liberalizacji i otworzeniu się na temat pracy seksualnej w ostatniej dekadzie XX wieku, ale o stopniowych przemianach w świadomości społecznej i powolnym oswajaniu się z istnieniem takiego „zawodu”.

Przemiany te można śledzić dzięki relacjom pracowniczek seksualnych, które otwierają każdy rozdział książki i są jej niezbędnym elementem. Poprzez obecność owych relacji autorka stara się oddać głos kobietom, które mają możliwość interpretować i przedstawiać działania Milicji Obywatelskiej i innych instytucji państwowych również z ich perspektywy. Sposób ten jest dosyć przełomowy, gdyż w debatach publicznych o prostytucji w PRL-u rzadko pojawiała się narracja samych prostytutek. W opowiadanych przez kobiety historiach możemy dostrzec chęć pokazania niezależności, próbę wypracowania szacunku do własnej pracy, a także próbę zmiany podejścia instytucji państwowych do ich zawodu. Tak jak podkreśla to Anna Dobrowolska, świadczy to o sprawczości prostytutek i bynajmniej nie umieszcza ich w roli biernej ofiary.

Z publikacji dowiadujemy się również o hierarchii panującej wewnątrz środowiska w drugiej połowie XX wieku. Autorka przedstawia czytelnikowi motywacje do podjęcia przez kobiety takiej drogi zawodowej, nierzadko pokierowane sytuacją materialną, a także prezentuje stosunek MO do „gruzinek”, „mewek”, „tirówek” lub „prostytutek ekskluzywnych”. Każda kobieta reprezentująca dany stopień w hierarchii zmaga się z własnymi trudnościami i przeszkodami, ale z drugiej strony czerpie inne korzyści z wykonywanego zawodu. Anna Dobrowolska w swojej pracy stara się podkreślić ten aspekt. Autorka przytoczyła przykłady kobiet, które dobrowolnie podjęły się tego zawodu: czasem decyzję ułatwiły złe warunki ekonomiczne, a czasem chęć zarobienia ogromnych pieniędzy w szybkim czasie. Większość przedstawionych w publikacji bohaterek była jednak pogodzona z własną moralnością i tego samego oczekiwały od instytucji państwowych i opinii publicznej.

Obok relacji z milicyjnych dokumentów o „najstarszym zawodzie świata,” książka daje również świetną lekcję historii o czasach PRL-u. Na przykładzie zjawiska prostytucji widoczne są wszelkie tendencje panujące wówczas w kraju, sposoby działania władz państwowych, próba kontroli przez władze komunistyczne niemal wszystkich dziedzin życia, aż po klęskę tego systemu. Każda dekada niesie ze sobą inne spojrzenie, inne pomysły na radzenie sobie z tym rodzajem „patologii społecznej” oraz ponowne otwarcie dyskursu na ten temat (dużą rolę odegrały także artykuły w gazetach, filmy dokumentalne lub serialne np. 07 zgłoś się!).

Moim zdaniem, podejście do tematu prostytucji i pracy seksualnej w PRL w każdym z opisanych okresów zostaje wyczerpująco zanalizowane. Autorka płynnie przedstawia przemiany zachodzące w sytuacji prostytutek/pracownic seksualnych zarówno z perspektywy ich samych jak i milicji lub organów instytucji państwowych. Świetny ciąg przyczynowo-skutkowy opisywanych przemian poparty jest wiarygodnymi źródłami.

Zachęcam do sięgnięcia po tę literaturę. Pomimo momentami trudnego, naukowego języka, podejście autorki do zagadnienia prostytucji i pracy seksualnej w PRL pozwala zmienić perspektywę i przyjrzeć się tej problematyce z innej strony, nie tylko jako społecznego marginesu lub patologii.  

Klaudia Budek

Powiedziała. Śledztwo, które zdemaskowało Harveya Weinsteina i zapoczątkowało ruch #Metoo | Recenzja

Powiedziała. Śledztwo, które zdemaskowało Harveya Weinsteina i zapoczątkowało ruch #MeToo
Autorki: Jodi Kantor, Megan Twohey

Przekład: Paulina Surniak, Adrian Stachowski,

Wydawnictwo Poznańskie, 2020

„Powiedziała” to książka autorstwa dwóch wybitnych dziennikarek, które nie pierwszy raz zmagały się z niełatwą tematyką. Artykuły Jodi Kantor dotyczące dyskryminacji płciowej były przyczyną zmiany polityki w miejscach takich jak Starbucks, Amazon lub Harvard Business School. Historie Megan Twohey doprowadziły do przyjęcia w stanie Illinois pierwszej ustawy nakazującej sprawdzenie każdego przypadku dotyczącego gwałtu, wielokrotnie pisała również o przestępczości seksualnej oraz molestowaniu. I tym razem praca dziennikarek przyczyniła się do ogromnej zmiany w społeczeństwie oraz do powstania znanego na całym świecie ruchu #Metoo.


Na samym początku należy zauważyć jak dużą rolę odgrywa sam tytuł. Jedno słowo – „powiedziała”, zawiera w sobie największy przekaz tego reportażu. Sugeruje przerwanie trwającego przez dekady milczenia o przestępstwach seksualnych znanego producenta filmowego Harveya Weinsteina. Pokazuje siłę i odwagę kobiet, które odważyły się „powiedzieć”, choć droga do wyznania swojej historii była trudna. Wiele z ofiar nie chciało się nią dzielić ze względu na możliwe konsekwencje, mimo, że większość z nich chciała, by ktoś powstrzymał Weinsteina. Inne zostały ograniczone za pomocą umowy „gotówka za milczenie”. Wszelkimi metodami starano się odebrać kobietom ich głos, pieniędzmi i obietnicami rozwoju kariery zmusić do zachowania ostrożności. Te, które odważyły się podzielić swoimi doświadczeniami były zastraszane, nękane i krytykowane. Niejednokrotnie wmawiano im kłamstwo. Z reportażu dowiadujemy się jak ciężka jest droga ofiary molestowania do nagłośnienia swoich przeżyć i jak ogromną przemianę wewnętrzną przechodzą podczas tej drogi.


Książka rzuca też światło na problem dotychczasowego systemu, w którym wielkie firmy zdają sobie sprawę z niewłaściwych zachowań swoich pracowników lub przełożonych, a działania podejmują dopiero, gdy zostaną one zdemaskowane publicznie i udowodnione. Nie dla dobra pokrzywdzonych kobiet, dla dobra firmy. Umowy, ugody, odszkodowania wypłacane w zamian za milczenie – to wszystko metody, które dążą do zamiatania spraw pod dywan, by firma funkcjonowała sprawnie. Zawieranie takowych umów jest również opłacalne dla prawników, którzy pobierają część z odszkodowań – nie zapobiega to molestowaniu, a nawet je ułatwia. Pokazane są błędy uniemożliwiające udowodnienie i wyciągnięcie konsekwencji z molestowania, co często bywa współudziałem zakładu pracy. Mężczyźni wykorzystujący swoją władzę i pozycję, czują się bezkarni i wszechmogący. Bardzo często wystarczy dobry prawnik lub nieznaczące niedociągnięcie w historii kobiety, by jej słowa stały się nieważne, czego doskonałym przykładem jest działanie Harveya Weinsteina. Pracujący dla niego sztab ludzi (oczywiście dobrze opłaconych) – prawnicy, detektywi, agencje pomagali mu dotrzeć i zatrzymać przepływ informacji. Praca dziennikarek uświadamia jak duża we współczesnych czasach jest siła pieniądza oraz rola znajomości, koneksji oraz własnej pozycji.


W końcu, reportaż „Powiedziała” jest nie tylko historią o kobietach, które odważyły się wystąpić przeciwko wpływowym mężczyznom takim jak Donald Trump, Harvey Weinstein lub Brett Kavanaugh, ale też świetną lekcją dziennikarstwa śledczego. Za pomocą pracy Jodi Kantor i Megan Twohey czytelnik znajduje się w samym środku śledztwa, które zmieniło podejście do molestowania seksualnego w pracy oraz zapoczątkowało lawinę historii w ramach ruchu #Metoo. Wraz z dziennikarkami i zespołem New York Timesa przeżywa historię każdej ofiary oraz z zapartym tchem czeka na zwycięstwo sprawiedliwości i upragnioną zmianę.


Książka z pewnością inspiruje do działania, tak jak zrobiły to jej bohaterki oraz pozwala zrozumieć jak wiele kroków musiały poczynić kobiety, by z sukcesem odzyskać swój głos. Ile jest w stanie zmienić jeden artykuł? Czy pojedyncza historia ma jakieś znaczenie? Tego dowiadujemy się z reportażu Jodi Kantor oraz Megan Twohey.


„I believe woman because no-one believed me” #Metoo


Recenzuje: Klaudia Budek

„Olimpijki” Anny Sulińskiej – zdecydowanie nie tylko o sporcie!

Olimpijki

Anna Sulińska

Czarne 2020

recenzuje Karolina Pudełko

 

 

„Olimpijki” z pozoru mogą wydawać się książką o sporcie. Można by tak stwierdzić patrząc na okładkę, spoglądając na tytuł, czytając jej opis… Nic bardziej mylnego. To 288 stron wciąż żywej historii udowadniania, że kobiety mają znaczenie. „Olimpijki” to opowieść o osobach, które mierzyć się musiały z przeciwnościami losu, które wydawać by się mogły z pozoru absurdalne – kto wpadłby na to, że pewnych zawodniczek olimpijskich nie zabrano autokarem na miejsce zawodów celowo? Że celem tego miało być uniemożliwienie kobietom zdobycia pierwszego medalu olimpijskiego w danej dyscyplinie przed mężczyznami? W takiej rzeczywistości żyły, trenowały i wygrywały polskie sportsmenki. Rzeczywistości zdominowanej przez mężczyzn, patriarchat,  gdzie przyzwyczajone do kłód rzucanych im pod nogi z zaciśniętymi zębami trenowały, często oporządzając wcześniej przy mężu i dzieciach. W czasach PRL-u wydawać by się mogło, że wystarczająco wiele przeciwności losu spotykało osoby chcące doskonalić się w sporcie – braki kadrowe, niewystarczająca ilość i zła jakość sprzętu, brak odpowiednio przystosowanych miejsc do treningu, a nawet strojów. No cóż, niektórych kosztowało to więcej. Skandaliczne i uderzające w godność osób trenujących „testy weryfikujące płeć” polegające na obnażaniu się przed obcymi osobami, niemożność trenowania danej dyscypliny będąc kobietą, ostracyzm niektórych środowisk wciąż głoszący, że miejsce kobiety jest w domu, a nie na bieżni… To tylko niektóre z dodatkowych trudności,  z którymi mierzyć się musiały właśnie kobiety.

Chciałoby się powiedzieć, że czasy na tworzenie skandali dotyczących kobiet w sporcie już dawno odeszły w niepamięć, ale byłoby to kłamstwo. Wystarczy spojrzeć chociażby na bardzo niedawną sprawę związaną z wybitną lekkoatletką i biegaczką na średnich dystansach, dwukrotną mistrzynią olimpijską, Caster Semenaya. Ciało Caster produkuje większą niż przeciętna ilość testosteronu. Jej błyskawiczne postępy i spektakularne wyniki wzbudziły wśród niektórych podejrzenia dotyczące jej biologicznej płci. Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznej w odpowiedzi na te „wahania” nakazało przeprowadzenie testów płci i chociaż oficjalne wyniki nigdy nie dotarły do opinii publicznej, szczegóły fizjologii biegaczki trafiły do mediów i zostały przez nie rozpowszechnione. Bezsprzecznie naruszona została jej prywatność. Fakty są takie, że biegaczce nie odebrano medalu i po kilku miesiącach dopuszczono znów do startu w zawodach kobiet, ponieważ stwierdzono, że trudno jest znaleźć badania jednoznaczenie mówiące o wpływie wysokiego poziomu testosteronu na różne dystanse biegowe.  Lecz potem, w kwietniu 2018 Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznej ogłosiło nowe zasady dotyczące zawodniczek z hiperandrogenizmem (nadmiernym wydzielaniem androgenów u kobiet), które uniemożliwiły Caster starty. Jej odwołanie się od tej decyzji zostało odrzucone. Tu pojawia się otwarte pytanie – czy naturalne warunki Caster, które umożliwiają jej zdobywanie takich, a nie innych wyników, są inne, aniżeli naturalne warunki innych zawodniczek? Czy istnieją naukowe podstawy do tworzenia wyżej wspomnianych zasad? Nad tym można by się pochylić szerzej, ale nie ma na to miejsca w tej recenzji, bo to zapewne temat do długiej dyskusji. Ale o podobnych przypadkach przeczytać możemy właśnie w „Olimpijkach”. Zachęcają one do postawienia sobie przez czytelnika pytania – kto decyduje o tym, że kobieta startująca w zawodach jest kobietą? Czemu najczęściej są to inne osoby niż ona sama?

To, co w książce Sulińskiej wydaje się ważne, to fakt, że na tyle na ile było to możliwe, oddała głos samym sportowczyniom. To zatem one, po latach, mogły spojrzeć na przeszłe czasy i je skomentować ze swojej perspektywy. Żadne inne spojrzenie nie byłoby tak przepełnione emocjami (z których większość przez lata niewiele zmalała), ale i tak dobrze nie oddawałoby klimatu tamtych czasów i absurdu wielu sytuacji. „Olimpijki” to także smutna opowieść o zapomnieniu – o upchanych głęboko w szufladach medalach i wybrakowanych informacjach dotyczących osiągnięć  sportowczyń na stronach internetowych czy kartach ksiąg, czasami też o zupełnym ich braku. To opowieść o tym, że w ustach i oczach wielu to męskie osiągnięcia były ważniejsze aniżeli kobiece, czasami nawet do tego stopnia, by naginać historię. To przestrzeń na wgląd w naszą dzisiejszą sytuację i znak zapytanie postawiony przy tezie, że wiele się zmieniło. Być może sprzęty są nowsze, bieżnie wygodniejsze, a stroje bardziej dostępne, ale czy w świecie, nie tylko sportowym, nadal nie zapomina się zbyt często o kobietach?

 

Femionteka objęła książkę matronatem!

Książka na którą czekałam. „Złap i ukręć łeb” recenzuje Nataszex

O „Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli” Ronana Farrowa pisze Natalia Skoczylas.

Recenzję udostępniamy za zgodą autorki, ukazała się na instagramie Nataszex 

***

Książka na którą czekałam. Czytałam ją jednocześnie z łatwością, bo została napisana dość zrozumiałym językiem, ale też z ciężarem, bo zdaję sobie sprawę, że w polskiej rzeczywistości też są chronieni seryjni gwałciciele. Wystarczy spojrzeć na przypadek Krzysztofa Sadowskiego. I zapytać siebie czemu nie znam więcej takich przypadków. Bo powtarzana śpiewka osób związanych z polityką w stylu „u nas nie ma przemocy”, jest nie tylko naiwna, ale także świadomie nieprawdziwa. Myślę, że miarą dojrzałości społeczeństwa, kolektywu, grupy jest to, jak radzi sobie z przemocą. Bo przemoc jest wszędzie i każda_y z nas jest do niej zdolna_y. Dlatego tak ważne jest, by nauczyć się słuchać, zadośćuczynić, naprawiać. Nie uciszając.

Ronan Farrow w książce „Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli” pisze nie o samej przemocy seksualnej, ale o własnym procesie jej ujawniania w przypadku wpływowych i bogatych osób. O całej machinerii nastawionej na ukrywanie krzywd i wpędzaniu osób, które doświadczyły przemocy i tych, które chciały to ujawnić – w paranoję, w stan wycieńczenia. Przede wszystkim jest to jednak opowieść o pracy reporterskiej Farrowa, też o jego motywacjach i determinacji. O czasie, który upływał. O konkretnych osobach, które utrudniały pracę. O inwigilacji, która się dzieje, ale trudno o niej myśleć, bo można pogubić się w rozpoznawaniu rzeczywistości. O umowach uciszających osoby, które doświadczają przemocy. O myleniu romansu z przemocą. O władzy.

I też o solidarności osób, które zdecydowały się na ujawnienie. O wielu osobach pracujących przy reportażach, które robią to, bo uważają, że ta praca jest słuszna i potrzebna. O tym, że zmiana nie przychodzi w pojedynkę.

Książka w polskiej wersji językowej została wydana przez Wydawnictwo Czarne, w tłumaczeniu Anny Dzierzgowskiej i Sławomira Królaka.

Dziękuję!

„Moje życie w drodze” – recenzja autobiografii Glorii Steinem

Moje życie w drodze

Autorka: Gloria Steinem

Poradnia K

recenzuje: Karolina Pudełko

 

„Moje życie w drodze” to zdecydowanie książka nieprzeciętna, bo tematyka podróży zdaje się być z nią na wielu płaszczyznach nierozerwalnie powiązana.

Biografia Steinem sama w sobie wydaje się być swego rodzaju drogą czy podróżą. Już po przeczytaniu kilku stron przenieść się można w zupełnie inny świat i, co ciekawe, pomimo odmiennych lat, miejsca, ludzi, problemy poruszane w książce Steinem wydają się być aż nadto aktualne. Pozostając w tej metaforyce cała idea przekazana na tych niespełna pięciuset stronach może być też odbierana jako drogowskaz, który wskazuje nam, kolejnym pokoleniom, jak walczyć o prawa tych, którym są one odbierane. Znamiennym wydaje się być, że ukazała się ona niedawno, kiedy tej walki tak bardzo potrzebujemy, być może bardziej, niż kiedykolwiek indziej. To, co dzieje się w naszym kraju, niepokojąco mocno przypomina historie opisane w książce Steinem, a tak naprawdę czasami zakrawa o jeszcze tragiczniejsze porównania, jak na przykład to do serialu „Opowieści Podręcznej”. To, co możemy wyczytać nie tylko w wierszach, ale i między nimi to wskazówki – w którą stronę podążać, by nawet kiedy się zgubimy na chwilę, szybko umieć się odnaleźć. To jak podane na tacy współrzędne geograficzne Nadziei – na to, że może być inaczej, że może być lepiej. Teraz, kiedy tak wielu z nas właśnie tej nadziei potrzebuje, podwójnie warto sięgnąć po tę książkę, która potrafi podbudować na duchu. Nieistotne zdają się być różnice kulturowe w doświadczeniu prawdziwego wsparcia, siostrzeństwa, wspólnej walce o lepsze jutro.

„Moje życie w drodze” jest podróżą na wielu płaszczyznach – przede wszystkim razem z Glorią przenosimy się na osi jej życia, odwiedzając rozmaite miejsca i ludzi, którzy wpłynęli nie tylko na nią samą, ale pośrednio także na bieg historii. Czytając coraz to nowe rozdziały nie da się odeprzeć wrażenia, że rzeczywistość nie byłaby taka sama gdyby nie Steinem. Gloria wydaje się być osobą, która mówi w imieniu nie tylko kobiet, ale także innych dyskryminowanych grup. Ważnym aspektem wydaje się być to, że starała się ona nie mówić w imieniu innych, ale dawać im się wypowiadać samodzielnie. Wiedziała, czego wielu osobom brakuje w obecnych czasach, że nie jesteśmy w stanie mówić za innych nie mając ich doświadczeń, historii, przeżyć, uczuć. Wydobywała jakże ważny głos z tych, którzy dotąd nie byli słyszani, próbowała otworzyć uszy tym, którzy nie chcieli słuchać. To pozycja, która poszerza świadomość – o świecie, ale i o sobie – zachęca do stawiania pytań i poszukiwania na nie własnych odpowiedzi.

Obecnie jeszcze większą popularność Glorii przypisać można serialowi Mrs America, który porwał rzesze widzów. W dużym skrócie to historia (a może raczej – herstoria?) ruchu, którego celem było wprowadzenie Equal Rights Amendment – poprawki do amerykańskiej konstytucji gwarantującej kobietom równe prawa. W serialu poznajemy postaci różnych kobiet stojących po obydwu stronach barykady (w tym Glorię) broniące swoich racji. To obraz trudnych zmagań, poświęceń, ale i radości i satysfakcji, którą może dać tylko batalia o równość, która de facto każdego dnia dzieje się i na „naszym podwórku”. „Moje życie w drodze” to opis wędrówki Glorii po różnych miejscach, w których przyświecał jej jeden cel – poszanowanie prawa każdego człowieka do bycia równym. Niezależnie od płci, kraju pochodzenia, doświadczenia niepełnosprawności… Wymieniać można by długo. Książka ta, co dla niektórych być może jest rozczarowaniem, nie jest twardym manifestem. Zdaje się być płynącą opowieścią, która rozpala w sercu czytelnika nadzieję, nawet, jeśli jej płomyk już lekko się przytlił.

„Moje życie w drodze” wydaje się być przekazem uniwersalnym, trafiającym do większości – książką, w której każdy znajdzie fragment czy cytat dla siebie – taki, który go wzmocni. To obraz tego, jak wiele zostało zrobione, a ile jeszcze do zrobienia pozostało. Sama postać Glorii, ale i inne historie czy postacie ukazane w „Moim życiu w drodze” zdają się dawać siłę do tego, by pomimo zmęczenia, pomimo licznych zakrętów na drodze, pomimo nieprzychylności nadal wizualizować sobie cel podróży i z upartością do niego dążyć. Ta książka to także inspiracją do tego, by wciąż poszukiwać własnej drogi – nie tylko tej w aktywizmie, ale po prostu, w życiu. Steinem pokazuje, że niezależnie od popularności naszych wyborów najważniejszym jest, by czuć się z nimi dobrze. Otwiera przed czytelnikami drzwi akceptacji, które zbyt długo były zamknięte. Warto pamiętać, że w różnym czasie, w różnych zakątkach ziemi te drzwi nadal są przymykane, niech zatem „Moje życie w drodze” staje się inspiracją do tego, co w takiej sytuacji można zrobić – dla siebie, ale też dla innych

„Nie przywitam się z Państwem na ulicy. Szkic o doświadczeniu niepełnosprawności” Maria Reimann | recenzja | konkurs

„Nie przywitam się z Państwem na ulicy. Szkic o doświadczeniu niepełnosprawności”

Autorka: Maria Reimann

Czarne 2019

Recenzuje: Karolina Pudełko

 

 

“Życie z niepełnosprawnością jest ciągłym nawigowaniem między poczuciem wyjątkowości – wyjątkowej niesprawiedliwości, wyjątkowej krzywdy, wyjątkowej dzielności, wyjątkowego wysiłku – a poczuciem zwyczajności, “normalności””.

W książce „Nie przywitam się z Państwem na ulicy. Szkic o doświadczeniu niepełnosprawności” autorka Maria Reimann przygląda się doświadczeniu kobiet urodzonych z zespołem Turnera, ale także własnemu doświadczeniu życia z niepełnosprawnością – niedowidzeniem. Autorka zaprasza nas jakoby do zastanowienia się – czym właściwie jest niepełnosprawność, a w zasadzie – czym może być, czym bywa i czym na pewno nie jest.

Pokazuje, że można żyć z doświadczeniem niepełnosprawności lub obok niego, ale też że osobą z doświadczeniem niepełnosprawności można „bywać”, a nie „być” – „Czy jestem niepełnosprawna, chociaż pracuję, wychowuję dziecko, jeżdżę na rowerze, podróżuję? A może tylko bywam niepełnosprawna, kiedy nie mogę prowadzić auta, nie widzę świateł po drugiej stronie ulicy albo napisów w kinie?” To trochę książka o płynnych granicach tego doświadczenia, zależnych od każdej jednostki. To, co wydaje się ważne, to fakt, że granice te często stawiane są głównie przez społeczeństwo. Że często dzieje się tak, że to nie samo doświadczenie niepełnosprawności jest obciążeniem (choć fakt, bywa), ale przede wszystkim odbiór innych ludzi.

To społeczeństwo potrafi wykluczać, etykietyzować, stygmatyzować, czasami w imię „dobrej woli”. To więc jest to też książka o wrażliwości i uważności, którą trzeba mieć, bo każdy swoje doświadczenia ma prawo traktować tak, jak chce. Nie mamy prawa do poprawiania, ulepszania, zmieniania czyjegoś doświadczenia wedle naszych upodobań, nawet jeśli myślimy, że tak byłoby lepiej. Na 168 stronach czytelnik bądź czytelniczka odbywają lekcję o tym, jak ważna jest empatia oraz otwartość i uważność na drugiego człowieka. To właśnie te cechy mogą pomóc nam w kontakcie z kimś, kto jest obok nas, nawet jeśli w jakikolwiek sposób odbiega od przyjętego schematu… normalności? Typowości? Wciąż żyjemy w świecie, w którym silną pozycję zajmują stereotypy dotyczące wszystkiego, co nie przystaje do ustanowionych przez kogoś (nie wiadomo w zasadzie kogo konkretnie)  standardów. Ta niezmiennie aktualna tematyka – tolerancji, akceptacji, ale przede wszystkim – pozostawiania tyle przestrzeni drugiej osobie, ile potrzebuje ujęta jest w sposób prosty, ale jednocześnie niezwykle bliski, wręcz intymny.

Niepełnosprawność pokazana jest w książce z kilku perspektyw – jedną z nich są bohaterki z doświadczeniem Zespołu Turnera, które dzielą się swoimi historiami (a więc w zasadzie – dzielą się sobą), kolejną zaś – doświadczenia samej autorki. Puentą tego zestawienia wydaje się być to, że brak jest wspólnego mianownika pomiędzy rożnymi doświadczeniami niepełnosprawności i to właśnie ta indywidualność jest czymś, o czym zapominać nie można. Ta indywidualność wpleciona jest także w opowiedzianą między słowami opowieść o emancypacji i feminizmie kobiet z doświadczeniem niepełnosprawności, która to towarzyszy w zasadzie całe życie im i im rodzinom, co pokazują chociażby słowa matki dwóch córek – „Kobieta opowiada, że ponieważ jedna z dziewczynek raczej ni zostanie matką (ze względu na zespół Turnera), zdała sobie sprawę, że powinna wychowywać obie córki w przekonaniu, że macierzyństwo nie jest jedyną możliwością życiowego spełnienia kobiety”.

Jak mówi Magdalena Radkowska Walkowicz: „ w zespole Turnera tkwi potencjał emancypacyjny”. To książka nie tylko o życiu z doświadczeniem niepełnosprawności, o przekraczaniu ograniczeń, o subtelności czy jej braku. To przede wszystkim zachęta do namysłu – szkic – początek dyskusji o tym, co to znaczy być człowiekiem, niezależnie od przyjętych standardów, norm, obostrzeń, które sami sobie narzucamy i pielęgnujemy.

 

KONKURS! Mamy dla Was dwa egzemplarze książki „Nie przywitam się z Państwem na ulicy. Szkic o doświadczeniu niepełnosprawności”.

Aby wziąć udział w losowaniu wpisz w komentarzu czemu książka ma iść do Ciebie 🙂

Losowanie 4 grudnia o godzinie 14.00. Odezwiemy sie do dwóch oosób.

Odrodzenie kultury Drag King w Polsce. SharmTrio plus. Magdalena Wielgołaska (recenzja)

Do tej pory występy Drag Queens i Drag Kingów kojarzyły się ze stale powtarzanym schematem. Osoba występująca odgrywa w przerysowany sposób rolę męską lub kobiecą do wybranego utworu, poruszając ustami, jakby śpiewała z playbacku. I tak numer po numerze…

SharmTrio plus w programie Drag King Show Retroseksualni odchodzi od tego klasycznego sposobu prezentacji i proponuje nową jakość. Teatralnie przemyślane show, które przeprowadza nas dynamicznie i płynnie przez kilka – wydawałoby się – nie powiązanych ze sobą światów reprezentowanych przez bohaterów. 

Każda z postaci uosabia inny typ męskości. Obserwujemy zdystansowanego poetę-gangstera – wrażliwego i protekcjonalnego. Śledzimy wysiłki mikrego chojraka, który usiłuje za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę i przylepić się do silniejszego. Przyglądamy się latynoskiemu kochankowi, który burzy heteroporządek – rozsiewając miłość, nie zważając na płeć, orientację i ustrój polityczny.(sic!) Wpatrujemy się w przemianę polskiego stereotypowego Janusza pozującego na sarmatę w…. ale tu sza! Przekonajcie się same_i przychodząc na spektakl!

Retroseksualni trochę rubasznie, czasem kontrowersyjnie, a na pewno przekomicznie obnażają polityczną i seksualną dominację mężczyzn zaszczepioną w kulturze.

Przemyślana ścieżka muzyczna – wykorzystująca przede wszystkim polskie przeboje – podkreśla śmieszność mitu macho. Ale dzięki tekstom piosenek Kabaretu Starszych Panów mit ten jest kwestionowany inteligentnie i z poczuciem humoru. Muzyczną polonofilię przerywa kilka dobrze znanych publiczności hitów latynoskich, a wisienką na torcie jest historia jednego z bardziej znanych bohaterów piosenki Dalidy – Gigi l’Amoroso. Historia rozrywająca serce…

Wszystko to – w atmosferze fiesty – pozwala rozładować napięcia i porzucić schematy, w których na co dzień funkcjonujemy – genderowo i narodowo. Retroseksualni bowiem nie unikają aluzji politycznych. Nie bez przyczyny premiera show odbyła się 13 października, w dniu wyborów parlamentarnych.

Performens igra ze stereotypami i rolami płciowymi do tego stopnia, że jeden z widzów nie mógł uwierzyć, że latynoski przystojniak, który skutecznie uwodzi ze sceny, to w rzeczywistości… kobieta. Zaczął nawet „kwestionować” swoją tożsamość psychoseksualną. 

Obecna na wydarzeniu legenda polskiego dragkingowania DK Tivv przyznała, że nie było w Polsce dotąd tak dobrego i profesjonalnego występu drag kingów. Jej słowa powinny być wystarczającą zachętą, żeby pojawić się na kolejnym spektaklu już 10 listopada w Madame Q. Data nie jest przypadkowa. 11 listopada, który powinien być dniem wspólnego celebrowania niepodległości, w naszym kraju nasila polaryzację pomiędzy lewą i prawą stroną. Czujesz to napięcie? Rozładujesz je na show, jakiego jeszcze nie widziałaś_eś.

Więcej informacji o wydarzeniu znajdziesz TUTAJ

                                                                                        ———————

SharmTrio plus Drag King Show Retroseksualni
reżyseria: Agnieszka Małgowska
show dają:
DK Maryjan Bear (bohater kliniczny)
DK Jean Jacques (bohater dramatyczny)
DK Richard the Great (bohater deliryczny)
DK Gigi Amoroso (bohater liryczny)
Produkcja: Sistrum. Przestrzeń Kultury Lesbijskiej*
premiera: 13.10.2019

 

„Seksuolożki” Marta Szarejko | recenzja

Seksuolożki
Marta Szarejko

Znak Horyzont 2019

recenzuje Karolina Pudełko

W zasadzie z dnia na dzień seks staje się coraz bardziej tematem tabu. Ze wszystkim, co aktualnie się dzieje, coraz mniej spontanicznie mówi się o kwestiach z nim związanych, a otwartość w tym temacie spada coraz częściej na koniec rankingu określeń z nim wiązanych. Seksualność jako taka w naszej kulturze nie jest tematem, na który większość osób wypowiada się bez chociażby lekkiego zarumienienia. Wszak „Przyzwoitość” to ogromna cnota. Nie ma skutku bez przyczyny – jeszcze niedawno w większości domów rzadko mówiło się o seksie, a nawet jeśli, to raczej mocno zawężając temat na przykład do aspektów fizjologicznych. Nierzadkie były (i niestety nadal są) także  krzywdzące uprzedzenia i stereotypy związane z rozmawianiem o tej sferze życia – że wpłynie negatywnie na rozwój osoby, że nie wypada o tym mówić, że „kobietom nie przystoi”… Wiele osób ma wiele pytań, ale boi się je zadawać. Komu? Co sobie ludzie pomyślą? Czy coś jest ze mną nie tak, jeśli chcę pytać o seks? Podsycane obecnymi nastrojami i działaniami wątpliwości wpędzają w kozi róg niewiedzy i bezradności. Na szczęście nie jest jednak tak źle, jak mogłoby się wydawać – coraz więcej kobiet jest świadomych swoich praw, wie, że ma prawo wiedzieć i po to prawo sięga. Często nie bez obaw, ale kobiety naszych czasów postanawiają zadbać o siebie także w tak ważnej dla każdej osoby sferze, jaką jest seksualność. I trochę o tym mówi, a w zasadzie pisze Marta Szarejko w swojej książce „Seksuolożki. Sekrety Gabinetów”.

W czternastu rozmowach z kobietami zajmującymi się seksualnością – psycholożkami, psychoterapeutkami, seksuolożkami, prawniczkami, edukatorkami seksualnymi i wykonującymi podobne profesje, dziennikarka pokazuje, że seks, pomimo że bezsprzecznie nadal pozostaje tematem tabu, może być (i jest!) wnoszony na spotkania ze specjalistkami, które wyszkolone w wielu dziedzinach – bo seksualność to przecież splot psyche, soma i polis – starają się pomóc na różne sposoby.  Uczą przede wszystkim akceptacji siebie takimi, jakimi jesteśmy i radzenia sobie z tym, co trudne czy niejasne. Edukują, wspierają, pomagają w eksploracji. Książka porusza rozmaite tematy, o których wielu osób trudno jest mówić otwarcie, takich jak trauma związana z gwałtem, ból towarzyszący aktom seksualnym, zdrada, brak przyjemności seksualnej. Rozmawiano także o wstydzie nastolatek, pogardzie do własnego ciała, seksualności kobiet w ciąży czy seksualności kobiet niepełnosprawnych. Poruszono tematy związane z krzywdą doznawaną przez kobiety w związkach i te dotyczące transpłciowości. Część rozdziałów jest trudnym obrazem tego, z czym boryka się na co dzień  wiele z nas w odniesieniu do różnych relacji czy sytuacji, część zaś podkreśla ducha pozytywnej seksualności, tak ważnego do podtrzymywania. Sam zbiór wywiadów to dawka wiedzy potrzebnej każdej kobiecie – choć być może nie o samą wiedzę tu chodzi, ale o przekaz, że wszystko, co odczuwamy, jest w porządku i warto o tym porozmawiać. Że nie ma tematów związanych z seksualnością, które lepiej zostawić dla siebie, bo wstyd o nich mówić. Że są ludzie w tym kraju, którzy są gotowi pomóc w każdej sytuacji, nawet w tej, która wydaje się bez wyjścia. Być może każda osoba czytająca tę książkę weźmie dla siebie coś innego ze względu na sytuację, w jakiej aktualnie się znajduje. Najważniejsze jest chyba to, by wzięła do siebie informację, że seksualność jest jej częścią, którą warto się zaopiekować, dbając o swój dobrostan.

Sama książka jest przejrzysta i łatwa do czytania, choć i w niej nie obyło się bez wpadek. Wszak to taki mały manifest feministyczny kobiet – mówi o kobietach, które pomagają innym kobietom w trudnych chwilach, a mieszanina męskich i żeńskich końcówek profesji trochę tę kobiecość zaciera – w jednym rozdziale czytamy wywiad z psychoterapeutką, w drugiej już z psychoterapeutą. To także te feminatywy (lub ich brak) są tu ważne! Trudno jest także przejść obojętnie obok stwierdzeń takich jak „zmiana płci”, które mogą być krzywdzące dla osób czytających rozmowy. Pomimo kilku wpadek sam przekaz wydaje się być jasny i klarowny i ważnym wydaje się, by każda Polka go usłyszała. Seksualność jest w porządku i wiele problemów da się rozwiązać, jeśli tylko nie jest się z nimi samemu. To, że w swoim odczuciu nie wpasowuje się w jakieś kanony, to nie koniec świata – każda z nas jest inna i to w nas jest interesujące, dobre, piękne. To książka o seksualności, ale jednocześnie o nauce życia samej ze sobą. To na wielu stronach także smutny obraz współczesnej rzeczywistości – stygmatyzacji, ostracyzmu, wytykania palcami i obwiniania, ale jednocześnie podkreślenia tego, że są ludzie, którzy, bez oceniania chcą wspierać i po prostu być obok. „Seksuolożki” to mieszanina smutku i nadziei, że są szanse, by było lepiej, które jednocześnie z tak wielu stron są podkopywane. To między słowami także lekcja, by wspierać siebie nawzajem – niezależnie od wszystkiego.

A co by było, gdyby seks zaczęto uprawiać dla przyjemności? recenzja „Narodzin pigułki” Jonathana Eiga

A co by było, gdyby seks zaczęto uprawiać dla przyjemności?
Co by było, gdyby kobieta mogła sama kontrolować, kiedy chce zajść w ciążę?
Co by się wtedy stało z rodziną i małżeństwem? Co stałoby się z miłością? Gdyby dać kobietom taką władzę – czego jeszcze by zażądały?

Te pytania, które współcześnie dla wielu brzmią abstrakcyjne bądź śmiesznie, w latach 60. XX wieku wywoływały burzliwe dyskusje. Mimo że zgodnie z raportem Alfreda Kinseya z 1948 r. duża liczba badanych Amerykanów przyznawała się do seksu przedmałżeńskiego, połowa do zdrady, a oszałamiająca większość do masturbacji, oficjalne zdanie było stanowcze: stosowanie jakiegokolwiek leku, produktu medycznego lub instrumentu z zamiarem uniemożliwienia ciąży stanowi wykroczenie, a w jednym ze stanów nawet przestępstwo. Ameryka nie chciała przyznać się do tego, co i tak działo się w ciemnościach i próbowała bronić się przed nadchodzącymi zmianami. „Narodziny pigułki” to historia o tym, jak czworo niezależnych buntowników i buntowniczek, mając przeciwko sobie rząd i bez żadnego wsparcia ze strony opinii publicznej i koncernów farmaceutycznych, doprowadziło do tego, że życie kobiet zmieniło się raz na zawsze dzięki pigułce antykoncepcyjnej.

Trzeba przyznać, że książkę kradną bohaterowie. Margaret Sanger, doświadczona feministka w podeszłym wieku, mająca w pamięci swoją matkę i jej śmierć po jedenastym dziecku, poświęciła swoje życie edukacji społeczeństwa odnośnie świadomego macierzyństwa. Gregory Pincus, ekscentryczny naukowiec, który badał rozmnażanie się ssaków, dał się porwać marzeniu Sanger, poruszony odkryciem, jak wygląda życie ubogich kobiet, które muszą znosić niezliczoną liczbę ciąż. Katharine McCormick, biolożka i sufrażystka, skorzystała ze swojej gigantycznej fortuny i przez długi czas sponsorowała badania Pincusa, przekazując mu łącznie około 2 miliony dolarów (co odpowiada sumie 23 milionów obecnie). I wreszcie John Rock, postać najbardziej zaskakująca w tym gronie, ginekolog, ale także katolik, głęboko wierzący, że stanowisko Kościoła w związku z antykoncepcją powinno się zmienić, brał czynny udział w badaniu klinicznego zastosowania progesteronu do zapobiegania owulacji. Ze wspólnego wysiłku tej czwórki narodziła się pierwsza tabletka antykoncepcyjna o nazwie Enovid.

„Narodziny pigułki” to opowieść o tym, komu zawdzięczamy rzeczywistość, w której obecnie żyjemy. Jonathan Eig wpada jednak w drobną pułapkę. Chcąc przekazać złożoną historię leku – od motywacji jego odkrywców aż po wszystkie zawiłości związane z wprowadzeniem Enovidu na rynek – przedstawia historię w sposób sensacyjny, nie do końca trzyma się chronologii i próbuje zaskoczyć czytelnika cliffhangerami. Fani typowej literatury faktu zapewne będą troszeczkę kręcić nosem, ale intencją autora raczej nie było napisanie suchej biografii pigułki, a raczej stworzenie wciągającej opowieści przełomowego środka. Dlatego też pozwala sobie na koloryzowanie rzeczywistości i zgrabnie przedstawia swoich bohaterów jako herosów, sprawiając, że czytelnik przeskakuje bez zastanowienia nad, przykładowo, co najmniej kontrowersyjnymi eugenicznymi poglądami Margaret Sanger.

Mimo wszystko zalety jednak przeważają nad wadami. W obecnych czasach – wśród coraz częstszych głosów o potrzebie powrotu do „naturalnego porządku rzeczy” i o „dzielnym dźwiganiu swojego krzyża” – jest to książka szalenie potrzebna. Przystępność języka pozwala każdemu zrozumieć konflikt związany z pigułką, a tak naprawdę konflikt związany z niezależnością kobiet, który trwa aż do dziś. Okazuje się, że walka o zmiany w społeczeństwie jest trudna i może trwać dziesięciolecia – ale warto ją podjąć. Jeśli nie dla nas samych, to dla przyszłych pokoleń.
Dla zwyczajnych czytelników „Narodziny pigułki” to dobre przedstawienie ważnego kawałka historii, dla tych bardziej dociekliwych – doskonały wstęp do dalszych poszukiwań w temacie.

 

„Narodziny pigułki”
Autor: Jonathan Eig
Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski
Wydawnictwo Czarne, 2019

Recenzuje: Joanna Czubaj

Martonat Feminoteki!

Dlaczego musisz poznać Tamarę?

„Wściekłe” to dla mnie „Opowieść podręcznej” osadzona w polskich realiach. Rząd tworzy Programy Udoskonalania Rodziny, które mają spowodować wzrost urodzeń i ogólnego zadowolenia społecznego. Dalekie od zadowolenia pozostają jednak niezamężne kobiety: nie mogą samotnie wyjechać za granicę, kupić dużego mieszkania, zameldować się w hotelu czy wyjść z domu w godzinach nocnych. Kwitnie propaganda, a każdy przejaw niesubordynacji jest surowo karany pobytem w ośrodku zamkniętym, gdzie torturami psychicznymi próbuje się przekonać osoby do „właściwego” stylu życia. Główną bohaterką jest Tamara Taszycka, która postanawia z tym systemem walczyć.

Ku mojej ogromnej radości polski rynek książkowy rośnie w kobiety. Tworzą już w obrębie gatunków, które wcześniej były reprezentowane głównie przez mężczyzn. Feministyczna dystopia polskiej pisarki? Musiałam to przeczytać!

Już od pierwszej strony widać świetny warsztat pisarski. Powieść napisana jest w moim ulubionym stylu: krótkimi zdaniami, dynamicznie, co być może nie każdemu przypadnie do gustu, ale pozwala dosłownie zatracić się w historii Tamary. Czujesz jej oddech, gdy biegnie, emocje podczas spotkania z innymi rebeliantkami, poczucie zdrady, gdy wszystko idzie nie tak.

Ale nie jest to czarno-biała historia o pięknej księżniczce i złej wiedźmie. Postaci są zbudowane wielopoziomowo, niejednorodnie. Niełatwo znienawidzić kogoś, kto po prostu stara się przetrwać albo ochronić swoją rodzinę, nawet jeśli robi okropne rzeczy. Sama Tamara miejscami wydaje mi się bardzo naiwna, czasem nie rozumiem jej decyzji, ale to właśnie siła tej książki – piękno feminizmu, w którym każda z nas jest inna i choć nie zawsze rozumiemy swoje działania, są one ważne.

Momentami autorka pozostawia niewiele pola do własnej refleksji, za to pozostawia szeroko otwarte zakończenie, które jak się okazuje, nie będzie miało swojej kontynuacji. Pochłonęłam tę książkę i zostałam, no właśnie, z czym? Zwykle trochę mi smutno, gdy kończę dobrą powieść, ale po skończeniu „Wściekłych” długo czułam dosłownie fizyczny brak Tamary w moim życiu.

To książka, którą chciałam widzieć na półce w księgarni od wielu lat. Przekazałam już ją siostrze i mamie. Cieszę się, że kolejne kobiety będą mogły poznać Tamarę. Dla mnie to najlepsza książka, jaka przeczytałam w 2018 roku.

 

——

Ważną częścią książek, które czytam jest dla mnie spójność jej autorki. Ewa Podsiadły Natorska jest niesamowicie serdeczną i inteligentną kobietą. To czyni dla mnie tę książkę prawdziwą. Poniżej nasza rozmowa.

 

Julia Maciocha: Jak narodziły się „Wściekłe”?

Ewa Podsiadły Natorska: „Wściekłe” napisałam na urlopie macierzyńskim, po tym, jak na świat przyszedł mój pierwszy synek. Pisałam wieczorami, gdy mały spał – a nie był typem śpiocha, do tego karmiłam go piersią na żądanie. Praca nad „Wściekłymi” momentami była więc niczym wspinanie się na górę, zna to każda matka, zwłaszcza świeżo upieczona. Ale bardzo chciałam napisać tę książkę i dla siebie, i dla Polek. Pomysł na tę powieść dojrzewał we mnie długo. Punktem zapalnym na pewno było wprowadzenie programu 500+. Zaczęłam się zastanawiać, co z osobami pominiętymi, samotnymi matkami i mniejszościami w ogóle. Dużo wtedy rozmyślałam o funkcjonowaniu społeczeństw, wpływie rządzących na jednostkę, o różnych ustrojach. To wszystko pewnie brzmi bardzo poważnie i faktycznie, chciałam napisać poważną książkę ;-). Sprawy kobiet zawsze były, są i będą mi bardzo bliskie. Do tego niemal bez przerwy wokół siebie słyszałam seksistowskie teksty, padające z ust mężczyzn i w pewnym momencie poczułam taką złość, że nie miałam wątpliwości, że muszę napisać „Wściekłe”.

JM: Czy Tamara lub jej siostra są wzorowane na kimś istniejącym?  Skąd fascynacja Freddiem Mercurym?

EPN: Rzadko kiedy wzoruję się na osobach w moim otoczeniu. Nigdy nie przenoszę do swoich książek postaci jeden do jednego. Już prędzej czerpię inspirację ze świata wokół mnie. Nie jestem Tamarą, podziwiam ją za jej upór i odwagę, ale też trochę jej współczuję, bo ona jednak, choć idą za nią tłumy kobiet, jest w swojej walce osamotniona. Ja do życia potrzebuję rodziny, Tamara nie. Siostra Tamary też nie jest kopią żadnej znanej mi osoby, choć akurat dość dobrze znam sytuację, gdy rodzeństwo przypomina ogień i wodę – tak jest między mną a moją siostrzyczką ;-). Przeniosłam natomiast na Tamarę własną fascynację Freddiem Mercurym, którego uważam za nieodżałowanego geniusza, człowieka obdarzonego niezwykłą charyzmą i osobowością, a przede wszystkim olbrzymim talentem. Kocham Freddiego, ubóstwiam go. Nikt ze współczesnych artystów nie ma takiego kontaktu z publicznością, tak bardzo nie przykuwa uwagi. Spokojnie, mój mąż zdaje sobie z tego sprawę i podziela moją fascynację ;-). Pisałam o tym na swoim blogu: http://conatonatorscy.pl/freddie-mercury-moj-artysta-wszech-czasow/

JM: Czy i kiedy poznamy dalsze losy Tamary i jej ekipy? 

EPN: Od początku zakładałam, że „Wściekłe” będą jedną, zamkniętą opowieścią. Zakończenie jest raczej otwarte, daje pewne pole do popisu, ale myślami jestem już przy innych historiach, które domagają się opowiedzenia. Późną wiosną ukaże się moja kolejna powieść. I znowu wszystkich zaskoczę, bo jej głównym bohaterem będzie facet. Poruszam w niej temat wielomiłości. Lubię sprawdzać samą siebie, bez przerwy podnosić sobie poprzeczkę.

JM: Nazwałabyś siebie feministką? 

EPN: Oczywiście. Jestem feministką, bo wierzę w równouprawnienie płci. W wolny wybór, wolność. Nie uznaję stereotypów. Wściekam się, gdy słyszę, że „kobieta ma mniejszy mózg od mężczyzny” – a uwierz mi, że słyszę to od czasu do czasu. Zawsze w takiej sytuacji mówię VETO. Wierzę w siostrzeństwo. Choć pamiętaj, co o feminizmie mówi Tamara: „Nie wiem, czym jest feminizm, wiem natomiast, czym jest sprawiedliwość”. Ja właśnie głęboko wierzę w tę sprawiedliwość społeczną, jestem przekonana o jej zasadności, szczególnie w relacjach partnerskich.

JM: Chciałabyś zostać Tamarą? Uważasz, że młodsze pokolenie działaczek może się z nią utożsamiać? Do kogo kierujesz tę książkę?

EPN: „Wściekłe” pisałam z myślą o współczesnych Polkach, ale uważam, że powieść może i powinien przeczytać każdy bez względu na wiek czy płeć. Myślę, że Tamara dla młodego pokolenia działaczek o prawa kobiet może być protagonistką – trudno mi wskazać inne tego typu bohaterki w polskiej literaturze. Tamara jest silna, niezłomna, absolutnie przekonana o swoich racjach, ale wspomniałam też o jej samotności i właśnie z powodu tego osamotnienia i niezrozumienia nie chciałabym chyba podzielić jej losu. Jednocześnie ją podziwiam i jej współczuję. Ona byłaby mną, gdyby miała więcej odwagi, by realizować najśmielsze pomysły, by całkowicie zatracić się w jakiejś idei, zaangażować w sprawę na 100%. Bardzo szanuję takich ludzi. Poza tym, co by nie gadać, w naszym kraju jednak nie jest tak źle jak we „Wściekłych”, więc na razie – na szczęście – zastępy Tamar nie są nam jeszcze potrzebne.

JM: To tylko fikcja, która powstała w Twojej głowie? Myślisz, że coś takiego mogłoby się naprawdę wydarzyć?

EPN: Mam nadzieję, że to zawsze będzie wyłącznie fikcja! Czy wyobrażasz sobie, że świat taki jak we „Wściekłych” mógłby nas spotkać? Zawsze powtarzam, że politykom, bez względu na to, czy rządzą ci, których wybraliśmy, czy nie, trzeba patrzeć na ręce, sprawdzać ich, rozliczać z obietnic i kontrolować. Tak wyobrażam sobie demokrację. Jestem wobec polityków nieufna. I wiem, że wolność nigdy nie jest dana człowiekowi raz na zawsze. Kocham Polskę i dobrze mi się w niej żyje, ale nie pozwolę sobie zamydlić oczu. Przypatruję się politykom i jeśli trzeba będzie walczyć o wolność, wyjdę na ulicę, choćby z dziećmi pod pachą.

 

 

 

 

 

 

 

#sexedpl Rozmowy Anji Rubik o dojrzewaniu, miłości i seksie – o książce opowiada Barbara Ewa Baran, opiekunka merytoryczna projektu

Tekst: Barbara Ewa Baran

Zdjęcia: Karolina Jackowska

Książka #SEXEDPL to kontynuacja kampanii edukacyjnej rozpoczętej ponad rok temu przez supermodelkę Anję Rubik. Opublikowano wówczas 14 spotów, w których znane osoby mówiły o jakimś aspekcie dojrzewania. Duże zainteresowanie spotami skłoniło Anję do kontynuowania kampanii. Efektem kilkumiesięcznej pracy jest tym razem książka #SEXEDPL wydana przez Grupę Wydawniczą Foksal. Podstawą książki są rozmowy z osobami, które na co dzień pracują z młodymi osobami w różnych obszarach zdrowia seksualnego. Poruszane wątki ułożyłyśmy w 18 rozdziałów dla nastolatków i jeden pisany z myślą o ułatwieniu komunikacji dorosłych opiekunów i opiekunek z młodą osobą.

Hubert Sobecki opowiada o kwestiach związanych z płcią i orientacją psychoseksualną, mówi jak wspierać osoby LGBTQIAP+, jak bronić siebie i kogoś. Ginekolożka Moniki Łukasiewicz i urolog Piotr Świniarski przedstawiają biologiczne aspekty dorastania i dbania o własne ciało. O tym jak zaprzyjaźnić się ze swoim ciałem i zrozumieć jego sygnały mówi Alicja Długołęcka. Alicja porusza też temat często pomijany – seksualność osób z niepełnosprawnościami. Z rozmowy z Agatą Loewe można dowiedzieć się więcej o emocjach i uczuciach towarzyszących seksualności i czemu warto czerpać przyjemność z tej sfery. To jak czuje się dojrzewająca dziewczyna i chłopak tłumaczy Michał Pozdał. Dokładnie również opisuje jak przygotować się do pierwszego razu.

Natalia Skoczylas z Feminoteki mówi o zgodzie – temacie szczególnie ważnym w kontekście trwającej akcji #metoo. Tłumaczy jak pytać czy ktoś ma na coś ochotę, jak mówić, że czegoś się chce lub nie. W kolejnej części porusza kwestie molestowania i wylicza co zrobić gdy doświadczy się gwałtu. O ciąży i antykoncepcji opowiada Natasza Blek. Natasza mówi też o aborcji i aktualnych ograniczeniach prawnych – to kolejny temat, którego zazwyczaj nie porusza się z nastolatkami, choć dotyczy również nich. Infekcjami przenoszonymi drogą płciową, leczeniem i sposobami ochrony przed nimi zajęła się Joanna Skonieczna. Kwestie unikania wirusa HIV i życia z nim pokazuje Maciej Nazarewicz. Niestandardowym tematem w tego typu publikacjach jest rozdział Kamili Ferenc; Kamila mówi jakie prawa ma osoba kilkunastoletnia w domu, w szkole, w ośrodkach zdrowia i co może zrobić gdy są łamane. O szansach i bezpieczeństwie odnośnie dorastania w sieci mówią same nastolatki z grupy Mamy Głos. W ostatnim rozdziale Aleksandra Józefowska zwraca się do dorosłych i radzi jak wspierać młodych ludzi. Całość zakończona jest spisem adresów, telefonów i linków gdzie można szukać pomocy lub więcej się dowiedzieć.

Część kwestii pojawia się w kilku rozdziałach. W wielu miejscach przypominamy nie tylko o wzorcowych w tego typu publikacjach prawie do zdrowia i bezpieczeństwa, a również do odkrywania przyjemności seksualnej z ciała i relacji z innymi osobami. W książce młodym osobom są przede wszystkim przedstawia się fakty i daje im się pozytywne wsparcie. Nie wybiera za nich, nie straszy, daje wiedzę i kompetencje do samostanowienia.
 Tematem, do którego wracamy najczęściej jest świadoma zgoda. Istotne jest to, że mówimy o niej nie tylko w kontekście empowermentowego zachęcania do mówienia czego się chce. Częściej przypominane jest w książce, że każda i każdy musi upewnić się na co zgadza się druga strona – to wzięcie odpowiedzialności za własne działania wobec kogoś jest perspektywą, której często brakuje w aktualnych kampaniach antyprzemocowych.


Tworząc książkę zależało nam, aby najbardziej aktualna wiedza była podana w przystępny sposób. Dlatego mówimy bardzo wprost; używany przez nas język nie jest ani infantylny, ani medyczny. Po prostu swobodnie mówimy o ważnych sprawach. Dopracować tekst i sprawić, że jest zrozumiały dla młodych ludzi, pomogły informacje zwrotne od młodzieży, które były zbierane w trakcie prac nad książką. Dzięki temu, oraz zaproszeniu aktywistek z Mamy Głos, materiał jest nie tylko dla młodych osób, ale również i przez nie współtworzony.
 Poza treścią, na uwagę zasługuje też oprawa graficzna. Piękne zdjęcia zrobione przez Zuzę Krajewską pokazują ponad 70 różnorodnych młodych osób, widać różne ciała, ubiory, pary również jednopłciowe, cellulit, włosy pod pachami i ogoloną skórę, aparaty na zębach. Dodatkowo Kiciputek narysowała zabawne komiksy odnoszące się do tematów z książki.
 Ogromną zaletą jest cena książki – detaliczna wynosi 19,99 zł, a w najtańszych miejscach można ją dostać już za ok. 11 zł, to mniej niż za bilet do kina. Organizacje i grupy pracujące z młodzieżą mogą dostać tę książkę za darmo. Wystarczy wypełnić zgłoszenie -> wypełnij tutaj

Książka #SEXEDPL, w przeciwieństwie do szkolnych podręczników do Wychowania do Życia w Rodzinie, zdecydowanie wpisuje się w zalecany aktualnie przez WHO nurt kompleksowo prowadzonej edukacji seksualnej. Jest dostępna, pełna praktycznych informacji, a do tego chętnie się po nią sięga.

(Hubert Sobecki, Natalia Skoczylas, Michał Pozdał, Anja Rubik i Zuza Krajewska na konferencji otwierającej Pop up Szkołę #sexedpl utworzoną na kilka dni z okazji premiery książki, 19/09/2018)

Na lato: Przeczytajcie „Maresi”, bo warto. „Kirke”, niestety, nie

Dwie powieści, dwie bohaterki w świecie magii i kobiecej mocy. Jednak te dwie książki są jak dwie różne strony księżyca.

Recenzuje: Joanna Piotrowska

Madeline Miller „Kirke”, tłumaczenie: Paweł Korombel, Wydawnictwo Albatros

Ta książka powinna zaczynać się tam, gdzie się kończy. Taki smutny wniosek mam po lekturze „Kirke” Madeline Miller. Dopiero w dwóch ostatnich rozdziałach akcja przyspiesza, nabiera rumieńców, bohaterka nareszcie zaciekawia, a nie irytuje.

Dziś sam fakt, że świat z mitologii czy baśni pokazywany jest z perspektywy kobiety już nie wystarcza. Takich książek pojawiło się już trochę i w dodatku bardzo dobrych, choćby wspomnieć dwie –  Margaret Atwood i jej „Penepoliadę”, w której mitologiczny świat obserwujemy okiem Penelopy, czy tajemniczą i wielowarstwową „Annę Inn z grobowców świata” Olgi Tokarczuk.  „Kirke” mogłaby do nich dołączyć, jednak przez swą schematyczność i banalność, szansy tej nie wykorzystuje. Przemiana Kirke z zahukanego brzydkiego kaczątka w pięknego, silnego łabędzia jest niewiarygodna, rozmywa się w nieznośnym, szkolnym podaniu mitów, słabej akcji, kiepskich dialogach. W każdej scenie, w której Kirke spotyka jakiegoś przedstawiciela czy przedstawicielkę znanych nam z mitologii greckiej,  dostajemy streszczenie, w dodatku kiepskie, mitów greckich. I tak, gdy Kirke spotyka Odyseusza z jego ust dowiemy się w wielkim skrócie „o co cho” w Iliadzie, a także w Odysei, gdy Kirke wyrusza pomóc siostrze w urodzeniu Minotaura, dostaniemy krótki opis kim był potwór, gdzie został umieszczony, kto zbudował labirynt i kim był Dedal itd. itp. Plus tych streszczeń może być taki, że młode osoby, które do tej pory nie znały greckiej mitologii lub się przed nią wzdrygały, czegoś się z powieści dowiedzą, choć ja osobiście polecam oryginał.

 

Marii Turtschaninoff  „Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru”, tłumaczenie: Patrycja Włóczyk, Wydawnictwo Młody Book

Miller – autorka „Kirke” –  jest niemal rówieśniczką Marii Turtschaninoff, fińskiej pisarki, autorki „Kronik Czerwonego Klasztoru”. Ukazał się właśnie „Naondel” – drugi z trzech zapowiadanych tomów i jestem go bardzo ciekawa, ponieważ pierwszą część „Maresi” czytało mi się świetnie.

Czerwony Klasztor to miejsce na wyspie rządzone i prowadzone przez kobiety i gdzie mogą trafić jedynie dziewczyny i tu zdobywać wiedzę i niezależność, odkrywać swoje talenty i płynącą z nich siłę. Na wyspę przypływają dziewczynki i dziewczyny wykluczone, z biednych rodzin, doświadczające przemocy. Na wyspie Meos mogą się spełnić ich marzenia o prawie do edukacji, samodecydowania, niezależności, bo na wyspie żyją, uczą i pracują wyznawczynie Wielkiej Boginii i młode adeptki od nich pobierają nauki z szacunkiem dla innych i natury. To powieść, w której pobrzmiewają echa pisarstwa Ursuli Le Guin, czy Margaret Atwood. Jest w powieści i kobieca przyjaźń i solidarność, niełatwa czy wręcz tragiczna przeszłość wielu z nich, i wspólna walka przeciwko męskiej brutalności i niesprawiedliwości.

Autentyczna, poruszająca i nie tylko dla młodych, do których jest kierowana. Mnie wciągnęła i już ostrzę sobie zęby na drugi tom. I Was zachęcam. A jak przeczytacie, podsuńcie swoim młodszym Siostrom, bo warto.

 

A ja bym jej powiedziała: Kaśka, dlaczego to napisałaś?

Wszystko niby jest w porządku, krótko, dowcipnie, z dystansem. Garść bon motów czasem śmiesznych, czasem banalnych, ale generalnie zabawnych, przy niektórych naprawdę parskałam ze śmiechu. Podoba mi się, jak żartuje ze swojej tuszy, prób schudnięcia, rzucenia palenia i innych ludzkich niedoskonałości, jak pisze o portalach społecznościowych, reklamach i jeszcze kilku innych problemach. Podobało mi się także, że audiobooka, na który się zdecydowałam, czyta sama autorka, bo lubię jej głos i do niej samej mam ciepłe bardzo uczucia, bo lubię jej twórczość muzyczną.

Książka Katarzyny Nosowskiej „A ja żem jej powiedziała” można przyrównać do zbioru felietonów do jakiegoś kobiecego periodyku. Dobre na wolną chwilę w pogodny dzień lub na jedno nudne deszczowe popołudnie. I nie ma w tym nic złego, bo felietony te są naprawdę fajne.

Oprócz jednego.

Zaczyna się od zdania: „A ja żem jej powiedziała, Kaśka, jeśli twoja najlepsza przyjaciółka mówi do twojego chłopaka, masz przerąbane, ona jest taka trudna, to możesz mieć pewność, że w pojedynczym namiocie, z braku miejsca spaliby na jeźdźca.” I dalej jest o relacjach damsko-męskich, kobietach podrywających żonatych facetów i o zdradzie ze strony przyjaciół. Fragment kończy pointa „Moi koledzy z zespołu mówią, że jak suka nie da, to pies nie weźmie. Nie wolno przyjaźnić się z suką”. To jedno zdanie zmroziło mnie i odebrało przyjemność z lektury.

Bo to powiedzenie stare jak świat i jak patriarchat, ponieważ służy przerzuceniu całej winy i odpowiedzialności na kobietę, tak jakby mężczyzny przy tym nie było, nie miał z tym nic wspólnego, stał z boku i w ogóle nic. Wszystko to na.. Użycie tego wyświechtanego frazesu służy jedynie usprawiedliwieniu mężczyzn i ich zachowań – w sytuacji zdrady czy przemocy seksualnej. Wtedy słyszałam to zdanie najczęściej i zawsze mnie zatykało. Bo jest tak niesprawiedliwe wobec kobiet, że aż boli.

Rozumiem, że zdrada, zwłaszcza ze strony przyjaciółki, może boleć piekielnie, ale po Nosowskiej, którą cenię za znakomite teksty piosenek, wrażliwe i niebanalne, nie spodziewałam się, że da się złapać na lep taniego, patriarchalnego wytrycha. Wielka szkoda. Gdybym była z artystką na ty, to bym jej powiedziała „Kaśka, dlaczego to napisałaś?”.

Tekst: Joanna Piotrowska

Katarzyna Nosowska

„A ja żem jej powiedziała…”

Wydawnictwo Wielka Litera

LESBIJSKA INSPIRA I Niepytana nie mówiłam, że jestem lesbijką. Rozmowa ocenzurowana

Jeszcze wczoraj na stronie Feminoteki można było przeczytać dwunasty wywiad z cyklu „Rozmowy wokół manifestu” Lesbijskiej Inspiry.

Wywiad pt. „Niepytana nie mówiłam, że jestem lesbijką” opublikowałyśmy w poniedziałek 21.04.2018 za zgodą i po autoryzacji Rozmówczyni, która podała swoje imię i nazwisko.

Po dwóch dniach (23.05.2018) wywiad usunęłyśmy na prośbę Rozmówczyni, która zdecydowała się na ten krok, po reakcji bliskiego członka rodziny na publikację. Pogodna i pozytywna opowieść Bohaterki rozmowy skończyła się ponuro i homofobicznie.

Wspomniany członek rodziny napisał do przeprowadzającej wywiad Moniki Rak mejla, wzywając ją do usunięcia tekstu pod groźbą procesu sądowego, w kolejnej wiadomości, strasząc policją.

W mejlu czytamy: „Wszelkie dewiacje opisane w w/w artykule są stekiem bzdór i szkalują dobre imię naszej rodziny” [pisownia oryginalna].

Podczas wnikliwej lektury wywiadu starałyśmy odnaleźć, na czym polega szkalowanie. Niestety, jedynym powodem może być tylko fakt, że Rozmówczyni mówi, że jest lesbijką.

Ze smutkiem usunęłyśmy wywiad. Nie chcemy bowiem wymuszać na Rozmówczyniach postawy heroicznej, szanujemy też Jej decyzję. Nie możemy jednak tego przemilczeć. Musimy zostawić ślad po tym zdarzeniu!

To pierwszy taki przypadek i bardzo znamienny. Przykład tego, co się może zdarzyć, gdy lesbijka, w każdym wieku, zdecyduje się na jawne i publiczne opowiedzenie swojej historii. Tak to bywa z lesbijskim autowaniem w Polsce.

Zespół LESBIJSKIEJ INSPIRY
Maja Korzeniewska
Agnieszka Małgowska
Monika Rak
Magdalena Wielgołaska

                                                                                                                            ————————————-————

LESBIJSKA INSPIRA
To niezależna inicjatywa, której e-przestrzeni udziela siostrzana Feminoteka.
,
I.   Manifest
1.   Manifest. Instant
2.   Rozmowa IOd lesbijskiej konspiry do lesbijskiej inspiry
3.   Rozmowa II. Minął rok. To, o czym mówiłyśmy w prywatnych rozmowach, stało się częścią debaty publicznej
.
II. Rozmowy wokół manifestu
1.    Mamy wewnętrzną potrzebę wolności. Rozmowa z Małgorzatą Myślak i Magdaleną Sota
2.    Coming out – nie chcę i nie muszę. Rozmowa z Anonimową Lesbijką
3.    Z miłości i gniewu rodzi się odwaga. Rozmowa z Angeliną Caligo
4.    Moja droga do siebie samej. Rozmowa z Marią Kowalską
5.    Potrzebne są niehetero bohaterki. Rozmowa z Anną Bartosiewicz
6.    Chcemy więcej! Rozmowa z Anną i Zandrą Ra Ninus
7.    Lesbijki, pora na prokreację! Rozmowa z Anną Adamczyk
8.    Kto ma prawo do słowa “lesbijka”? Rozmowa z Magdą Próchniak
9.    Czasem miałam wrażenie, że jestem jedyną lesbijką w Lublinie. Rozmowa z Małgorzatą Szatkowską
10.  Trzeba stawiać opór. Rozmowa z Magdaleną Tchórz
11.  Dziewczyna i dziewczyna – normalna rodzina. Rozmowa z Zuch Dziewuchami
12.  Niepytana nie mówiłam, że jestem lesbijką. Rozmowa ocenzurowana
13. Co ty tutaj robisz? O poczuciu wyobcowania i przynależenia. Rozmowa z Nicole G.
14.  Mam na imię Kasia i to jest moja tożsamość. Rozmowa z Katarzyną Gauzą
15.  Tęczowe aktywistki na Ukrainie są wyłącznie feministkami. Rozmowa z Katją Semchuk
16. Oryginalnie nieheteroseksualna. Rozmowa z Agnieszką Marcinkiewicz
17.  Sama zrobię dla siebie miejsce. Rozmawa z Klaudią Lewandowską
18.  Dziś określam siebie jako osobę panseksualną. Rozmowa z Alex Knapik
19.  Perspektywa lesbian studies. Rozmowa z dr Martą Olasik
20. Mogę tylko powiedzieć: przykro mi bardzo, jestem wyjątkowa. Rozmowa z Voyk
21.  Tożsamość jest zawsze polityczna. Rozmowa z Elżbietą Korolczuk
22. Jesteśmy nie do ruszenia. Rozmowa z matką i córką. MB & Shailla
23. Wchodzę w krótkie erotyczne relacje poliamoryczne. Rozmowa z Retni
24. Aktywizm jest moim uzależnieniem. O niepełnosprawnościach, nieheteronormatywności i feminizmie. Rozmowa z Anetą Bilnicką
25. Wolę nie zostawiać niedomówień. Rozmowa z Adą Smętek
26. Do tej pory myślałam, że LGBTQ to nie ja. Rozmowa z Anonimową Lesbijką
27. Ciągle zajmujemy się sobą i żądamy od innych akceptacji. Rozmowa z Anną Marią Szymkowiak

III. Głos z zagranicy
1Węgry. Brakowało nam środowiska kobiet niehetero – stworzyłyśmy je. Rozmowa z Anną Szlávi
2. Czechy. Lesba* na wychodźstwie. Rozmowa z Frídką Belinfantová

IV. Męskoosobowo
1. To co polityczne jest wspólne. Rozmowa z Tomaszem Gromadką
2. Przyszło nowe pokolenie kobiet nieheteronormatywnych. Rozmowa z Marcinem Szczepkowskim

V.  EL*C. Wieden 2017 

1. Magdalena Wielgołaska. Odzyskiwanie lesbijskiej tożsamości – wreszcie pomyślmy o sobie, Siostry.
2. Monika Rak. Siła filmu dokumentalnego, czyli lesbijki do kamer!
3. Magdalena Świder. Wokół tożsamości.
4. Agnieszka Małgowska. Peformansy, czyli witamy w Lesbolandii.
5.  Joanna Semeniuk. Jeśli nie zrozumiemy naszej przeszłości, nie zrozumiemy siebie.
6.  Agnieszka Frankowska. PL, czyli Polskie Lesbijki w Wiedniu.
.
IV. EL*C. Kijów 2019
1.  Monika Rak. L*Geniusza na Ukrainie.
2. Magdalena Wielgołaska. Lesbianizacja przestrzeni. 
.
BONUS
 .
   .                                                                                                       ————————————-————
 .
 
Aktualne wiadomości na temat projektu Lesbijska Inspira znajdziesz na:
Feminoteka
Kobiety kobietom
Strefa Les*
Kobieta Nieheteronormatywna
A kultura LGBTQ+ nie poczeka!

Rebecca Solnit „Mężczyźni objaśniają mi świat” | recenzja

Mężczyźni objaśniają mi świat
Autorka: Rebecca Solnit
Tłumaczenie: Anna Dzierzgowska
Karakter, 2017

Recenzuje: Ewelina Kwiatkowska

„Mężczyźni objaśniają mi świat” to zbiór pisanych na przestrzeni lat esejów Rebeki Solnit, amerykańskiej działaczki feministycznej i pisarki, autorki wielu książek z dziedziny humanistyki.

Książkę poświęconą kwestii równouprawnienia otwiera historia pewnej sytuacji towarzyskiej, która przytrafiła się autorce na jednym z przyjęć. Negatywnym bohaterem tej historii jest jego gospodarz – dobrze zarabiający, pewny siebie mężczyzna, który w trakcie rozmowy z autorką przejawia wszystkie cechy podpadające pod opisywaną w książce kategorię panjaśnienia. Przerywanie, protekcjonalny ton, pouczanie, pobłażliwość, narzucanie rozmówczyni roli osoby mniej kompetentnej, bez względu na temat rozmowy, to typowe przejawy panjaśnienia.

Opisane tu zachowania, dobrze znane kobietom, doprowadziły Rebekę Solnit i jej rozmówcę do kuriozalnej sytuacji. Gospodarz przyjęcia opowiadał o książce z taką pewnością, że nie mógł uwierzyć, iż to Solnit jest jej autorką. Pan Bardzo Ważny, jak nazywa go autorka, który objaśnia rzeczy tego świata kobiecie, to postać mająca swoje liczne odwzorowania.

Przywołanie tej historii na początku książki ma w obrazowy sposób pokazać czytelnikom, że podobne zachowania to nic innego jak jedna z form wykluczania, sygnalizująca kobietom, że ich głos, nawet jeśli zostanie wypowiedziany, wciąż cieszy się mniejszym uznaniem niż głos mężczyzn. Arogancja polegająca na odbieraniu kobietom wiarygodności i pomniejszaniu znaczenia ich słów to przejaw przemocy – pisze Solnit.

Czyż nie jest tak, że w codziennych sytuacjach, w których ścierają się ze sobą dwie przeciwstawne wersje zdarzeń – kobiety i mężczyzny – to słowa kobiet częściej zostają poddane w wątpliwość? Dla każdej osoby, która przez całe życie była utrzymywana w przekonaniu, że jej słowa są mniej ważne, jasne wyrażenie sprzeciwu i podjęcie próby obrony będzie dużym wyzwaniem. To dlatego wydarzenia takie jak akcja #metoo mają nieoceniony wkład w historię walki o prawa kobiet – dają kobietom możliwość opowiedzenia o sprawach spychanych dotychczas na margines debaty publicznej i sprawiają, że zaczynają być one traktowane z należytą powagą. Dzięki feminizmowi zyskujemy nowy słownik, który pozwala nam opisać nienazwane wcześniej problemy.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że od protekcjonalnego tonu do przemocy fizycznej droga jest długa. Nic bardziej mylnego – pisze Solnit. Społeczne przyzwolenie dla złego traktowania kobiet to pierwszy krok do innych form przemocy, w tym także fizycznej. Przypomnijmy, że rozpoznawanie tego rodzaju aktów jako przestępstw jest stosunkowo nową zdobyczą, którą zawdzięczamy właśnie feminizmowi. Nikt nie sądzi już dziś, że przemoc w domu jest sprawą prywatną. Hasło wyniesione na sztandary przez drugą falę feminizmu – „Prywatne jest polityczne” – zagościło na dobre w słownikach kobiet na świecie. O ile jednak przemoc fizyczna jest już jednoznacznie oceniana jako moralnie zła, o tyle inne rodzaje przemocy stosowanej wobec kobiet są zauważane i nazywane dopiero od niedawna. Coraz częściej diagnozowanym rodzajem nadużycia wobec kobiet jest przemoc ekonomiczna, która wcześniej nie była rozpoznawana jako problem. Solnit pisze także o tym, że próby podporządkowania kobiet przybierają często subtelniejsze formy – np. artykułów, które mówią nam, do czego powinnyśmy aspirować, a do czego nie, i nieustająco wytykają kobietom wady. Jak czytamy w książce – kobieta jest wiecznym przedmiotem rozważań: „Zdecydowanie rzadziej natomiast pisze się o tym, czy mężczyźni są szczęśliwi albo czy ich małżeństwa się nie rozpadają, albo czy ich ciała są lub też nie są wystarczająco ładne”. Na polskim gruncie skalę tego samego problemu w fenomenalny sposób pokazały redaktorki Krytyki Politycznej w swoim nowym projekcie „Przy kawie o sprawie”, wzorowanym na popularnym programie publicystycznym będącym sztandarowym przykładem męskiej arogancji.

Feminizm pozwala nam zatem na zmianę języka. Dlaczego to tak ważne? Ponieważ umiejętność rozpoznania sytuacji nadużycia jest kluczowym momentem na drodze do przeciwstawienia się opresji, a jest to umiejętność, która pojawia się wraz z wiedzą i świadomością własnych praw – praw, których kobiety wciąż próbuje się pozbawiać. Prace takich feministycznych autorek jak Rebeka Solnit nazywają więc problemy zamiatane pod dywan przez wcześniejsze pokolenia, otwierają nam oczy na nowe sposoby widzenia świata i dają tym samym wiedzę i siłę do walki o podmiotowe traktowanie kobiet.

Zdaniem Solnit różne rodzaje przemocy to różne aspekty jednego problemu – zakorzenionego w naszej kulturze złego wzorca postrzegania tego co kobiece. Warto zatem  spojrzeć krytycznym okiem na wszystkie zachowania, które przyjmowaliśmy dotychczas za oczywiste. Nie jest przecież tak, że mężczyźni są naturalnie predysponowani do aroganckiego objaśniania świata kobietom, to jedynie przypadłość, która pojawiła się w wyniku przyswajania złych wzorców. Wypracowanie lepszego modelu komunikacji między płciami jest zatem możliwe, ale wymaga olbrzymiego wysiłku, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, którzy wspólnie będą walczyć o lepszy, równy świat. Jeśli ktoś jeszcze zastanawia się nad pytaniem, dlaczego potrzebujemy feminizmu, odpowiedź znajdzie w książce Rebeki Solnit: „Być może uda się wam pozbawić kobiety praw reprodukcyjnych, nie uda wam się jednak tak łatwo pozbawić nas przekonania, że kobiety mają pewne niezbywalne prawa”.

 

Nie mówicie dziewczynkom, że są śliczne. Czytajcie im „Milenkę”

Agnieszka Suchowierska, autorka książek dla dzieci (m.in. spod jej pióra wyszły przygody misia „Mat i świat”, poruszające problem nierówności ekonomicznych na świecie; książka otrzymała nagrodę polskiej sekcji IBBY Książka Roku 2015)  tym razem mierzy się z problemem wzorców urody, na które mają wpływ zabawki i lektury, czytane przez dziewczynki.

Milenka – bohaterka najnowszej książki Suchowierskiej pod takim właśnie tytułem, chciałaby być inna, jej niedoścignionym wzorem jest ukochana zabawka –  lalka Rita do złudzenia przypominająca znakomicie znaną dzieciom na całym świecie lalkę o bardzo długich nogach, szczupłej talii i prześlicznej twarzy, która w niczym nie przypomina wyglądu dziewczynek, które się nią zachwycają i bawią na co dzień.

W ubiegłym roku w The Guardian ukazał się artykuł pod tytułem „Cztery powody, dla których nie powinniśmy mówić do swoich córek, że są śliczne”. Autorka – Sarah Newton – podkreśla w nim, że takie, wydawałoby się niewinne, komplementy mogą mieć na dłuższą metę druzgocący wpływ na dziewczynkę. W ten sposób przekazujemy dziewczynkom komunikat, że to ich wygląd jest pierwszą i najważniejszą rzeczą, na którą zwracamy uwagę. Konsekwencją tego jest m.in. fakt, że dziewczyny w coraz młodszym wieku stosują jakieś diety odchudzające, marzą o tym, by w dorosłym wieku zrobić sobie operację plastyczną, są niezadowolone ze swojego wyglądu. „W świecie, mającym obsesję na temat wyglądu, komentując urodę dziewczynki czy ubiór, możemy tylko pogłębić i tak już rosnące przekonanie, że to, jak wyglądasz, a nie kim jesteś lub co mówisz – jest najważniejsze” – pisze Sarah Newton.

Milenka jest własnie ofiarą takich przekazów – choć ma zaledwie kilka lat, jest przekonana, że wygląda okropnie, że jest za gruba, włosy ma za cienkie, a nogi za krótkie. I bardzo pragnie to zmienić. Pewnym tajemniczym zbiegiem okoliczności jej marzenie o byciu jak Rita – spełnia się, ale okazuje się, że zmiana ta nie przynosi Milence oczekiwanych profitów.

„Milenka” to książka nie tylko o konsekwencjach skupiania się jedynie na wyglądzie zewnętrznym i urodzie dziewcząt.  Książeczka wpisuje w coraz popularniejszą tendencję upowszechniania innych wzorców dla dziewczynek – pokazujące kobiety, które coś osiągnęły nie dzięki urodzie, lecz talentowi, uporowi, zainteresowaniom i wiedzy.

Ta tendencja cieszy, zwłaszcza przy zalewie książeczek (w tym książeczek-koszmarów) o księżniczkach, które swój sukces zawdzięczają jedynie urodzie i/lub księciu. Czytajmy zatem dziewczynkom „Milenkę”, stawiajmy na mądrość i rozbudzajmy zainteresowania naszych dzieci.  Pokazujmy superbohaterki, które będą inspiracją dla dziewczynek, a potem dziewczyn i kobiet ciekawych świata i innych ludzi i w dodatku zadowolonych ze swojego wyglądu i szczęśliwych.

I jeszcze P.S.

Nie znam się na ilustracji, ale te z „Milenki” bardzo mi się podobają 🙂

Tekst: Joanna Piotrowska

Agnieszka Suchowierska „Milenka”

Ilustracje: Anita Głowińska

Wydawnictwo Media Rodzina, 2018

Feminoteka objęła książkę matronatem.

Głównodowodząca armią feministek polskich – Paulina Kuczalska-Reinschmit

Lepszego prezentu z okazji 100-lecia praw wyborczych kobiet w Polsce nie mogłam sobie wymarzyć. Właśnie dotarła do mnie obszerna – ponad 750 stronicowa – publikacja „Ster pod redakcją Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit Lwów 1895-1897 (z antologią i bibliografią zawartości)” Agaty Zawiszewskiej –  szczecińskiej naukowczyni, historyczki literatury i … niezmordowanej tropicielki.

Dzięki uporowi Zawiszewwskiej i jej tytanicznej pracy nareszcie możemy poznać, czy też raczej odzyskać dla historii kobiet, postać Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit w sposób, na jaki sobie w pełni zasłużyła ta wybitna działaczka „na rzecz równych praw bez różnicy płci”, nazywana przez ówczesne środowisko ruchu kobiecego „hetmanką” czy „głównodowodzącą armią feministek polskich”. W swoich czasach podziwiana za wkład w zdobycie m.in. praw wyborczych kobiet w Polsce, dziś niemal całkowicie zapomniana Kuczalska nareszcie zostaje nam przywrócona w sposób dokładny i metodyczny, i klarowny.

Oprócz opisu dzieciństwa i młodości Kuczalskiej-Reinschit – najpełniejszego, z jakim do tej pory się spotkałam, a jednocześnie obalającego wiele narosłych wokół słynnej feministki mitów, związanych z jej małżeństwem i macierzyństwem, znajdziemy tu pierwsze teksty pisane przez  nią na łamach takich pism jak „Echo”, „Świt” prowadzony przez Marię Konopnicką czy „Przegląd Tygodniowy”, by w końcu zaprowadzić nas do lwowskiego „Steru” już samodzielnie przez Kuczalską redagowanego. Jest to jednocześnie obraz rozwoju myśli emancypacyjnej i feministycznej hetmanki ruchu kobiecego, obraz kobiety, która podjęła świadomą decyzję, by żyć na rzecz innych kobiet.

Niezwykle cenne w publikacji Zawiszewskiej jest zebranie w niej wszystkich tekstów zamieszczonych w lwowskim „Sterze”, który Kuczalska wydawała od 1895 do 1897 roku zanim przeprowadziła się do Warszawy. Nareszcie mamy okazję poznać jak różnorodną tematykę Kuczalska poruszała w swoim periodyku, jak wiele spraw – od szkolnictwa i edukacji przez gospodarstwo kobiece po literaturę – było dla niej istotnych z punktu widzenia równouprawnienia kobiet.

To także ważny głos dzisiaj – 100 lat później – gdy znów kobiety w Polsce muszą bronić swoich już zdobytych praw i walczyć zaciekle o nowe. Jestem przekonana, że ta książka będzie wielką inspiracją i doda nam sił w tej, wciąż, niełatwej walce.

Za nieoceniony wkład w odzyskanie tej historii bardzo dziękuję autorce, a ponieważ publikacja dotyczy tylko „Steru” wydawanego we Lwowie, z utęsknieniem czekam na konieczny ciąg dalszy tej pasjonującej lektury od momentu, gdy „hetmanka” przeniosła się do Warszawy, gdzie jej działalność została uwieńczona między innymi  uzyskaniem przez kobiet praw wyborczych, nad którym, jestem pewna, Agata Zawiszewska już pracuje.

Tekst: Joanna Piotrowska

Książka do kupienia w księgarni Uniwersytetu Szczecińskiego