TELEFON DLA KOBIET DOŚWIADCZAJĄCYCH PRZEMOCY

Телефон для жінок, які зазнають насильства

CZYNNY PONIEDZIAŁEK-PIĄTEK
OD 11.00 DO 19.00

Активний з понеділка по п’ятницю з 14:00 до 17:00

Estera Prugar | Feminizm ułatwia szczęście

żródło http://andyouhavetogivethemhope.tumblr.com

„Z czego się cieszysz?”, „Co się uśmiechasz?”, „Co Ty taka szczęśliwa?” – nigdy jakoś wyjątkowo często nie słyszałam tych pytań, ale ostatnio są jednymi z najczęściej mi zadawanych. Kiedy już to zauważyłam, zaczęłam szukać na nie odpowiedzi. Cieszę się i uśmiecham, bo faktycznie jestem szczęśliwa. Dlaczego? W pierwszym momencie stwierdziłam, że nie mam pojęcia. Nic szczególnego się w ostatnim czasie nie zmieniło – praca ta sama, studia te same, a właściwie przybyło mi i pracy, i zaległości na uczelni. Towarzysko może bardziej intensywnie, ale podobnie.

W drugim odruchu pojawiło się jeszcze inne pytanie: „Dlaczego właściwie ktoś o to pyta?” i to w ten niezwykły sposób, który ewidentnie świadczy o podejrzliwości, bo przecież w tym kraju nie można być szczęśliwym bez podtekstów. Ktoś zawsze jest z jakiegoś powodu smutny czy rozgoryczony, komuś zawsze dzieje się krzywda, jesteśmy My i Oni – My z pogardą patrzący na Nich, kiedy komentujemy ich wygląd, rozmowy i zachowanie. Oni oczywiście robią dokładnie to samo, tworząc własne „My”, dla którego jesteśmy „Nimi”. Praca jest męcząca i praktycznie zawsze mogłaby być fajniejsza, a na pewno lepiej płatna. Faceci (kobiety) są idiotami i szkoda się nimi w ogóle zajmować, ale tylko dopóki nie odezwie się nasz Tinder (Messenger czy jeszcze bardziej klasycznie, telefon). Chciałoby się mieć czas, żeby więcej czytać, ale przecież nawet, gdy go mamy, to jesteśmy tak zmęczeni tą pracą, która mogłaby być fajniejsza, że sił starcza co najwyżej na włączenie kolejnego durnego programu telewizyjnego, który później obsmarujemy w facebookowym statusie, a pojawiające się pod nim „lajki” podbudują nasze mocno nadwyrężone ego, które zawdzięczamy słabej silnej woli, za sprawą której dziś znowu nici z diety, nie mówiąc o ćwiczeniach – po takim obiedzie biegać się nie da, a na siłownie nie starcza z tej pensji, która powinna być wyższa. Kładziemy się spać po kolejnym nijakim dniu, z którego jesteśmy niezadowoleni i myślimy o następnym, który daj Boże (w którego właściwie nie wierzymy, ale przecież jesteśmy „wierzący z domu”), nie będzie jeszcze gorszy.

Sama nie tak dawno temu zachowywałam się dokładnie w ten sposób. Podejrzewam, że nawet gorzej – złość, frustracja i nienawiść mają to do siebie, że można się nimi zarazić jak grypą – przebywając w tym samym pokoju, co chory. Do tego nie mija na podobieństwo kataru, ale nieleczone stają się samonakręcającą maszyną – nienawiść rodzi nienawiść. Ludzie niepewni siebie, swojego miejsca czy poglądów w ten sposób się bronią. Ludzie, którzy nie mają odwagi, żeby mieć marzenia, a co dopiero je realizować. Ludzie, którzy własne kompleksy mogą zamaskować jedynie poprzez wyśmianie czy obrażanie innych. Ludzie nieszczęśliwi, którzy zaniechali dążenia do zmiany tego stanu, bo to trudne lub zbyt męczące – zauważyli, że zdecydowanie łatwiej jest ściągnąć do swojego poziomu innych. Na całym świecie jest tego pełno, w Polsce też. Zamiast zmieniać siebie i swoją rzeczywistość wolimy narzekać, krytykować, wyśmiewać, obrażać, atakować i obwiniać. Niezmiennie interesują nas wydarzenia cudzego życia, ale tylko dlatego, żebyśmy mogli poczuć się lepiej z własnym. Przeważnie nie ma w tym empatii czy choćby próby zrozumienia. Oceniamy w większości przypadków nie mając do tego żadnych kwalifikacji i nie znając nawet połowy historii.

Dlatego, kiedy tak zastanawiałam się, co sprawiło, że przynajmniej częściowo wydostałam się z tego zaklętego kręgu (i walczę dalej), uświadomiłam sobie, że nie udałoby mi się to bez wartości, które wyniosłam domu. Chociaż trochę to zajęło, zostałam nauczona wiary w siebie, w marzenia i własne możliwości. Tego, aby się nie poddawać, walczyć w to, w co wierzę i uważam za słuszne, nie wstydzić się tego, ale nie krzywdzić innych. Wpojono mi, żeby swoją wartość budować na podstawie osiągnieć, wiedzy i doświadczenia, ale nie oceniać przez własny pryzmat. Pamiętać o tych, którzy mnie otaczają i szacunku dla każdej formy życia. Żeby być kobietą niezależną, ale to nie znaczy odrzucającą pomoc, wsparcie czy krytykę. Koniec końców, żeby być kobietą i umieć się tym cieszyć. Krótko mówiąc: w domu nauczono mnie bycia feministką. Nie powiem, że jest to gwarantem szczęścia lub, że w inny sposób nie da się go osiągnąć, ale na pewno ułatwia i pomaga właśnie poprzez otwarcie oczu na siebie, innych i świat. Bo walka o równość, tolerancje i godność nie ogranicza się do jednostek i wyzwala te cechy, które są w ludziach najlepsze – odwagę, empatię, daje siłę, pozwala na szczerość i otwartość, które na szczęście również są zaraźliwe. 

***

Estera Prugar

Studentka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych, autorka bloga muzycznego Elvis Got Me Hooked; współpracuje z magazynem muzycznym „PRESTO. Prosto o muzyce klasycznej”. Feminizmu miała szczęście uczyć w domu od dziecka.

Udostępnij

Ostatnie wpisy