Gwałty na Kampusie w Montanie: Co przypadek małego miasta może powiedzieć nam o molestowaniu seksualnym, kulturze gwałtu i powszechności fałszywych oskarżeń?

Autorka tekstu: Amanda Marcotte (tekst oryginalny)

Tłumaczenie: Bibi Żbikowska

 

Gwałty na Kampusie w Montanie: Co przypadek małego miasta może powiedzieć nam o molestowaniu seksualnym, kulturze gwałtu i powszechności fałszywych oskarżeń?

John Krakauer wydał swoją ostatnią książkę, Missoula: Gwałt i Wymiar Sprawiedliwości w Miasteczku Akademickim w kwietniu 2015 roku, gdzieś w trakcie trwającego kilka lat odrodzenia zainteresowania tematem gwałtu dokonywanego przez osoby bliskie ofierze, i wysiłków, by zredukować tego typu incydenty, szczególnie na kampusach uniwersyteckich.

Książka bada ten problem na przykładzie jednego z miast w stanie Montana, typowego miasteczka uniwersyteckiego, które zmaga się z podobnym problemem.

Przeprowadziłem wywiad z Krakaurem niedługo przed tym, jak jego książka ukazała się w druku. Próbowałem znaleźć odpowiedź na pytania dotyczące powszechnego występowania gwałtu, debat, w których dochodzi do fałszywych oskarżeń i tego, jak można naprawić problem kultury gwałtu. Poniższy tekst jest zredagowaną wersją naszej rozmowy.

Molestowanie seksualne, szczególnie wśród nastolatków i dwudziestolatków jest, niestety, bardzo często popełnianą zbrodnią w tym kraju. Dlaczego więc do swoich badań wybrał pan akurat Missoulę? To przecież tylko małe miasteczko w Montanie.

To prawda. Mimo to, jest to jednocześnie drugie pod względem wielkości miasteczko w tym stanie. Napisałem właśnie o nim z kilku powodów. Po pierwsze, pewna młoda kobieta, która była mi bardzo bliska, została zgwałcona i przez wiele lat zmagała się z traumą, a jej życie wywróciło się do góry nogami.

Zacząłem badać ten temat i różne przypadki gwałtów. Konkretniej — było to około trzydziestu przypadków w całym kraju, a jeden z nich miał miejsce się właśnie w Missouli. To tylko zbieg okoliczności, że zainteresowałem się właśnie tą sprawą, czyli sprawą Allison Huguet, na tyle, by zbudować wokół niej całą książkę. A gdy już padło na Missoulę, pomyślałem, że to dobry pomysł, ponieważ jest ona miejscem reprezentatywnym. Nie wyróżnia się niczym; problemy tego miasta może są trochę mniejsze, niż w innych miastach w kraju. Może są szybciej i lepiej rozwiązywane, ale — moim zdaniem — wciąż pozostają bulwersujące. Missoula dość dokładnie pokazuje problemy dręczące nasz kraj.

Uniwersytet w Montanie mieści się w stanie Missoula, i to właśnie tam padły pierwsze oskarżenia, które zapoczątkowały krajową dyskusję na temat molestowania seksualnego. Czy czytałeś raport Departamentu Sprawiedliwości, dotyczący sytuacji tego uniwersytetu, i zawierający proponowane zmiany? Jeżeli tak, co o nim myślisz?

Wiele spraw gwałtów w Montanie potraktowano bardziej profesjonalnie, niż w innych szkołach. Ale to wciąż przerażające. A wskazówki odnośnie naprawy tej sytuacji… minęło sporo czasu od kiedy je czytałem, ale nie sądzę, aby miały one wiele zmienić.

Dużo lepszy jest projekt ustawy, który senator Kirsten Gillibrand próbuje przeforsować do senatu. Ma ona wprowadzić zarządzenie na poziomie ogólnokrajowym. Dopóki to się nie stanie, Uniwersytet w Montanie może dokonywać tylu korzystnych zmian, ile sobie tylko zażyczy, ale zmiany w jednej szkole nie zmienią sytuacji w całej kraju.

Jeżeli będziemy działać tylko w poszczególnych szkołach, w skali kraju nic się nie zmieni. Wiesz, wkurzają mnie argumenty typu: „To jest zbyt ciężka zbrodnia. Uniwersytety nie powinny zajmować się takimi sprawami, powinny przekazać je w ręce policji.” Bo organy wymierzania sprawiedliwości w dużej mierze opierają się na dowodach, więc często nie będą w stanie zająć się tym problemem w odpowiedni sposób. A same uniwersytety, zgodnie z dziewiątą poprawką ustawy o szkolnictwie wyższym z 1972 roku, są zobligowane, żeby zająć się sprawą.

To mi wygląda na pozorny wybór. Wiele spraw opisanych w twojej książce pokazuje, że ofiary często zwracały się zarówno do służb porządkowych, jak i do władz uniwersyteckich.

To prawda. Poza tym tylko niewielki procent spraw trafia ostatecznie do sądu, co dzieje się z powodów, o których pisałem w swojej książce. Te przypadki, o których mówię, może z wyjątkiem sprawy Jordan Johnson, były w większości rozpatrywane przez władze uniwersyteckie, ale nie dlatego, że uniwersytety dysponują doskonałymi narzędziami, które do tego służą, ale dlatego, że dziekan tej uczelni, Charles Couture, bardzo poświęcił się tej sprawie. Niestety dziekan ten przeszedł już na emeryturę. Jeżeli system polega na jednej tylko osobie, np. dobrym, lub złym dziekanie, to znaczy, że nie jest to dobry system. Dlatego uważam, że ustawa Gillibrand jest bardzo ważna.

Jak myślisz, dlaczego jest tak ciężko? Nawet w XXI wieku, kiedy staramy się traktować tego typu zbrodnię zupełnie poważnie, ofiarom przemocy seksualnej ciężko jest walczyć o sprawiedliwość, lub o to, by przynajmniej usunięto napastnika ze szkoły.

Istnieje bardzo głęboko zakorzenione przekonanie w świecie zdominowanym przez mężczyzn, że kobiety kłamią na temat gwałtów. Nie, że są kłamliwe z natury, ale że na temat gwałtów kłamią nagminnie.

Fałszywe oskarżenia o gwałt występują równie często, co fałszywe oskarżenia o jakąkolwiek inną zbrodnię. W przypadku gwałtów działamy jednak zupełnie inaczej. Wierzymy osobie, która mówi, że jej wieża została skradziona, ale osobie, która mówi, że została zgwałcona już nie.

Bardzo martwią mnie te fałszywe oskarżenia. To straszne, że zdarza się, że do więzień trafiają ludzie, którzy zostali fałszywie oskarżeni o gwałt i są w nich osoby, które nie powinny się tam znaleźć, ale liczba osób, które niesłusznie zamknięto za gwałt jest znikoma w porównaniu z liczbą kobiet, które doświadczyły gwałtu i których gwałcicieli nie zatrzymano. Problem mężczyzn niesłusznie oskarżonych o gwałt ma o wiele mniejszą skalę, niż problem pozostających na wolności gwałcicieli. Ta sytuacja nie ulega zmianie od bardzo dawna i ciągle od nowa spotykam się z fałszywymi oskarżeniami – ludzie zdają się tego w ogóle nie rozumieć.

W książce napisałeś, i wydało mi się to interesujące, że te dwa cele – zredukowanie liczby gwałtów i upewnienie się, aby nikt nie został osądzony niesłusznie – chociaż się różnią, wcale się nie wykluczają.

Zgadzam się. Jeżeli prowadzisz dokładne śledztwo, dowiesz się, co się stało. Cel jest więc w obu przypadkach taki sam, nie chodzi o to, żeby zrobić albo jedno, albo drugie. Próbujesz dojść do prawdy. A nie jest to łatwe, zarówno w przypadku gwałtów, jak i w przypadku jakiejkolwiek innej zbrodni.

Zaczynasz od wysłuchania ofiary. Nie zadajesz pytań typu „W co byłaś ubrana?”, ani „Czy masz chłopaka?”. Po prostu słuchasz uważnie wszystkiego, co ofiara sama ma do powiedzenia, ponieważ stopień traumy ma wpływ na pamięć.

Zostało naukowo dowiedzione, że trauma wpływa na to, jak ofiara opowie swoją historię, więc twoją pracą, jako obrońcy, dziennikarza, czy kogokolwiek innego jest po prostu pozwolić jej mówić i swobodnie przytaczać to, co zapamiętały i czuły. Dopiero, gdy się pozbiera te informacje, można próbować je potwierdzić. Z mojego doświadczenia wynika, że ten tryb pracy działa najlepiej. Policjanci i detektywi, z którymi rozmawiałem, gdy raz usłyszą o tej metodzie prowadzenia śledztwa, zawsze dostrzegają błędy w starej metodzie i są wdzięczni za zachęcanie ich do zmiany.

Twoja książka niewątpliwie do lekkich lektur nie należy, ale fragment, na którym budujesz całość – historia Allison Huguet, dał mi wiele nadziei. Wspominasz, że Allison od pierwszej sekundy nazywa gwałtem to, co jej się przydarzyło. Czy to dlatego, że kobiety są w tej kwestii po prostu bystrzejsze?

Myślę, że są coraz bystrzejsze. Gdy badasz stare sprawy gwałtów zauważasz, że kobiety nigdy nie mówią: „Zostałam zgwałcona”, jak Allison. Mówią: „O mój Boże, zostałam zgwałcona? Czy to naprawdę był gwałt?” Ich pierwszą reakcją jest zwątpienie, i nie wiem, jak możemy to zmienić. I to może wcale nie być reakcja kulturowa, tylko psychologiczna, opierająca się na chemii. Ciężko jest przyznać: „Właśnie zostałam zgwałcona!”. Więc poddajesz to w wątpliwość.

Oczywiście to działa na niekorzyść ofiary. Gdy tylko udaje się ona do wydziału sprawiedliwości, lub kogokolwiek, kto ją przesłuchuje, oni powiedzą, „Zaraz, zaraz, pani nawet nie wie, czy została pani zgwałcona? Jak w takim razie mamy wnieść oskarżenie?” Tymczasem dane psychologiczne pokazują, że kobiety reagują właśnie w ten sposób najczęściej.

Nie wiem kiedy to się zaczęło zmieniać. Być może, gdy byłem jeszcze w college’u, w latach 70., ale z pewnością wiele zmieniło się także w ciągu ostatnich pięciu, czy dziesięciu lat. Coraz więcej kobiet mówi: „Cholera, nie mam się czego wstydzić! To ten drań, który mnie zgwałcił powinien się wstydzić. Zrobię użytek ze swojego nazwiska i powiem o tym na głos.”

Gdy pisałem swoją książkę, na początku założyłem, że kobiety, które w niej wystąpią będą chciały używać pseudonimów. W każdym przypadku, łącznie z Allison próbowałem namówić je, by nie używały swoich własnych nazwisk, a one za każdym razem przychodziły do mnie i mówiły: „Nie, proszę użyć mojego prawdziwego nazwiska”. Jestem z nich teraz dumny, ale nie chciałem tej odpowiedzialności. Więc ja mówiłem „nie”, a one mówiły „tak”. I to jest dowód na to, że coś zaczęło się zmieniać, i że to jest potrzebne.

Milczenie i alkohol są główną bronią, którą sprawcy używają, by wymigać się od odpowiedzialności za gwałt. Żadne tam noże i żadna broń. Milczenie i alkohol. I to milczenie jest czymś, przeciwko czemu tylko kobiety mogą coś zrobić, oczywiście o ile są gotowe ponieść jego cenę.

Otrzymywałem wiadomości od kobiet, które mówiły: „Ty wiesz, że to, co one robią jest ważne i je podziwiasz, ale one wciąż będą musiały za to zapłacić, a i tak nikt im nie uwierzy, zostaną ofiarami ostracyzmu społecznego i slut-shamingu.” I to wszystko prawda. Trzeba ponieść tę cenę, ale właśnie to, że ją ponoszą, czyni je tak odważnymi.

korekta: Anna Hoss


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *