Kobiety jak motyle. Recenzja filmu “Dzień kobiet”

13. marca, w środku zimy, wszystkie stacje radiowe radośnie ogłaszają, że habemus papam, a reporterka wykrzykuje w uniesieniu, że nowy papież Franciszek kilkoma zdaniami wypowiedzianymi pięknie po włosku kupił sobie tysiące ludzi zebrane na Placu Św. Piotra w deszczowe popołudnie. Kilka słów zaledwie wystarczyło, aby zdziwione i zaskoczone tłumy, które jeszcze przed chwilą nie miały pojęcia, kto zacz Jorge Bergoglio od razu zapałały do niego szczerym uczuciem miłości. A reporterka zapewnia, że wie, co mówi, bo ona tę miłość wyczuwa w powietrzu. W obliczu radosnej wiadomości ogłaszanej przez stacje radiowe zastanawiam się, czy ja doniosłości tego wieczoru nie bojkotuję jakoś – choć przecież bojkot nie był moim zamiarem – jadąc do kina na film „Dzień kobiet”.

Debiut reżyserski Marii Sadowskiej opowiada historię kasjerki (granej przekonująco przez Katarzynę Kwiatkowską), która zostaje kierowniczką sklepu, a następnie wypowiada wojnę jednej z sieci handlowych, ukrytej tutaj pod wiele mówiącą nazwą „Motylek”, co nasuwa dość oczywiste skojarzenie z głośnym wydarzeniem sprzed kilku lat, czyli walką pracowniczki o odszkodowanie za łamanie praw pracowniczych oraz wypłacenie zaległych nadgodzin przez znaną sieć sklepów. Słyszałam i czytałam sporo opinii na temat „Dnia kobiet”, których autorzy i autorki doceniają film za zaangażowanie społeczne oraz nawet za rzadko spotykaną w polskim kinie lewicowość. Peanów na temat osiągnięć artystycznych tego filmu nie znalazłam, ale jakoś mi to specjalnie nie przeszkadza, bo moje wymagania od kina społecznie zaangażowanego sprowadzają się do tego, że film ma mnie poruszać albo wzruszać. „Dzień kobiet” mnie wzruszył, i ze wzruszenia zrodził się ten tekst, choć filmoznawczynią nie jestem, o czym świadczyć może mój zachwyt nad filmem „Jesteś Bogiem” wywołany głównie tym, że u aktorów widać było piegi i krosty na twarzach. Więc chyba szczęśliwie dla mnie się złożyło, że autorem zdjęć do „Dnia kobiet” jest Radosław Ładczuk właśnie.

Sama reżyser – jak konsekwentnie siebie nazywa Maria Sadowska – twierdzi w wywiadach, że stworzyła historię uniwersalną walki dobra ze złem i że nie jest to film tylko o kobietach, choć występują w nim głównie kobiety. I dodaje, że to walka Dawida z Goliatem. A na stronie radiowej Trójki czytam: „Halina to samotny wojownik, który gromadzi sojuszników po to, żeby zwyciężyć z kimś, kto wydaje się silniejszy i niepokonany – mówi Maria Sadowska, reżyser filmu „Dzień kobiet’”. Słucham, czytam i zastanawiam się, czy nie jest tak, że skoro bohaterką jest kobieta, to ta Halina jest raczej wojowniczką, albo chociaż kobietą-wojownikiem, jak w tytule słynnej powieści amerykańskiej pisarki chińskiego pochodzenia Maxine Hong-Kingston? Z drugiej strony, skoro reżyser tak mówi, to pewnie Halina jest jednak bohaterem, bo jest przecież bohaterem uniwersalnym. W tych wypowiedziach reżyserki (pace! Maria Sadowska) dostrzegam słuszne przekonanie o tym, że nakręciła film dla wszystkich, ale jednocześnie w ciągłym odwoływaniu się Sadowskiej do rodzaju męskiego wtedy, gdy mówi o kobietach – na przykład do przywołanych postaci Goliata i samotnego wojownika – przejawia się chyba jakaś obawa, że postać rodzaju żeńskiego nie może być jednak postacią uniwersalną.

A co uniwersalnego, albo zgoła wcale nie uniwersalnego, bo dotyczącego kobiet, dostrzegłam w „Dniu kobiet” ja, że ten film tak mnie wzruszył? Nie jestem pewna, czy dostrzegłam western, jak sama reżyserka film nazwała, bo z westernem kojarzy mi się zazwyczaj stary dobry Robert Coover i jego parodia „Miasto widmo”. I zaraz oczyma wyobraźni widzę majaczącą w oddali postać samotnego jeźdźca, podążającego na swoim koniu, nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd, rewolwerem wymierzającego sprawiedliwość – samotny, odważny, mający chyba jakąś misję.

Według mnie Halina nie jest raczej bohaterką w tym sensie, przede wszystkim dlatego, że nie pojawia się znikąd: znamy jej status społeczny i ekonomiczny, wiemy, że mieszka z nastoletnią córką, maniaczką gier komputerowych. Halina ma też matkę oraz, początkowo, spore grono koleżanek z pracy – takich jak ona kobiet, a każda z nich skrywa za wymuszonym uśmiechem swoje życie pełne problemów albo nadziei. Halina nie ma też misji, no chyba że zarabianie na życie pracą można nazwać misją. To, jak bardzo Halina misji nie ma, widać w scenach szkolenia dla kierowników sklepów, na które zostaje wysłana po swoim awansie. Nie ma kobieta zapału do produktywności, nie rajcuje jej także świadomość przynależności do świata menedżmentu najniższego szczebla. Ten karykaturalnie zarysowany korpo-świat jest jakoś nie jej i nigdy się w nim nie zadomowi, choć kreci ją przecież splendor niedostępnego dla szarych ludzi budynku, w którym ma swoje biura zarząd. Kręci ją też łódka szefa – symbol luksusu dla pnących się w wyścigu szczurów wyrobników tego świata.

W „Dniu kobiet” kapitalizm to korporacja, system elementów połączonych, z którego bardzo łatwo wylecieć na bruk, tak jak z mieszkania kupionego na kredyt spłacany dzięki lepiej płatnemu stanowisku. Kapitalizm nie służy kobietom, to one służą jemu swoją nieodpłatną pracą po godzinach, często na kolanach szorując podłogę po zamknięciu sklepu, a potem – wciąż klęcząc – świadcząc inne nieodpłatne usługi, takie jak na przykład obciąganie, bynajmniej nie guzików, szefowi w kantorku. To akurat przypadek nowej, która została zatrudniona przez szefa niejako z myślą o tych dodatkowych usługach właśnie. Także Halina nigdy tak naprawdę nie należy do świata korporacji. Namiastka tego świata tylko czasami bywa w niej: na paletach puszek z tanim czymś do picia, w momentach mało romantycznego seksu uprawianego z niezbyt atrakcyjnym reprezentantem swoim, ten system ją dyma. Dosłownie. W filmie zły korpo-kapitalistyczny system, w który na chwilę wikła się Halina, zmienia ją w ofiarę również dlatego, że Halina wbrew sobie i z obawy o utratę pracy, staje się narzędziem opresji innych pracowniczek, przez co boleśnie zrywa więzi z byłymi koleżankami. Bo jakoś tak jest w naszym hierarchicznie urządzonym świecie, że ofiara bywa jednocześnie oprawcą.

„Dzień kobiet” pokazuje również, na czym polega bohaterstwo, które nie jest jakimś wrodzonym lub ukształtowanym przymiotem charakteru; ono rodzi się z rozpaczy. Bohaterstwo to decyzja o stawieniu oporu wobec systemu. Halina nie zostałaby bohaterką, gdyby nie wsparcie, jakiego doznała ze strony otaczających ją ludzi: sąsiadów z bloku, z którego chcieli ją eksmitować oraz prawnika, który zgodził się zająć jej sprawą bo coś go w tej kobiecie zaintrygowało, a może miał tylko ochotę zjeść rybę, co to ją Halina sama złowiła. Największe wsparcie dostała Halina od bliskich sobie kobiet: od córki zagrzewającej ją do walki wspólnym szalonym tańcem i wyciem do muzyki, której sama słucha, od matki udzielającej jej swojego błogosławieństwa i wreszcie od koleżanek z pracy, wobec których mocno przecież zawiniła. Bez tych kobiet walka Haliny byłaby walką straceńczą, a raczej w ogóle by do tej walki nie doszło. 

„Dzień kobiet” to nie jest film o ofiarach, tylko o bohaterkach, chociaż przez cały film irytowało mnie to, że nie mogę się z żadną z nich jakoś emocjonalnie utożsamić, ani za żadną z nich trzymać kciuków i że nie potrafię jakoś żadnej z nich tak zwyczajnie kibicować. Jedna z ostatnich scen z filmu przypomniała mi moment z serialu „Dynastia”, w którym po wielu perypetiach Crystal zbliża się coraz szybszym krokiem w kierunku domu, a ten dom jakby się oddala, a ona biegnie, w zwolnionym tempie i wszyscy przed telewizorem czekamy aż ona do tego domu dobiegnie, a nasza niecierpliwość i emocje sięgają zenitu. I w sumie dalszy ciąg jest już niepotrzebny, bo wiemy, że ona do domu już wróciła. Tak właśnie kręcą sceny tryumfu Amerykanie, którzy są mistrzami w budowaniu scen wywołujących łzy wzruszenia – dają czas żeby emocje wezbrały (pamiętam, że Mama z Babcią płakały).

Dla mnie moment tryumfu w „Dniu kobiet” to scena konfrontacji, do której nie dochodzi. Na korytarz sądowy jednymi drzwiami wchodzą reprezentanci systemu – opalony playboy-obcokrajowiec, otoczony psami, a także sukami systemu, czyli jednakowo ubranymi modelkami o twarzach bez wyrazu, jak manekiny. Z drugiej strony, w zwolnionym tempie wchodzą one – kobiety z krwi i kości, każda inna, w butach na obcasach i bez, w spodniach i spódnicach różnej długości – każda z historią krzywdy już doznanej lub tej, której dopiero zazna. Wybaczyły Halinie, a może nie, ale przyszły solidarnie, bo bez nich ta walka nie ma sensu. Uśmiechają się, i ja się uśmiecham, bo już wiem, co nastąpi, chociaż w ogóle nie musi. Choć one jeszcze nie wiedzą, co stanie się na sali sadowej, ja wiem, że one już wygrały, bo są silne wspólnotą, którą stworzyły – na ten jeden moment i dla tego jednego celu. Tak je pamiętam – bohaterki.„Dzień kobiet” nie jest bowiem historią jednostki, tylko opowieścią o zbiorowości – rozbitej, która znowu na chwilę staje się wspólnotą.

Do każdej z nich z osobna i do nich wszystkich razem uśmiecham się wreszcie, gdy pojawiają się na zdjęciach w trakcie napisów końcowych; dopiero po tym, jak zobaczyłam, co mogą razem i że potrafią być razem. I jeśli mnie ktoś zapyta, co robiłam w ten ważny wieczór, kiedy wybrano papieża, to odpowiem, że ja 13. marca, w środku zimy, widziałam przez moment piękne motyle, i że ten widok mnie wzruszył do łez.

Marta Mazurek – z wykształcenia anglistka, z zawodu nauczycielka akademicka, z miłości feministka; wykłada na poznańskich genderach.

Maria Sadowska: DZIEŃ KOBIET (teledysk)


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *