TELEFON DLA KOBIET DOŚWIADCZAJĄCYCH PRZEMOCY

Телефон для жінок, які зазнають насильства

CZYNNY PONIEDZIAŁEK-PIĄTEK
OD 11.00 DO 19.00

Активний з понеділка по п’ятницю з 14:00 до 17:00

Gertruda Stein & Alicja B. Toklas & Wiele Wiele Kobiet | Rozmowa z reżyserką spektaklu Agnieszką Małgowską

Gertruda Stein & Alicja B. Toklas & Wiele Wiele Kobiet,
czyli jak popsuć pozowaną fotografię.
Z reżyserką spektaklu Agnieszką Małgowską rozmawia Magdalena Wielgołaska

STEIN & TOKLAS plakat

Wiem, że tworzysz spektakle najchętniej w kobiecej energii. Tak powstały w ramach duetu Damski Tandem Twórczy m.in. Orlando. Pułapka?, Sen i 33 sztuka. Teraz zbliża się premiera przedstawienia Gertruda Stein & Alicja B. Toklas & Wiele Wiele kobiet. I znowu same kobiety. Opowiedz, jak doszło do  spotkania twórczyń tego projektu.

Kobieca energia jest dla mnie bardzo ważna, czuję się w niej bezpiecznie. Może dlatego te spotkania z kobietami po prostu się zdarzają. Tak też było w przypadku najnowszego spektaklu. Wszystko zaczęło się na ławce na tyłach Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie. Byłyśmy z Moniką Rak  na koncercie dyplomowym młodej kompozytorki Magdaleny Białeckiej, którą już znałyśmy, słyszałyśmy jej operę Wianki, wykonaną w PSM II st. im. Józefa Elsnera w Warszawie. Ale tym razem zobaczyłyśmy ją jako performerkę. Niby koncert organowy a kompozytorka uczyniła z niego zdarzenie performatywne. To chyba była ta chwila, kiedy przyszła mi do głowy myśl, że ta muzyka nadaje się do teatru. To wydawało się szaleństwem. Ale tuż po koncercie zaprosiłyśmy ją na wspomnianą ławeczkę i Magdalena zgodziła się skomponować muzykę do spektaklu o Gertrudzie Stein i Alicji B. Toklas. A za chwilę dołączyła do projektu Agata Sasinowska, aktorka i śpiewaczka operowa, która siedziała z nami wtedy na tej samej ławce. I stało się.

Nazwałyście swój spektakl nanoopera. Od razu pokochałam to słowo. Sprawdziłam w internecie i nie znalazłam takiego określenia, rozumiem więc, że to Wasz oryginalny pomysł.

Nanoopera to rzeczywiście określenie stworzone na potrzeby tego spektaklu i dokładnie znaczy: mikroskopijna opera. Na taką formę operową mnie stać. Uwielbiam operę, bo jest cudownym skandalem artystycznym. Jest nadęta. Jest kampowa. Odrealniona. To wielka sceniczna fantazja. Ale bardzo kosztowna. Brak pieniędzy nie mógł mnie jednak ograniczyć, więc wymyśliłam nanooperę. Gdybyśmy miały przymierzać nasz pomysł do klasycznej, operowej definicji, to raczej się jej nie trzymamy. Ale po operowych inscenizacjach Krzysztofa Warlikowskiego, który potraktował operę jako nieograniczony współczesny teatr i pokazał, że śpiewak/czka swym głosem wyraża emocje i osobowość postaci, nabrałam odwagi i zdefiniowałam dzieło operowe na nowo. Zobaczyłam je jako hermetyczne skodyfikowane teatralnie zdarzenie oparte na muzyce, w którym emocje wyraża ludzki głos. To pozwoliło mi uwolnić się od myślenia o wielkich teatrach, orkiestrze i chórze. Mogłam zrobić operę.

W teatrze offowym profesjonalni muzycy/profesjonalne muzyczki to totalny luksus.

Jeśli mówimy o takim offie bez pieniędzy, to tak. Bardzo nad tym ubolewam, bo dla mnie muzyka w teatrze ma ogromne znaczenie. Na oczy nie widziałam wcześniej śpiewaczki, tym bardziej kompozytorki, która zgodziłaby się wziąć udział w przedsięwzięciu non-profit. A gdy do zespołu dołączyła pianistka Natalia Czekała, to naprawdę myślałam, że śnię. Dla Magdaleny Białeckiej i Agaty Sasinowskiej na szczęście nasza propozycja była wyzwaniem, dlatego zaangażowały się. A my wtedy postanowiliśmy, że muzyka nie będzie tłem, tylko za jej pomocą opowiemy o całym kobiecym świecie, w którym żyły Gertruda i Alicja. Gertruda Stein w swych tekstach oczywiście mówi o kobietach, ale głównymi bohaterami jej świata byli mężczyźni – Picasso, Matiss, Hemingway. Zdecydowaliśmy, że w tej opowieści zmienimy akcenty. Skupimy się na kobietach, które otaczały, znały, wspierały Alicję i Gertrudę, ale też na tych, które są imiennymi i bezimiennymi bohaterkami tekstów Stein. Te kobiety stanowią treść naszej Litanii na fortepian i głos kobiecy. My o nich nie mówimy, my je wyśpiewujemy.

Czy w takim razie można powiedzieć, że to jest spektakl feministyczny?

Bez wątpienia. Inaczej nie umiem opowiadać o kobiecej rzeczywistości. Feministycznie odczytujemy także historię tytułowych bohaterek. Być może trochę wbrew Gertrudzie Stein, która bywa nazywana feministką, ale tzw. kwestię kobiecą traktuje w sposób nieoczywisty. Bo z jednej strony w Autobiografii Alicji B. Toklas czytamy, że „Gertruda Stein nie ma nic przeciwko kwestii kobiecej ani przeciwko jakiejkolwiek innej, kwestii ale że się tym nie zajmuje”. Jednocześnie znajduję jedno małe zdanie o tym, że Gertruda lubiła czytać o sufrażystkach. Napisała nawet libretto opery Matka nas wszystkich, której bohaterkami były amerykańskie działaczki na rzecz praw kobiet: Susan B. Anthony oraz Elizabeth Cady Stanton. A jej wielką nieszczęśliwą miłością w czasach studenckich była feministka Mary A. Bookstaver. Gdyby jednak zapytać Stein, czy jest pisarką czy pisarzem, z pewnością byłaby pisarzem. Do tego geniuszem. Mogłabym mnożyć takie nieoczywistości. Dotyczące także lesbijskiej orientacji, czy żydowskiego pochodzenia. Ale zdaje się, że o takie niejednoznaczności Stein chodziło. To widać nawet w tak prostej sprawie jak strój, który nie mieścił się w schemacie binarnej płciowości.

REKWIZYTY. cytaty. RÓŻA (1)

Dlaczego zdecydowałaś się na przygotowanie spektaklu na podstawie tekstów Gertrudy Stein? Damski Tandem Twórczy raczej radykalizuje przekaz lesbijski niż go rozmywa.

Pomysł, żeby zrobić spektakl na motywach tekstów Gertrudy Stein, to konsekwencja postanowienia Damskiego Tandemu Twórczego, by teatralnie interpretować teksty światowej klasyki, tworzonej przez kobiety nieheteronormatywne. To jeden z wątków naszej teatralnej aktywności, który pozwala nam zmierzyć się z postaciami i tematami, z którymi nie zawsze nam po drodze, bo albo nas drażnią albo nudzą. Dzięki temu możemy zobaczyć nowe aspekty nieheteronormatywności. To nas ratuje przed przekonaniem, że istnieje tylko jedna perspektywa – nasza. Ponadto w polskim teatrze nieheteronormatywna klasyka to biała plama, mamy okazję choć trochę ją pokolorować. Dlatego w 2010 roku zrobiłyśmy przedstawienie na podstawie powieści Virginii Woolf, a teraz pracujemy nad tekstami Gertrudy Stein.

Zastanawia mnie, dlaczego tak ważne dzieła nie trafiają na sceny polskich teatrów?

Mogę się domyślać, że w przypadku powieści Orlando problemem jest tytułowa postać, czyli osoba nieidentyfikująca się z żadną płcią. W przypadku twórczości Gertrudy Stein mam podejrzenie, że to po prostu sprawa języka. Jej teksty są właściwie nieprzetłumaczalne na polski. Tak naprawdę powinnam zrobić spektakl z wykorzystaniem tekstów oryginalnych, a nie chce tego. Nie wyrażam sobie, że będę robić w Polsce przedstawienie po angielsku. Tłumaczenia klasyki światowej to interpretacja i rozwój języka polskiego. Po to wciąż na nowo tłumaczy się Szekspira, żeby zobaczyć jak brzmi w zmieniającym języku polskim na przykład Hamlet. Dlatego właściwie każde pokolenie ma swoje tłumaczenie szekspirowskie. Chciałam więc zrobić teksty Stein po polsku, nawet jeśli mam świadomość, ile tracimy w procesie translatorskim, nawet jeśli nie mam zbyt wielkiego wyboru polskich przekładów. A jest ich ledwie kilka. Przypomnę: Autobiografa Alicji B. Toklas i Autobiografa każdego z nas, Czule guziczki, Ciężki brzuszek, Lucy Kościół, Ida, Panna Furr i Panna Skenne. Moja żona ma krowę. I może jeszcze parę innych niewielkich utworów w tłumaczeniu m. in. Anny Kołyszko, Miry Michałowskiej, Adama Zdrodowskiego. Wiem, że spektakl z wykorzystaniem fragmentów tekstów Gertrudy Stein to ryzyko, także z innych powodów. Ale dlaczego nie zaryzykować. Szczególnie, że przygotowuję przedstawienie, a nie wieczór literacki. Wiele elementów tekstu jak rytm, struktura znajdują sceniczny ekwiwalent w postaci dźwięku, obrazu, ruchu.

Ale chyba jest tekst Gertrudy Stein, który był punktem wyjścia do pracy nad spektaklem?

Nawet trzy teksty: Autobiografia Alicji B. Toklas, Czułe guziczki, Panna Furr i Panna Skenne. Każdy tekst w inny sposób wpłynął na spektakl. Panna Furr i Panna Skenne podsunęły nam główny temat  spektaklu, czyli odkrywanie i doskonalenie głosu, rozumianego dosłownie, ale też metaforycznie jako kobieca osobowość twórcza. Autobiografa Alicji B. Toklas dostarczyła nam subiektywnych informacji o głównych bohaterkach, ale też dzięki niej powstała kobieca litania. Chyba też podejrzałyśmy w tym utworze poczucie humoru. A Czułe guziczki były najbardziej inspirujące strukturalnie. Dzięki temu tekstowi skonstruowałyśmy historię pary nieheteronormatywnych kobiet, która składa się nastrojów, emocji, zakodowanych w gestach, czynnościach, przedmiotach, obrazach.

Skoro nie wykorzystałyście konkretnych dzieł, to interesuje mnie, jak powstawał scenariusz.

Nie przepadam za inscenizowaniem gotowych dzieł. Wolę tworzyć scenariusze paczworkowe. Ostatecznie ten powstał na podstawie kilku wybranych intuicyjnie fragmentów tekstów Stein i  jednego cytatu z Książki kucharskiej Alicji B. Toklas, paru faktów biograficznych, fotografii oraz improwizacji do muzyki Magdaleny Białeckiej. Nad scenariuszem zawsze pracuje zespól aktorski, ja tylko zbieram, nadaję kierunek. Taki sposób pracy daje twórczyniom możliwość pełniejszego uczestniczenia w projekcie, zresztą ja nie chcę tworzyć spektakli sama, chyba zresztą nie umiem. Buduję z tego, co widzę, trochę jak Gertruda, która mawiała, że nie tworzy z wyobraźni, opisuje, co widzi.  Taki sposób pracy pozwala też artystkom – poprzez bohaterki – opowiedzieć o sobie samych. W efekcie powstał spektakl, który jest naszym wyobrażeniem bohaterek i jednocześnie dialogiem z nimi.  Kolektywny proces pracy w przypadku tego przedstawienia przybrał bardzo specyficzną formę. Nad rola Alicji B. Toklas pracowały trzy aktorki. Z dwiema współpraca się urwała, co – paradoksalnie –  okazało się twórcze.  Z pierwszą aktorką robiłyśmy analizę tekstów, z drugą – ustawiałyśmy sceny, a z trzecią – budowałyśmy postać i zbierałyśmy wszystko w całość. Gertruda jest od początku ta sama – Monika Rak. Nasza Gertruda przejrzała się więc w trzech Alicjach. Prawdziwe bogactwo, choć okupione stresem i bardzo długim czasem przygotowań.

Długi proces pracy nad spektaklem to Twój znak rozpoznawczy.

Tak, to prawda. Tym razem przygotowania trwały aż trzy lata. Ten długi czas pracy to wynik działania poza teatrem instytucjonalnym i poza systemem grantów. Dzisiejsza kultura jest przyzwyczajona do tego, że spektakl powstaje szybko. Ja to w pewnym sensie rozumiem. Teatr mainstreamowy –  ten instytucjonalny czy prywatny –  to przedsiębiorstwo, w którym są: terminy, umowy, pieniądze i w końcu produkt. Natomiast ja myślę, że spektakl to przede wszystkim spotkanie twórczyń, mierzenie się z materiałem, doskonalenie ciała i energii, trudno więc w krótkim czasie przeżyć całość procesu ze wszystkimi konsekwencjami. Interesuje mnie improwizacja, pogłębieniu tematu, szukanie koncepcji roli bez powielania chwytów aktorskich. Dla mnie pierwsze trzy miesiące to jest czas próby, kiedy ujawniają swe intencje i oczekiwania, wygasają słomiane zapały. Dopiero wtedy nadchodzi etap rozwoju. I może to trwać rok, dwa. Dlatego teatr procesowy, eksperymentalny jest uciążliwy. Zazwyczaj artyści/artystki angażują się na trzy miesiące, chcą mieć z głowy jeden projekt, by móc zacząć następny. Ja tego nie chcę. Nawet jeśli to oznacza spowolnienie, trudności. Potrzebuję czasu na błędy artystyczne, na poszukiwania, niemoc etc. Muszę na dłuższy czas w kobiecej energii skupić się na pracy twórczej. Zwłaszcza, że wciąż toczyć trzeba boje, teraz już niemal w każdej sprawie. Odizolowanie to oddech.

A nie ucieczka? Można Wam zarzucić, że to tworzenie w kobiecym gronie na offie, to separatyzm, zamykanie się. Tak kojarzy się nadal współczesne działania lesbijek.

Temat bumerang. Od dawna mu się przyglądamy i spektakl, o który rozmawiamy, dotyczy hermetyczności pary lesbijskiej. Staram się zobaczyć problem wieloaspektowo, znaleźć dobre i złe strony, zrozumieć, dlaczego tak jest, co to daje, jakie są konsekwencje. Alicja i Gertruda stworzyły sobie świat, w którym pełna pychy Gertruda chciała czuć się jak geniusz, a jej boadygardką była Alicja. Alicja pilnowała, żeby Gertruda mogła w spokoju pisać, kiedy chce i jak chce. Bez względu na to, co się działo na około. Stanowiły nierozerwalny duet. Nie ma Gertrudy bez Alicji. Nie ma Alicji bez Gertrudy. Tylko we dwie mogły się zmierzać do celu, którym była sława literacka Stein. Były swoją wzajemną gwarancją. Tworzyły związek na wzór heteronormatywnych par, żyły jakby nie różniły się niczym od reszty świata, jakby nie były lesbijkami. Zaklinały rzeczywistość, żeby spełniała ich oczekiwania. Myślę, że tkwiły w tej mentalnej bańce, która pozwoliła im przetrwać aż do wydania Autobiografii Alicji B. Toklas, która przyniosła im sławę. To oddzielenie przypomina wewnętrzną emigrację. Przecież do historii przeszedł ich słynny paryski salon artystyczny na 27 Rue de Fleurus, więc mamy wrażenie otwartości, przynależności do artystycznych elit, a nawet ich kreowania. Ale ten salon na początku był otwarty, a później stopniowo się zamykał. W końcu Alicja wpuszczała do Gertrudy tylko tych, którzy byli wystarczająco świadomi geniuszu Stein albo wystarczająco użyteczni.


REKWIZYTY. cytaty. WEŁNA
To  budowanie lesbijskiej dwuosobowej oazy wewnątrz heteroświata?

Tak to widzę. Choć nie sądzę, by to tak widziały Alicja i Gertruda. Ich model działania był w kontrze do lesbijskiego kręgu Natalie Barnay. Tu lesbijki famme i butch spotykały się w zamkniętym gronie, by „pławić” się w swym safizmie. To ponoć skazywało je na marginalizację, Gertruda nie chciała tej marginalizacji. Szczerze mówiąc to najtrudniejszy dla mnie do oswojenia element historii Stein & Toklas. Takie myślenie oznacza zgodę na nieswoje gry, tylko po to, by nas nie marginalizowano, oznacza deprecjonowanie tych kobiet nieheteronormatywnych, które potrzebują jasnej tożsamościowo grupy. Dla mnie to za wysoka cena. Paradoksalnie powoduje, że i tak trzeba zacieśniać związkową relację, budować swoją lesbijską maleńką wysepkę, która daje chwilę spokoju, pozwala żyć, tworzyć, zbierać siły. Niektóre z nas w tym zostają, niektóre traktują jako azyl. A co się na tej wysypce dzieje bywa piękne i straszne. Natomiast każde wystawienie głowy to zazwyczaj zmierzenie się z hejtem. I Gertrudę to spotykało. Każda publikacja oznaczała lekceważące opinie o pisarstwie panny Stein. Jaką trzeba mieć odporność, żeby to znieść. Ta strategia przyniosła efekty. Stein dzięki Toklas osiągnęła cel – została geniuszem literatury, którego w sumie rzadko się czyta, nie rozumie, ale w annałach jest. Po śmierci Stein, Toklas jako żona geniusza zadbała o spuściznę partnerki. W efekcie dostaliśmy jakiś dziwny wizerunek, o nazwie Gertruda Stein i Alicja B. Toklas, który wygląda jak pozowana fotografia. My ją w spektaklu psujemy.

Minęło ponad 100 lat. Paryż pierwszej polowy XX wieku nie różni się – jak widzę – od Polski w pierwszej połowie XXI w. Czy spektakl odnosi się konkretnie do polskich realiów?

My, jako Damski Tandem Twórczy, też jesteśmy odniesieniem do Alicji i Gertrudy. Dobrze mnie zrozum, nie chodzi o to, że się z nimi porównujemy jeden do jednego, raczej jedna do jednej, bo jak mogłybyśmy się porównać (śmiech). Ale Gertruda i Alicja tworzyły lesbijski tandem twórczy, bez względu na to, czy same siebie tak określały, czy nie. Ich relacja to taki wzorzec-matka, w którym, gdy się bliżej przejrzałyśmy, zobaczyłyśmy sprasowane w jeden portret kilka modeli lesbijskich par. Wtedy uświadomiłyśmy sobie też, że ich działania nie były takie oczywiste. W filmowym tle spektaklu pokazujemy impresje na temat tych par. Jeśli widzowie/widzki będą dociekliwi, to w tych filmowych obrazach znajdą odnośniki do znanych w środowisku polskich lespar. To są bardzo subtelne aluzje w porównaniu z tym, co wpisywała Stein o artystycznym środowisku w Autobiografii Alicji B. Toklas. Ale to zupełnie inny temat.

Nie można więc po tym przedstawieniu spodziewać się prostej linearnej historii. To ryzykowne dla Was jako twórczyń, ale też intrygujące dla osób lubiących układanki.

Nie strasz! Spektakl będzie wizualny, będzie muzyczny, będzie emocjonalny. Zawsze można popatrzeć, posłuchać, poczuć! To prawda, że ten przedstawienie jest jak zestaw klocków, które rozrzuciłyśmy i zabrałyśmy obrazek, według którego trzeba elementy ułożyć. Ale myślę, że każdy znajdzie sposób, by te klocki uporządkować. Możliwości jest wiele. Ale oczywiście nie ukrywam, że chcemy postawić gości/gościnie przedstawienia w sytuacji bezradności, w jakiej my znalazłyśmy się, zmagając się z twórczością Gertrudy Stein albo choć pokazać wielowarstwowość jej dzieł.

Zatem do zobaczenia w Teatrze Druga Strefa 8 września, w 110 rocznicę spotkania Gertrudy Stein i Alicji B. Toklas.

A po przedstawieniu zapraszamy widzów na rozmowę. Koniecznie. Chcemy usłyszeć, co widzowie/widzki przeżyli/ły, co zobaczyli/ły, co się podobało a co nie. Przede wszystkim dlaczego tak i dlaczego nie. Bo tak naprawdę przedstawienie to pretekst do rozmowy o kobietach nieheteronormatywnych. Na tym nam zależy szczególnie.


BILETY
https://goingapp.pl/evt/1046619/gertruda-stein-alicja-b-toklas-wiele-wiele-kobiet

WIĘCEJ

http://teatr2strefa.pl/pl/repertuar/gertruda-stein/
https://www.facebook.com/damskitandemtworczy/
http://steintoklaswielekobiet.blogspot.com/

L.Poetki, czyli o kobiecej perspektywie w kinie, o roli poezji w komunikowaniu tożsamości nieheteronormatywnej | Wywiad z Moniką Rak

L.Poetki, czyli o kobiecej perspektywie w kinie, o roli poezji w komunikowaniu tożsamości nieheteronormatywnej z Moniką Rak, 1/2 Damskiego Tandemu Twórczego, realizatorką dokumentu rozmawia Magda Wielgołaska

l poetki 4

 

Magda Wielgołaska: Na początek pytanie: dlaczego jesteś sama? Właściwie zawsze w sprawach kultury lesbijskiej i nie tylko lesbijskiej mówicie dwugłosem z Agnieszką Małgowską. Tworzycie przecież Damski Tandem Twórczy.

Monika Rak: I nic się nie zmieniło, działamy jako Damski Tandem Twórczy. Ale od jakiegoś czasu widzimy, że każda z nas koncentruje się na innych projektach. Agnieszkę wciąga coraz bardziej archiwizowanie polskiej kultury nieheteronormatywnej, zaangażowała się szczególnie w projekt „A kultura LGBTQ+ nie poczeka”, pisze o teatrze lesbijskim. Ja mam wreszcie możliwość robienia filmów – a tego zawsze chciałam. Tu wkładam najwięcej energii. W każdym projekcie współpracujemy ze sobą, ale każda chce opowiadać o swej aktywności osobno. To nas rozwija.  Jedno zostaje jak dawniej, razem mówimy o teatrze, bo to nas połączyło i nadal łączy. Zwłaszcza, że pracujemy nad spektaklem o Gertudzie Stein i Alicji B. Toklas. Ja jako aktorka, Agnieszka jako reżyserka.

l poetki 1

Magda Wielgołaska: Wszystko jasne. Przejdźmy do tematu naszej rozmowy. Zatem mamy XXI wiek i mogłoby się wydawać, że skoro w sztuce i kulturze mamy tak ogromną różnorodność, to nic nie może nas zaskoczyć, a tymczasem okazuje się, że cały czas zaskakuje twórczość kobiet nieheteronormatywnych i promowanie kobiecej perspektywy w myśleniu, sztuce, bo wciąż dominuje męskie spojrzenie na świat, które wydaje się uniwersalną wypowiedzią człowieka. Twój film dokumentalny oddaje głos kobietom, szczególnej grupie – kobietom nieheteronormatywnym –  i to ich oczami obserwujemy polską rzeczywistość. Zrobiłaś film o kobietach nieheteronormatywnych i pewnie przede wszystkim dla kobiet, lesbijek, biseksualistek, heteroseksualistek. Dlaczego to takie ważne dla Ciebie i jak wygląda praca wyłącznie w kobiecej energii?

Monika Rak: Powinnam zacząć od opowiedzenia o czymś takim jak projekt Doris, który częściowo był dla mnie inspiracją i zachętą do zrealizowania stuprocentowo kobiecego filmu dokumentalnego. Doris to szwedzki projekt dziewczyn, które zajmują się kinem zawodowo. Są reżyserkami, producentkami, operatorkami. Stworzyły w Szwecji projekt, który produkuje filmy. Zasada jest taka, że w ekipie musi być przewaga kobiet. Wszystkie ważne funkcje muszą być obsadzone przez kobiety. Twórczyniom projektu zależy na tym, żeby uczyć  dziewczyny filmowego fachu, dawać im szansę realizacji pomysłów, w efekcie zmierzają do tego, by kobiety były brane wreszcie pod uwagę przy tzw. dużych produkcjach, w których rządzą mężczyźni, co sprawia, że w kinie przeważa męska perspektywa. Choć coraz więcej kobiecych bohaterek, to nadal większość tych opowieści realizują panowie. Niby coś się zmienia, ale mam poczucie, że to bardziej wynik mody. Temat kobiecy jest nośny, są na takie filmy pieniądze, więc reżyserzy nie odpuszczają. Podejrzewam tu jakiś „przekręt”. Cieszą mnie więc najbardziej filmy robione przez kobiety, bo wierzę, że one robią to z prawdziwej potrzeby odszukiwania zapomnianych postaci kobiet, które stają się nowymi wzorcami i których tak brakuje. Wiem, co mówię, bo wychowałam się na męskim kinie. Kiedy sobie uświadomiłam, że jestem kobietą, feministką, lesbijką, to widziałam duży dysonans pomiędzy tym, co oglądam w kinie, a tym, co chciałabym oglądać. Robienie kina tylko kobiecego, zaangażowanego feministycznie, wciąż jest traktowane jako pewnego rodzaju „przegięcie”, ale ja chcę takiego „przegięcia”, bo jeśli panowie mają przestrzeń na robienie swojego kina i czują się w tym dobrze, i mają warunki do tego, żeby czuć się dobrze, i mówią, że to jest opis całego świata i człowieka, to ja się na to nie zgadzam. Pełną perspektywę uzyskamy, kiedy zaczniemy patrzeć też oczami kobiet, ale zaznaczam – również tych, które nie są patriarchalnie sformatowane. Ja nie chcę wchodzić z mężczyznami na wojenną ścieżkę, pragnę zobaczyć, jak będzie wyglądała rzeczywistość, kiedy zostanie opisana także przez różne kobiety.

Dlatego moją ambicją w L.Poetkach było to, żeby wszystko zostało stworzone przez kobiety, najlepiej nieheteronormatywne. Miałam na przykład bardzo sympatycznego młodego kompozytora, który chciał napisać muzykę do filmu. Widziałam, że ma zapał i potencjał, a to jest coś, co sobie bardzo cenię. Ale jednak postawiłam na babki. To trudna decyzja, bo akurat znalezienie kompozytorki muzyki filmowej to wyzwanie nie lada. To wyjątkowa rzadkość. I nie udało się mi takiej dziewczyny spotkać. Ostatecznie musiałam skorzystać z muzyki, która już jest napisana i ma setki lat. Lekko ją przetworzyłam. Niestety nie jest to muzyka, o jakiej marzyłam. Miało być współcześnie, ambientowo. Ale zl poetki 2ałożenie było dla mnie ważniejsze. Gdyby twórczyń filmowych było więcej, byłoby inaczej. Nie żałuję decyzji, to tylko konsekwencja mego założenia i status quo. Dodatkowo byłam taka krańcowa w swym wyborze, bo film o poezji lesbijskiej to delikatny temat, i chciałam stworzyć bohaterkom poczucie bezpieczeństwa. Poza tym ja się z dziewczynami dobrze czuję, mam poczucie równowagi i to jest dla mnie ważne przy pracy grupowej. Czuję się równoprawną uczestniczką procesu twórczego. W męskim gronie bywa z tym różnie. Zwykle zmuszona jestem udowodnić, że mam prawo robić, co robię, tłumaczyć się, a ja nie mam na to ani ochoty ani czasu. Mam natomiast czas na działanie, które dla mnie jest skuteczniejszą formą walki o swoje miejsce w świecie.

M.W.: Mówisz otwarcie, że jesteś lesbijką i zrobiłaś film o lesbijkach. W dodatku lesbijkach, które tworzą poezję. Dlaczego akurat ten temat i takie bohaterki? Dlaczego tak chcesz mówić do widzów?

M.R.: Powstawały już wcześniej dokumenty o nieheteronormatywnych Polkach, ale one mówiły głównie o aktywizmie albo doświadczeniu, który łączy aktywizm z prywatnym życiem. Nie było w nich zoomu na bohaterkę. Ja wybrałam trzy bohaterki i tak się złożyło, że one razem budują mi jedną postać: lesbijkę-poetkę. Dla mnie dokument jest wtedy ważny, kiedy dotyczy konkretnej osoby. Nie czuję potrzeby, żeby robić film o zbiorowościach. Kiedy skupiam się na szczególe, to jakoś lepiej mi się pracuje. Świat poszerza się o perspektywę danej osoby, w której możemy się przeglądać. W L.Poetkach skupiłam się na trzech twórczyniach – Agnieszce Eunice Frankowskiej, Agnieszce Annie Grzelczak, Ilonie Ewie Urban i mówiąc krótko – to one „zrobiły” ten film. Zbudowała się między nami nić zaufania. Myślę też, że gdybym nie była lesbijką i gdybym nie znała swoich trzech bohaterek filmu z różnych kulturotwórczych działań – np. O’LESS Festiwal, Kobieta Nieheteronormatywna, cykl organizowany w Feminotece – które robiłyśmy wcześniej jako Damski Tandem Twórczy – to nie uzyskałabym tej bliskości z moimi bohaterkami. To, co łączyło nas wcześniej jako kobiety nieheteronormatywne sprawiło, że bohaterki otworzyły przede mną swój świat. Nie spodziewałam się, że niektóre z nich opowiedzą tak intymne rzeczy i zgodzą się na to, żeby to było w filmie. Powiem szczerze, że było to dla mnie pewnym przekroczeniem.

M.W.: Myślisz, że sama poezja jest dobrym kluczem do wniknięcia do świata niewidocznego społecznym okiem – świata Polki Nieheteronormatywnej?

M.R.:  Analizując razem z Agnieszką Małgowską i Pauliną Szkudlarek literaturę kobiecą, miałyśmy takie przemyślenie, że poezja jest dla lesbijek sposobem porozumiewania się ze sobą i światem. To nie jest prosta forma komunikacji, ale paradoksalnie szalenie popularna. Wystarczy wejść na portal Kobiety Kobietom, w zakładkę Literatura, by zobaczyć, ile kobiet nieheteronormatywnch pisze wiersze. Te wiersze są różne – formalnie, stylistycznie. Skąd taka popularność? Może stąd, że poezja potrafi w swej krótkiej formie skomasować bardzo mocny przekaz, myśl, doświadczenie. Wiersz jest emocjonalny i potrafi dotknąć sedna. W pewnym sensie wiersz stał się wehikułem, którym dziewczyną chcą przenosić ważne treści. Dla mnie samej robienie filmu o poetkach początkowo było abstrakcyjne. Później przyszło mi do głowy, że skoro te dziewczyny znam i wszystkie je łączy to, że są poetkami, to zacznijmy od tego wspólnego mianownika – poezji.

l poetki

M.W.: Czyli trochę jest tak, jakby tematyka lesbijska w Polsce potrzebowała pretekstu, żeby móc wybrzmieć i w tym wypadku poezja przemyca go pomiędzy wierszami.

M.R:  Poezji nie traktuję jako pretekst. To bardziej artystyczny pryzmat, dzięki któremu można inaczej niż talkshawowo opowiedzieć o polskich lesbijkach. To prawda, że poezja nie jest centrum tego filmu. Trudno bowiem jest mówić o samej poezji w filmie. Ja mogę tylko zachęcić wszystkie/wszystkich, do tego, żeby sięgnęli/siegnęły po te wiersze, przeczytali/przeczytały je, bo to będzie ich intymne spotkanie z bohaterkami filmu, ich doświadczeniem i z samymi sobą. To nie jest historia o wierszach, ale o tym, jak ważny jest sam proces twórczy dla bohaterek. Poezja jest dla mnie czymś bardzo intymnym… jak modlitwa. Mówienie otwarcie, że jest się lesbijką też jest w jakiś sposób intymnym wyzwaniem. Widzę tutaj silne połączenie między tożsamością i procesem twórczym. To takie moje subtelności interpretacyjne, a na podstawowym poziomie film powstał, żeby uświadomić światu, że poetki nieheteronormatywne istnieją, żeby pokazać, gdzie żyją, jak żyją, kim są, jakie mają doświadczenia i jakie zmiany zachodzą w nich dzięki procesowi pisania.

M.W.: Mówiłaś już wcześniej, że film budują doświadczenia trzech kobiet, które tak naprawdę tworzą jedną bohaterkę. Kim ona jest?

M.R.: Początkowo sama nie wiedziałam, że buduję właśnie taką historię. Dostałam tę informację od tak zwanych widzek beta, które zobaczyły ten film jako pierwsze. Pokazałam im pierwszą wersję montażową, którą potem również dzięki nim przemontowałam. Dziewczyny oglądające pierwszą wersję powiedziały mi, że zobaczyły historię jednej kobiety, która przechodzi proces dojrzewania na wielu poziomach. Było to dla mnie zaskoczenie, ale pozytywne. Kolejność historii pokazanych w filmie wybrałam intuicyjnie. Nie budowałam w zamyśle takiej konstrukcji dodatkowej. Po prostu czułam, że kolejność ma być taka właśnie, a nie inna. Czułam tempo, w jakim moje bohaterki rozwijają swoje historie. Kiedy mówię o dojrzewaniu czy rozwoju, to chodzi mi o pewien typ otwierania się na świat, pewien typ doświadczania i potem dzielenie się tym doświadczeniem. Te opowieści ułożyły się tak, że zbudowały historię jednej poetki-lesbijki żyjącej w Polsce w 2015-2016 roku. To mnie zdziwiło, ale myślę sobie, że często tak bywa, że masz myśl przewodnią dzieła – trafia to do odbiorczyń, one to czytają, ale okazuje się, że znajdują w Twoim zamyśle coś jeszcze, co jednak mocno Cię zaskakuje. To jest właśnie to, co uwielbiam w widzach. Czytają rzeczy, które intuicyjnie może wiemy i czujemy, ale do końca same sobie tego nie powiedziałyśmy. Poza tym, tak jak mówiłam wcześniej, to głównie bohaterki tworzą film. W dokumencie nie możesz do końca zawładnąć historią. Ona czasem przejmuje kontrolę.

M.W.: Rzecz, która mocno mnie uderzyła w Twoim dokumentu to temat kościoła i religii. Czy w Polsce nie da się uciec od tego tematu? Spodziewałaś się, że to będzie ważny element filmu?

M.R.: Wiedziałam, że się pojawi. Przecież znamy bohaterki, Agnieszka Małgowska drobiazgowo analizowała ich wiersze, które odsłaniały religijne wątki, ale nie spodziewałam się, że religia będzie spoiwem trzech historii. Wszystkie poetki miały „romans” z kościołem katolickim. Różnie on przebiegł i różnie się skończył. Montując film, zobaczyłam, że ta kwestia dla trzech bohaterek jest tak istotna i jakoś formująca ich osobiste doświadczenia, nie mogłam jej pominąć. Nie dało się oddzielić tego tematu od orientacji seksualnej bohaterek, które żyją przecież w katolickim kraju, który politycy niemal wszystkich opcji nadal traktują jako przedmurze chrześcijaństwa.

l poetki 3

M.W.: Myślę, że zderzenie z systemem, jakim jest kościół, w wielu wypadkach jest jednym z etapów tworzenia się osobistej świadomości tożsamościowej. Kościół formuje pewną myśl na temat tego, jakie powinnyśmy być. Kiedy do tej myśli, schematu nie pasujemy, zaczynamy się sobie bardziej przyglądać. Docieramy do tego kim jesteśmy przez czasem bolesne porównania.

M.R.:  Absolutnie. Kościół jest tak monolityczny, że albo wsiąkasz w ten monolit, wzmacniasz go i tworzysz albo odbijasz się od niego i jesteś po drugiej stronie. Trudno być pomiędzy, bo to zwykle nas rozrywa wewnętrznie. Myślę, że to jest częsty problem wśród osób tęczowych, że próbują być sobą i jednocześnie wpisać się w schemat, nie chcą odstawać. Próbują być właśnie pomiędzy. To powoduje często ogromne cierpienie. Poetki dokonały konkretnych wyborów w związku z kościołem i dzielą się tym w filmie.

M.W.: Jestem bardzo ciekawa odbioru tego filmu. We mnie samej poruszył kilka czułych strun i bardzo czekam na to, co będzie działo się już po warszawskiej premierze.

M.R.: Ja też jestem bardzo ciekawa, jak odbiorą ten film kobiety nieheteronormatywne i osoby niezwiązane ze środowiskiem LGBTQ. Jestem ciekawa, czy zainteresuje ich nasz świat, czy wzbogaci doświadczenie tych widzów, którzy są z zewnątrz? Bardzo ciekawa jestem dyskusji po projekcji filmu. Bardzo lubię te rozmowy po pokazach, kiedy widzowie dzielą się refleksjami i wrażeniami. Takie doświadczenie miałam właśnie po pierwszym zamkniętym pokazie filmu, kiedy kobiety oglądające tę filmową opowieść odnajdują w niej okruch siebie, przepływają przez nie emocje wzbudzone podobieństwem doświadczeń z bohaterkami. Robisz coś, co wzbudza emocje. To jest dla mnie fantastyczne doświadczenie. Kiedy słucham opowieści widzek, to jest to dla mnie nagroda za moją pracę. Bohaterka daje swoją historię i emocje, ja to jakoś próbuję złapać, najlepiej jak potrafię i to pracuje dalej, wychodzi poza nasz świat. Może zachęci inne dziewczyny do tego, żeby dzieliły się swymi opowieściami, żeby zaczęły pisać i kręcić filmy, żeby uwierzyły, że mogą to robić. Tu faktycznie trzeba dużo pracy i samozaparcia, ale da się. To znaczy, że same możemy zapisywać swoją historię z naszej perspektywy.

M.W.: Jak proces robienia tego filmu pracuje w Tobie? Co on zmienia?

M.R.: L.Poetki sprawiły, że wreszcie mam coś materialnego, bo my jako Damski Tandem Twórczy robimy głównie spektakle teatralne, organizujemy dużo działań artaktywistycznych, ale są to działania tu i teraz. Nie mogę wziąć spektaklu teatralnego i komuś dać. Nawet gdy go zarejestruję to tylko substytut. Film to co innego, jest zamkniętym dziełem, które w dopracowanej postaci na płycie DVD mogę dać innej artystce w ramach prezentu i podziękowania za jej wkład w moje artystyczne życie. Jeśli ktoś mnie wzbogacił swoją sztuką i tym, co robi, dał mi powera, to chciałabym się odwdzięczyć i dać tę energię z powrotem, i ten film jest dla mnie też takim prezentem dla nich. Miałam ogromną przyjemność wręczyć ten film Barbarze Hammer, którą spotkałyśmy dzięki wydarzeniu zorganizowanemu przez Krystynę Mazur i Suzie Andreis w Centrum Sztuki Współczesnej. Dla mnie to jest szalenie przyjemne i ważne, że mogłyśmy z nią porozmawiać i ofiarować L.Poetki. Barbara Hammer to reżyserka, która tworzy offowe kino lesbijskie w Stanach Zjednoczonych od lat 70-tych i wydawała mi się postacią niemal mityczną, a nagle mogłam ją poznać, porozmawiać, ona pokazała nam swoje filmy, ja jej – nasz. Okazało się, że amerykańska artystka opowiada historię, która zaskakująco przypomina moją – łączy nas jeden cel, by kobiety nieheteronormatywne mogły tworzyć i chciały to robić. I choć dzieli nas ocean czasu i doświadczenia, uświadomiłam sobie znowu, że walka kobiet o głos trwa i polega na nieustającej pracy i tworzeniu, na sile i determinacji, czasem kompletnie absurdalnej – bo pod prąd i dla małego grona odbiorczyń. Najważniejszy jednak jest zapis naszej perspektywy, bo to po nas zostaje. Bez względu na to, czy to, co tworzymy, zostanie uznane, docenione, najważniejsze, żeby zostało zapisywane. I jest szansa, że jeśli będziemy to konsekwentnie robiły, to z czasem powstanie archiwum herstorii, archiwum nieheteronormatywnej kultury kobiet. Już nie będzie można jej pominąć i nie zauważyć. Ona po prostu materialnie będzie istnieć. To jest potrzebne nam samym i tym kobietom, lesbijkom, które przyjdą po nas. Zwłaszcza, że przyszło nam żyć w przeklętych „ciekawych czasach” i nic nie wróży radosnej przyszłości.

M.W.: Jak to nie? Przecież wkrótce premiera L.Poetek.  Zapraszamy wszystkich 26.11.2016 do Dzikiej Strony Wisły. A teraz dziękuję za rozmowę.

 

Korekta: Klaudia Głowacz