We are the best! – wywiady z twórczyniami i twórcą filmu

we are the best moodysson

WE ARE THE BEST

Reżyseria: Lukas Moodysson na podstawie komiksu Coco Moodysson

Wystepują

Bobo: Mira Barkhammer

Klara: Mira Grosin

Hedvig: Liv LeMoyne

Polska premiera 24 października 2014

O FILMIE:
Sztokholm, 1982 rok. Bobo, Klara i Hedvig to zbuntowane 13-latki, które włóczą się po mieście i uważają, że ćwiczenia na w-fie to nuda. Są jednocześnie odważne, silne i bezkompromisowe, ale też niepewne siebie, dziwne i delikatne.
Kiedy mama wychodzi do pubu, odgrzewają sobie paluszki rybne w tosterze, stawiają irokezy i piszą piosenki. Zakładają zespół punkowy, mimo że nie potrafią grać na żadnym instrumencie, a wszyscy twierdzą, że punk is dead.

 

LUKAS MOODYSSON W ROZMOWIE Z JANEM LUMHOLDTEM

Czy możesz powiedzieć w skrócie, co robiłeś od czasu premiery twojego ostatniego filmu?

Po „Mamucie” byłem zmęczony filmem, więc szukałem innych obszarów, na których mógłbym spełniać się jako reżyser. Napisałem dwie powieści, uczyłem w szkole filmowej w Helsinkach, próbowałem się nauczyć grać dobrze w szachy – nie udało mi się to – a także znaleźć inne źródła zarobku, ale tu również nie odniosłem sukcesu. Nie chciałem robić kolejnych filmów. „Mamut” był rozczarowaniem, nawet nie chodzi o sam film, ale o proces jego produkcji, który był nużący…
To nie do końca prawda, że chciałem porzucić medium filmowe, bo w czasie postprodukcji umarł mój ojciec i wtedy myślałem o nakręceniu obrazu o umierającym ojcu. W porównaniu z „Mamutem” to miał być skromy film, z udziałem trzech aktorów, trzech osób odpowiedzialnych za stronę techniczną. Ale zamiast tego zdecydowałem się napisać powieść Döden & Co. (Śmierć i spółka), z której jestem częściowo zadowolony. Moją kolejną powieścią były Tolv månader i skuggan (Dwanaście miesięcy w cieniu).

„We are the best!” jest oparty na powieści graficznej twojej żony Coco. Trzy nastolatki odkrywają punk rocka i wbrew wszystkim zakładają zespół. Dlaczego zdecydowałeś się na adaptację?

Chciałem nakręcić film, który byłby jasny, pogodny, wbrew ponurości, która nas otacza. Chciałem pokazać, że w życiu są różne możliwości, taki, którego kręcenie byłoby przyjemnością.

Film meandruje pomiędzy kosmosem twoim i Coco – trudno znaleźć pomiędzy nimi granicę. Ale ostatecznie jest to dzieło Lukasa Moodyssona. Opowieść i ton pochodzą jednak z książki. Co o tym myślisz?

Chciałem zachować ton książki, najwyżej zmienić trochę historię, ale nie ton. Zawsze tak postępuję, nastrój jest ważniejszy niż akcja. Skupiam się raczej na szczegółach, a nie ogólnej idei. To chyba Herta Müller powiedziała (a może powtórzyła po Ionesco), że żyjemy w szczegółach. Ja również nie ufam historiom, wyjaśnieniom i ideologiom, które twierdzą, że dotyczą wszystkiego. To dlatego cieszy mnie otwarte i mało dramaturgiczne zakończenie „We are the best!”. Film właściwie się nie kończy, historia trwa dalej po seansie.

Możesz powiedzieć coś o wyjątkowej dziewczynie, jaką jest Hedvig?

Ona należy do grupy nawróconych chrześcijan, narzuca pewien porządek Klarze i Bobo, których życie jest chaotyczne. Bez niej stworzenie zespołu byłoby raczej niemożliwe, jest outsiderką, która scala grupę.

 Powiedziałeś, że dla mężczyzny opowiadanie o dziewczynach jest wyzwaniem. Dlaczego?

No cóż, tym razem opowiedziałem historię napisaną przez Coco, która jest oparta na jej życiu. Ale czułem się dobrze opowiadając o trzech punkówach, szczególnie że z perspektywy czasu zauważam, że punk był zdominowany przez mężczyzn. Ja akurat nie byłem za bardzo zainteresowany tłuczeniem szyb i waleniem głową w lampy uliczne, ale znałem punków, dla których był to punkt honoru. Doskonałym przykładem jest składanka Bakverk 80, którą w filmie Bobo pożycza Elisowi. Na jej okładce widzimy ciasto, w które powkładano pety i kapsle.
Innym problemem, na który napotykają dziewczyny, które chcą być alternatywne w 1977, 1982 albo w 2013 roku jest to, że nawet od punkówek oczekuje się, że będą dobrze wyglądały. Dlatego dobrze, że niektóre z nich przeciwstawiają się temu, tak jak Coco i jej przyjaciółki. Rozmawiałem o tym z obiema Mirami i Liv, kiedy pracowaliśmy nad ich ubraniami i fryzurami. Powiedziałem wtedy, że grane przez nich postaci nie chcą wyglądać ładnie, tylko twardo, zabawnie albo w jakiś niezwykły sposób. Że nie są konformistkami. Taka postawa jest rzadkością, tak było również w przeszłości. Cieszy mnie ten aspekt filmu, to, że bohaterki nie przejmują się tym, co inni o nich myślą, że wybierają swoją własną drogę w życiu.

Porozmawiajmy o wyborze aktorów. W filmie widzimy zarówno twarze dobrze znane, jak i zupełnych debiutantów. Jak przebiegał casting, szczególnie w przypadku głównych bohaterek?

Widziałem Mirę Grosin w Astrid, krótkometrażówce Fijony Jonuzi. Liv LeMoyne gra na gitarze i śpiewa w sposób, który zupełnie mnie rozczula. Mira Barkhammer przyszła na casting i powiedziała coś, co dobrze zapamiętaliśmy z Coco. Pomyśleliśmy wtedy: ona wie, o co tu chodzi. Niestety, nie poszliśmy za instynktem i cały proces wyboru aktorów trwał bardzo długo. Próbowaliśmy kombinacji różnych osób, co musiało być dla nich męczące.
Jeśli chodzi o dorosłych aktorów, to lubię pracować z mało znanymi aktorami.
Tak się szczęśliwie złożyło, że Matte Wiberg i Johan Liljemark są naprawdę częścią zespołu Sabotage, który widzimy w filmie. Brezjney Reagan Fuck of to ich piosenka. Johan i Coco byli przez tydzień w związku, kiedy mieli po trzynaście lat. Obie Miry robiły wszystko, żebym był z tego powodu zazdrosny

Coco jest ważnym współtwórcą „We are the best!”. Jaki był jej wkład w twoje poprzednie filmy?

Olbrzymi. Jesteśmy jak bliźnięta, jak Chip i Dale, dwoje idiotów, którzy myślą w podobny sposób. Ona miała zawsze duży wpływ na moją pracę, to nawet nie był wpływ, to było coś znacznie ważniejszego.

Czy twoje różne filmy łączy jakiś wspólny temat? A może jest ich kilka?

Wszystkie są o dorosłych i dzieciach. O tęsknocie za innym miejscem. O samotności. I euforii. Chciałbym powiedzieć, że coś dobrego się wydarza, mimo wszechobecnych tragedii, ale nie wiem, czy tak jest. Chciałbym, żeby tak było.

Jakbyś zareagował, gdyby ktoś powiedział, że „We are the best!” to powrót do Tylko razem i Fucking Åmål?

W pewnym sensie tak jest. Chciałem powrócić do emocji z tamtych filmów. Znów mówię o emocjach, tonacji, tak jak Bob Dylan mówił o srebrnej tonacji, która siedziała mu w głowie i która była potem na jego płytach. Dokładnie go rozumiem. Czasem budzę się w nocy z płaczem, czując coś takiego, i potem jestem zrozpaczony, że nie potrafię oddać tego w filmie.
Od czasu do czasu udaje mi się jednak – w dialogu, spojrzeniu postaci, a nawet w całej scenie jest to coś – ton, prawda. Tak jest na przykład, gdy Bobo obcina włosy Hedvig. Patrzy wtedy na nią i mówi: „Spójrz na to w ten sposób: odrosną”. Dla takich momentów warto kręcić całe filmy. Tak samo jest, kiedy mama Bobo przynosi obiad, a jej tata wykrzykuje: „Super, kurczak!”. Wyglądają w tej scenie doskonale.
W takich scenach wszystko gra, to dla nich pracuję, koncentruję się. Takie momenty potrafią doprowadzić mnie do płaczu.

Twój debiut pełnometrażowy Fucking Åmål, został uznany za jeden z najbardziej świeżych filmów szwedzkich w 1998 roku. Minęło 15 lat. Obecnie czujesz się osobą ustatkowaną czy buntownikiem? Żyje wciąż w tobie płomień młodości?

Nie zastanawiam się nad swoją relacją w stosunku do świata. Spędzam mało czasu z innymi ludźmi, w tym z osobami z branży. Nie interesuje mnie to, jaką pozycję zajmuję w szwedzkim kinie. Robię to, co robię, a oni mogą mówić, co chcą, jak śpiewa Rihanna. Ona jest moją bohaterką, uratowała mi życie, co pokazuje, że bez sztuki umieramy. Więc możecie mówić, co chcecie, a ja i tak zrobię swoje. Muszę mieć tylko dobre buty – najlepiej jakieś drogie.
Fakt, że jest się publicznie ocenianym przy pomocy cyferek i gwiazdek, jest nieprzyjemny, dlatego chciałbym robić coś bardziej prywatnego. Ale niestety nie zostanę pielęgniarzem ani strażakiem – chociaż jest to moje marzenie. Ale odszedłem od tematu…
Jeśli chodzi o płomień młodości… Nie wiem. Czuję się jednocześnie młody i stary, wierzę w kontynuację i zmianę, w buntowniczość młodości i w mądrość starości. Jeśli nie godzisz się z upływem czasu, oszukujesz sam siebie.

KSMB i Ebba Grön to ważni reprezentanci szwedzkiej sceny punkowej z lat 70. i 80. Bekverk 80 to składanka wydana w 1979 roku. Były na niej utwory zespołów KSMB, Travolta Kids i Incest Brothers. Sabotage to jeden z licznych mniejszych zespołów tamtych czasów.
lukasmoodysson.tumblr.com

we are the best dziewczyny

MIRA BARKHAMMAR, MIRA GROSIN, LIV LEMOYNE – WYWIAD

Zostałyście w pewien sposób cofnięte w czasie. Jak czułyście się w 1982 roku?

Mira Grosin: Ludzie mówili w inny sposób. O niektórych rzeczach nie mówiło się w taki sposób jak teraz.
Liv LeMoyne: Wciąż żyły iskry hipisowskich lat 60. i 70., wydaje mi się, że ludzie mieli wtedy o co walczyć.
Mira Barkhammar: Zgadzam się. Bohaterki, które gramy, sprzeciwiają się systemowi, mają świadomość polityczną.
LeMoyne: Ubrania były wygodniejsze, jeszcze nie nadeszła moda z lat 80. Wciąż żył duch punka i buntu. Dziś ludzie są spokojniejsi.
Grosin: W nas żyje polityka, częściowo dzięki zainteresowaniu punkiem, ale nie tylko. Bycie punkiem w 1982 roku było super. Nie była to może ostatnia moda, ale ludzie wciąż w to wierzyli. Dziś punk umarł.
Barkhammar: Wtedy szkoła wyglądała inaczej, dzieciaki patrzyły na świat w inny sposób. Ludzi wtedy byli dla siebie niemili w bardziej otwarty sposób.
LeMoyne: Tak. Nie doświadczyłam czegoś takiego w swoim życiu. Obecnie inaczej okazuje się niechęć do kogoś, w bardziej subtelny sposób. Dostajesz mniej like’ów na facebooku, jeśli nie jesteś lubiany. Natomiast wtedy ktoś mógł podejść do ciebie i po prostu powiedzieć: „Jesteś idiotą”. Teraz ludzie są większymi tchórzami.
Barkhammar: Stopniowo przyzwyczaiłam się do świata filmu, po jakimś czasie wydawał mi się zwyczajny.
LeMoyne: Chciałabym żyć w tamtych czasach. Było zabawniej, bardziej spontanicznie, muzyka była lepsza. Książki i płyty były prawdziwe, iPad nie jest prawdziwy. Książkę można przewertować, jest czymś dotykalnym.
Grosin: Mnie by się tam nie podobało, jestem uzależniona od komórki, nawet nie wiem, czy wtedy istniały komputery. To były dziwne czasy.
LeMoyne: Tęskniłabym za możliwością kontaktu z całym światem. Teraz możesz mieszkać w Sztokholmie i wiesz, co się dzieje w Ameryce albo w Hiszpanii. Ale wtedy było mnie stresu, muzyka była lepsza. Dzisiejsza muzyka jest śmiertelnie nudna.

Jak podobała się wam współpraca z Lukasem i co o nim wiedziałyście?

Barkhammar: Dowiedziałam się o nim z ogłoszenia o castingu. Mamo opowiedziała mi o Fucking Åmål i przypomniałam sobie, że widziałam ten film. Lubię filmy, w szczególności szwedzkie.
Grosin: Nic o nim nie wiedziałam. Ale sześć miesięcy przed ogłoszeniem o castingu wygrałam na loterii płytę z Fucking Åmål. Podobał mi się ten film.
LeMoyne: Obejrzałam dzisiaj Fucking Åmål, Tylko razem, Mamuta i Lilya 4-ever. Lukas jest dla mnie jak Muminek albo Włóczykij – spokojny i mądry.
Barkhammar: Na początku zauważyłam, że nie patrzył na mnie. No i nigdy się nie przytula.
LeMoyne: Zastanawiam się, czy zawsze jest taki ostrożny? Doskonale potrafi ocenić innych ludzi. Wspaniale nas dobrał.
Barkhammar: Pozwalał nam improwizować, ale rozumiałyśmy, do czego zmierza. Jest cichy i wycofany, ale wie, co się dzieje, wie, do czego zmierza. Niektóre sceny kręciliśmy po piętnaście razy.
Grosin: Przyjemnie się z nim pracuje. Przy Astrid musiałam trzymać się scenariusza, a Lukas pozwala na więcej swobody. Jeśli widzi, że wymyśliłyśmy coś dobrego, bierze to do filmu. Kiedy oglądam teraz ten film, widzę w Klarze dużo siebie.

Będziecie grały w przyszłości w kolejnych filmach?

Grosin: Kiedy skończyliśmy kręcić, byłam wykończona. Powiedziałam sobie: nigdy więcej! Ale teraz chciałabym znów grać. Ale nie muszę, bo już raz to przeżyłam. Jeśli się zdecyduję, to tylko po przeczytaniu dobrego scenariusza.
Barkhammer: Jestem na tak. Ale nie zagram w byle czym, chcę, żeby było równie wspaniale jak za pierwszym razem.
LeMoyne: Mam wrażenie, że wyrobiłam sobie pewną markę. Zagrałam w filmie podnoszącym na duchu, takim jak Fucking Åmål. Mam nadzieję, że publiczność też tak to widzi.

Wywiad przeprowadził Jan Lumholdt

WYWIAD Z COCO MOODYSSON

„We are the best!” to film oparty na twojej powieści graficznej Aldrig godnatt (Noc nigdy nie jest dobra). Jaki był twój udział w podróży od książki do filmu?

Lukas zapytał mnie, czy chce zaadaptować powieść i się zgodziłam. Cieszyłam się, że mogę mu pomóc, bo po śmierci ojca był przygnębiony i pisał ponure książki na ten temat. Uważałam, że najwyższy czas, żeby zrobił coś przyjemnego. Nie byłam zaangażowana w produkcję filmu, na planie pojawiłam się dopiero ostatniego dnia, ale miałam wiele pomysłów, jeśli chodzi o kostiumy i wybór aktorów.

Które zmiany w powieści uważasz za największe i dlaczego nastąpiły?

Zapytaj Lukasa, to on ich dokonał.

Nie miałaś nic przeciwko temu?

Nie. Lukas musiał zrobić wszystko po swojemu, ustalić własne reguły. Moja książka nie była dla mnie świętością, zazwyczaj zostawiam to, co napisałam za sobą, zresztą nie uważam, żeby zmiany, których dokonał, były znaczne. Usunął niektóre postaci i wydarzenia, dodał inne. Ale ton opowieści się nie zmienił.

Czy w jego pracy jest jakaś część ciebie i na odwrót?

Temat smutnych dziewczyn jest bliski nam obojgu, podobnie skupienie na szczególe. Lubimy mieszankę humoru i niesamowitości, a także perspektywę dziecka. Oboje również stworzyliśmy liczne portrety dorosłych, które są dość nieprzyjemne. To są nasze punkty wspólne.

W jakim stopniu wpływasz na filmy Lukasa?

On ciągle coś podkrada z mojego doświadczenie, bo jego życie jest bardziej zwyczajne niż moje, mniej się w nim wydarza. Ja biorę od niego mniej, ale być może on widzi to inaczej.

Piszesz kolejne powieści graficzne?

Ostatnio napisałam tradycyjną książkę. Jeszcze nie zdecydowałam, co będę robiła w przyszłości, być może napiszę powieść graficzną, kto wie.

Czy twoje książki ukazują się w innych krajach?

Niektóre powieści zostały przetłumaczone, ale funkcjonują raczej wśród fanów, na poboczach głównych nurtów. Jedna książka została przetłumaczona na włoski. Pojechałam wtedy na zlot fanów komiksu, ale ludzie byli tam bardziej zainteresowani paleniem marihuany niż czytaniem.

Twoje powieści są typowo szwedzkie, czy bardziej uniwersalne?

Lubię szwedzkość: szwedzkie miasta, budynki, jedzenie, ubrania, stacje benzynowa. Jest też w moich powieściach samotność, może szwedzka, a może bardziej uniwersalna.

Główna bohaterka „We are the best!” przypomina ciebie…

Mam trudności z odpowiadaniem na takie pytania. Moje książki są oparte na prawdziwych wydarzeniach, ale to nie jest tak, że główna bohaterka jest dokładnie taka jak ja. Przypomina mnie, ale jest jednak kimś innym.

Masz swoją ulubioną scenę w tym filmie?

Nawet dwie. Kiedy Bobo patrzy na ostrzyżoną Hedvig i mówi: „Spójrz na to w ten sposób: odrosną” – ten moment jest zabawny, a jednocześnie smutny i mądry. Drugą sceną jest ujęcie Bobo w łazience, kiedy patrzy ona na swojego ojca siedzącego w kuchni. Lubię aktora, który gra tę postać.

Umiesz grać na jakimś instrumencie?

Tak, trochę rzępolę na gitarze. W przyszłym roku zamierzam udać się na tournée po ulicach Europy, będę grała tylko piosenki The Cure.

Wywiad przeprowadził Jan Lumholdt


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *