„Matka Polka Feministka” | Recenzja książki Joanny Mielewczyk

Autorka recenzji: Joanna Czubaj

niw„Feminizm kończy się tam, gdzie trzeba wnieść pralkę na szóste piętro”, mówią ci, którzy feminizmu nie lubią. I o ile każda feministka dzielnie odpowie, że tę pralkę sama wniesie, to problem pojawia się dalej. Bo feminizm nie kojarzy się z praniem, ani ze sprzątaniem, zmywaniem, wycieraniem nosów. Więc czy da się być Matką Polką i na dodatek jeszcze feministką?

„Matka Polka Feministka” – tak brzmiał tytuł audycji Joanny Mielewczyk, której przez cztery lata można było słuchać w radiowej Trójce. Jej książka o tym samym tytule to kontynuacja relacjonowanych tam wcześniej historii, ale ich znajomość nie jest konieczna, aby po nią sięgnąć. Mamy więc matki-feministki, ale też ojców-feministów, mamy całe rodziny i samotnych-samodzielnych rodziców. A nawet rodziców bez dzieci.

Autorka zabiera nas w świat zupełnie obcy dla tych, co dzieci nie mają lub dla których rodzicielstwo to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Bo tutaj nic nie jest łatwe. Są to historie niezwykle trudne do opowiedzenia i do odbioru, a ich autentyczność jedynie to wzmaga. Opowieści o trudnościach z zajściem w ciążę, o chorobie dziecka, o wychowywaniu w pojedynkę, o oczekiwaniach i zderzaniu się z rzeczywistością. I z każdej promieniuje cała gama emocji tak silnych, że choćby się chciało całość przeczytać w jeden wieczór, to psychicznie może być z tym bardzo ciężko.

Jest to bardzo dobra książka, która przybliża przeciętnemu człowiekowi rodzicielstwo dalekie od tradycyjnego, ale jest też strzałem w dziesiątkę dla każdej feministki i każdego feministy. Przytoczone historie to świetny sposób na zrewidowanie własnych poglądów i odczuć w kwestiach określanych ogólnie jako światopoglądowe. Joanna Mielewczyk próbuje nam powiedzieć, że nic nie jest takie proste, ale jednocześnie nigdy nie narzuca żadnego zdania. Pozwala swoim bohaterom mówić za siebie. Ona tylko przemyka gdzieś w tle, dając im głos. Nie dobiera ich także tendencyjnie – wręcz przeciwnie – są to takie tematy, które zmuszają do namysłu. Tam gdzie jest chore dziecko, nie jest trudno współczuć, rozumieć. Ale potem jest ciąża groźna dla życia, o którą się jednak walczyło. Jest długo wyczekiwane rodzicielstwo za pomocą in vitro. Jest przerwanie ciąży, którego się do dziś głęboko żałuje. Są problemy tak bardzo z zewnątrz niezrozumiałe: że się nie urodziło siłami natury. Że się nie ma pokarmu. Że to oznacza, że jest się złą matką.

Nie brakuje tu również panów – pojawiają się istotne pytania o ojcostwo i jego miejsce w naszym społeczeństwie. Niektórzy stanęli na wysokości zadania, inni wciąż próbują się w tej kwestii odnaleźć. Z książki jednak wypływa smutny wniosek: o ile na szczeblu rodzinnym wszystko układa się dobrze lub zmierza w tym kierunku, w szerszej perspektywie dla ojców miejsca brak. Na salach porodowych są traktowani jak wrogowie, w publicznych toaletach wciąż brak stanowisk do przewijania dzieci, a o ojcostwie wciąż mówi się, że jest „niemęskie”.

Przyznam się bez bicia, płakałam dwa razy. Tej książki nie powinno się czytać analitycznie, tylko czuć. Wysłuchać tym, którym dano głos.

 

„To zwyczajna rozmowa o rodzicielstwie. O blaskach i cieniach. O radościach i smutkach. O codzienności.”„Matka Polka Feministka” Joanna Mielewczyk.

 

Korekta: Klaudia Głowacz

 


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *