Grzegorz Siemionczyk pisze o dyskryminowaniu kobiet w ciąży przez banki

Grzegorz Siemionczyk / Fotorzepa / fot. Waldemar Kompała
Grzegorz Siemionczyk / Fotorzepa / fot. Waldemar Kompała

Jeśli rok i dziewięć miesięcy gwarantowanych przychodów kobiety we wczesnej ciąży nie zapewnia jej wiarygodności kredytowej, to dlaczego miałyby ją zapewniać np. dwa lata niepewnych przychodów kobiety dopiero planującej ciążę? – pyta na stronie rp.pl Grzegorz Siemionczyk.

ZUS-owi nie wierzą nawet ci, którzy głoszą wyższość sektora publicznego nad prywatnym.

Do tego pysznego wniosku prowadzi przygoda, która spotkała parę moich znajomych.Gdy starali się o kredyt hipoteczny, doradca kredytowy dociekał, pomimo otrzymanych zaświadczeń o zarobkach, czy ona – będąca w widocznej już ciąży – nie jest czasem na zwolnieniu lekarskim lub na urlopie macierzyńskim. Jak wyjaśnił, w takiej sytuacji jej dochody nie zostałyby uwzględnione przy obliczaniu zdolności kredytowej małżeństwa.

A przecież ciężarna kobieta jest chroniona przed zwolnieniem z pracy i ma gwarantowane – przez ZUS – przychody do końca urlopu macierzyńskiego. Być może bank zakłada, że po powrocie z urlopu młode matki automatycznie dostają wypowiedzenie, ale to przecież w perspektywie ponad roku może spotkać każdego pracownika. Ani chybi, bank nie ufa więc ZUS-owi!

Na dobrą sprawę, żeby dochować wierności logice, banki traktujące w ten sposób ciężarne nie powinny w ogóle udzielać kredytów kobietom w wieku rozrodczym (…)

Źródło/Więcej: Grzegorz Siemionczyk, Przychodzi ciężarna do banku…, rp.pl, 23.07.2014.


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *