“Mur duchów” Sarah Moss – publikujemy fragment książki

Mur duchów

Autorka: Sarah Moss

Przekład: Paulina Surniak

Wydawnictwo Poznańskie 2020

 

(fragment)

Wreszcie zapadła ciemność. Ogień trzaskał, między płomieniami widać było drzewa. Miał znaczenie rytualne, tylko i aż. Odsuwaliśmy się od siebie, nikt nie łaknął ciepła. Dym gryzł mnie w oczy, a skała wbijała się w plecy, szorstka tunika drażniła uda. Zsunęłam mokasyn i wyciągnęłam palce w stronę ognia, tak po prostu, żeby sprawdzić, jakie to uczucie. Przecież nie może być ci zimno, powiedział ojciec, chociaż to on rozpalił ogień i nalegał, żebyśmy się wokół niego ze- brali. Może być, jeśli tak postanowię, pomyślałam, ale powiedziałam: nie, tato, nie jest. Przez płomienie widziałam chłopaków – byli pogrążeni w rozmowie i przesuwali się coraz bliżej drzew, jakby zamierzali wtopić się w las i oddalić w jakichś męskich sprawach, na których znałam się prawdopodobnie dużo lepiej od nich. Matka siedziała na kamieniu, tam,gdzie kazał jej usiąść ojciec, tunika brzydko zawinęła się nad jej tłustymi, białymi kolanami, było nudno, a ojciec trzymał nas tu, znużonych, siłą woli. A dokąd to się wybierasz? – spytał, kiedy wstałam. Muszę iść na siku, odparłam, a on burknął coś i rzucił okiem na chłopców, jakby sama wzmianka o czynnościach życiowych mogła rozbudzić ich młodzieńcze żądze. Tylko sprawdź, czy nie będzie cię widać, powiedział.

Za kilka dni wydepczemy ścieżkę do strumienia, ale tej pierwszej nocy pod stopami miałam mech, uginający się w zapadającym zmierzchu, i łany po- ziomek, tak dojrzałych i czerwonych, że zdawały się lśnić w mroku. Przykucnęłam, żeby zerwać garść; po- wędrowałam dalej, jedząc je prosto z dłoni i całując ją przy tym. Między gałęziami śmigały nietoperze, nadając płaskiemu niebu głębię – wtedy je jeszcze słyszałam. Dziwnie było tak iść w butach z cienkiej skórki. Tylko warstwa pożyczonej – skradzionej – skóry oddzielała moje stopy od patyków i kamieni, od wilgoci i miękkości lasu. Dotarłam nad strumień i kucnęłam przy nim, zanurzyłam palce i nasłuchiwałam. Woda szemrząca wśród kamieni i torfu, szelest liści nade mną, beczenie owiec na wzgórzu. Przez buty sączyła się rosa. Strumyk tarmosił koniuszki moich palców, a wrzosy badały moje nogi, nagie pod tuniką. Nie żebym nie rozumiała, dlaczego ojciec kocha te miejsca, to życie na powietrzu. Nie żebym wolała przebywanie pod dachem.

Kiedy wróciłam, matka klęczała przy ognisku, choć nie wznosiła modłów – przekładała ciężkie kawałki darni leżące na stosie. Sil, pomóż nam, poprosiła, po- wiedział, że można zakryć nimi ogień na noc i zdjąć je rano, że tak to wtedy robiono. W dawnych czasach. Jasne, odparłam i uklękłam obok, ale zakładam, że pominął milczeniem drobną informację: w dawnych czasach ktoś im pokazywał, jak to zrobić, a nie tylko wydawał polecenia i spierdalał. Cóż, powiedziała, raczej i tak to wiedzieli, prawda? Nie trzeba im było pokazywać, uczyli się tego od matek, i nie przeklinaj, usłyszy cię.

Spaliśmy w okrągłym domu, rodzice i ja. Studenci zbudowali go na początku roku w ramach zajęć z „archeologii eksperymentalnej”, ale twardo sprzeciwiali się opinii mojego ojca, że wszyscy powinniśmy spać w nim razem. Nie można zakładać, że gospodarstwa domowe w starożytnej Brytanii przypominały współczesne, twierdził ojciec, więc jeśli studentom zależy na autentyczności, powinni spać z nami na nieoheblowanych pryczach, wymoszczonych skórami jeleni, podarowanymi nam przez sędziwego właściciela miejscowego dworu. A przynajmniej przez kogoś z jego służby, jako że pan domu mieszkał w Londynie i na pewno nie spędzał lata w hrabstwie Northumberland. Profesor Slade stwierdził, że cóż, i tak nie ma mowy o autentyczności, zresztą nie o to chodzi, celem zajęć miało być posmakowanie życia w epoce żelaza i ewentualnie przyjrzenie się konkretnym procesom i technologiom. Niech sobie śpią w namiotach, jeśli wolą, powiedział, w epoce żelaza prawdopodobnie też istniały namioty. Ze skóry, odparł ojciec, a nie z jakiegoś wymyślnego nylonu. Namiot, w którym sypialiśmy na wakacjach, był z płótna w kolorze morelowym i prawdopodobnie pamiętał czasy drugiej wojny światowej. Zauważyłam, że studenci rozbili swoje nieautentyczne, kolorowe, wodoodporne, nylonowe namioty na polanie z tyłu, a dzięki drzewom i zboczu nie było ich widać ani z chaty, ani z większego namiotu profesora, rozstawionego w pobliżu leśnej drogi, przy której zaparkował samochód. Mogłabym spać w namiocie, tato, powiedziałam, ty i mama mielibyście trochę prywatności. Ale tacie nie zależało na prywatności, wolał mnie mieć na oku. Nie bądź głupia, odparł, przecież nie możesz spać z chłopakami, powinnaś się wstydzić. Zresztą prywatność to nowoczesny wymysł, wszyscy kryją się przed sobą i robią, co chcą, a przecież od tego właśnie chcemy uciec, będziesz spała z nami. Nie wiem, co zdaniem ojca miałabym przeskrobać, ale bardzo starał się mnie upilnować.

Prycze były dokładnie tak niewygodne, jak można się było spodziewać. Odmówiłam spania w drapiącej tunice, na co nalegał ojciec, skoro nie było żadnych dowodów na to, że tak właśnie wyglądał nocny albo dzienny strój mieszkańców starożytnej Brytanii; niestety wypchany słomą worek kłuł nawet przez bawełnianą piżamę, śmierdział farmą i szeleścił przy każ- dym ruchu, jakby harcowały w nim jakieś małe ssaki. W chacie panowała całkowita, niepokojąca ciemność. Leżałam na plecach i przesunęłam dłońmi przed twarzą, ale niczego nie dostrzegłam. Ojciec odwrócił się, westchnął i zaczął chrapać, posapywał nisko i nieregularnie, a myśl o spaniu w takich warunkach wydawała mi się niedorzeczna. Mamo, wyszeptałam, mamo, nie śpisz? Cśiii, syknęła, śpij. Nie mogę, odpowiedziałam, tato za głośno chrapie, nie mogłabyś go szturchnąć? Ćsiii, odparła, śpij, Silvie, zamknij oczy. Obróciłam się na bok, twarzą do ściany, a potem z powrotem, bo odwracanie się plecami do ciemności nie wydawało się dobrym pomysłem. A co, jeśli w słomie są jakieś owady, kleszcze albo pchły, co, jeśli wejdą mi do piżamy, co, jeśli jakiś robal siedzi mi już na stopie, a może wchodzi po nodze, podskakuje, gryzie i znowu podskakuje, a następne już wyłażą z worka, prosto na moje plecy, na ramiona i szyję… Silvie, syknęła mama, przestań się tak wiercić i idź spać, serio, działasz mi już na nerwy. On też mi działa na nerwy, odparłam, słychać go pewnie w Morbury, nie wiem, jak możesz to wytrzymywać. Chrząknął i się poruszył. Chrapa- nie ucichło i obie zamarłyśmy. Cisza. Może przestał oddychać, pomyślałam, może to już, koniec, ale wtedy znowu się zaczęło, piłowanie kartonu zębatym nożem. Kiedy się obudziłam, przez wiszącą w drzwiach owczą skórę sączyło się światło. Profesor mówił, że w epoce żelaza prawdopodobnie nie hodowano owiec, ale skoro nie wolno nam zabijać zwierząt metodami dawnych myśliwych, musimy wykorzystać to, co mamy, a łatwiej kupić skóry owcze niż jelenie. I choć cieszyłam się na myśl, że nie będziemy patroszyć jeleni nożami z krzemienia, pomyślałam, że wzbraniając się przed rozlewem krwi, profesor schrzanił cały pomysł rekonstrukcji życia ludów zbieracko-łowieckich. Nazwa mówi sama za siebie, co nie, wymamrotałam, łowcy-zbieracze. Co powiedziałaś? Może powtórzysz to profesorowi Slade’owi? – spytał tato. Och, mów mi po imieniu, jestem Jim, odparł profesor. I nie przejmuj się, też mam dzieci w tym wieku, wiem, jak to jest. Jasne, pomyślałam, ale twoich dzieci tu nie ma, prawda? Zapewne pojechały z mamą w jakieś fajne miejsce, może do Francji albo do Włoch.

Przewróciłam się na plecy, całkiem już zesztywniałe, i walnęłam łokciem o skraj deski, na której leżał worek ze słomą. Zsunęłam się ostrożnie, żeby nie wbić sobie żadnej drzazgi, i stanęłam boso na gołej ziemi, suchej i zakurzonej. Było prawie ciemno, ale widziałam, że prycze rodziców są puste, a zarys stojącego na środku chaty słupa nikł w mroku pod sklepieniem. Niektórzy ludzie z epoki żelaza trzymali na krokwi nadpalone  szczątki  przodków,   związane  w  kucki    i spoglądające pustymi oczami w dół. Pod progiem zakopywano czasem kawałki ciał zmarłych dzieci, miały przynosić szczęście albo chronić od złego.

Mama kucała przy palenisku, rozdmuchując żar. Obok niej leżał stosik darni. Czyli działa, zauważyłam. Jak ci się udało zdjąć darń i się przy tym nie poparzyć? Wzięła głęboki wdech, pochyliła się i dmuchnęła przez ściągnięte wargi na resztki żaru. Polana zatliły się w blasku słońca. Zamigotały rzucane przez liście cienie. Z wielkim trudem, odparła, sama spróbuj, mam już totalnie zajechane kolana. Przyklękłam i oparłam się na łokciach. Miałam nadzieję, że nie zjawią się zaraz studenci i nie zobaczą mojego wypiętego tyłka. Zaczęłam dmuchać. Uważaj na włosy, powiedziała mama. Już, oznajmiłam. Pali się. Co jemy na śniadanie? Potrząsnęła głową. Owsiankę, odparła, chociaż pewnie nazwałabyś to kleikiem, nie ma mleka, no i to nie jest owies, raczej żyto, tak mi się wydaje. Byle nie jęczmień, bo nie ugotuje się do Bożego Na- rodzenia. Jest miód? – spytałam, bo nie znosiłam owsianki i jadłam ją tylko z dużą ilością syropu. Tato upierał się przy owsiance z solą, chociaż jej nie lubił, raczej wierzył w nią tak, jak inni wierzą w homeopatię albo w wodę święconą. Wszędzie ten rak, powiedział, kiedy zdiagnozowano mamy znajomą, ludzie powinni jeść więcej błonnika, a nie ciągle te przetworzone świństwa, płatki śniadaniowe i inne takie, wolałbym już jeść karton. Mamo, a co z obiadem i podwieczorkiem? – zapytałam. Zjemy to, co nazbierasz, odpowiedziała, może ryby, no i powinno być pełno jagód, jest lato. Nie „zbiera się” ryb, pomyślałam, trzeba je zamordować i ja tego na pewno nie zrobię, ale nie powiedziałam tego, dołożyłam za to do ognia: trochę chrustu i jeden z wyschniętych pniaków, które studenci porąbali w ramach doświadczania życia z epoki żelaza.


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *