TELEFON DLA KOBIET
DOŚWIADCZAJĄCYCH PRZEMOCY

888 88 33 88

CZYNNY PONIEDZIAŁEK-PIĄTEK
OD  11.00 DO 19.00

„Nazywam się. Moja historia”, Chanel Miller, przekład Kamila Slawinski, fragment książki [trigger warning]

Chanel Miller, autorka książki

Na początku nieźle mi szło rozdzielanie tych dwóch tożsamości. Nikt by się nie domyślił, że cierpiałam. Ale jeśli przyjrzeć się dokładniej, można było dostrzec wszystkie pęknięcia.

Tytuł: Nazywam się. Moja historia

AutorkaChanel Miller

Przekład: Kamila Slawinski

Wydawnictowo Marginesy

Fragment książki

Emily i ja żyłyśmy osobnym życiem. Cudownie zwyczajne dni wypełniały ruch i tekstury; świeży łosoś z chrupiącą skórką na kolację, długie rozmowy telefoniczne z Lucasem, wycieczki rowerowe z tatą przez chrupki piasek i kępy solirodu w Baylands. Na walentynki przygotowałam dla wszystkich kolegów i koleżanek z biura kartki w kształcie serca z własnoręcznie wypisanym wierszykiem w środku. Wystawiałam faktury, lizałam koperty, wąchałam śmietankę do kawy, by się upewnić, że nie jest zepsuta. Rysowałam słupy telefoniczne i śmieszne ptaszki, popijałam kawę w towarzystwie siedzących po turecku przyjaciół. Na zewnątrz życie toczyło się nieprzerwanie swoim torem. Emily zamieszkała w ciasnym i ograniczonym światku. Nie miała przyjaciół, pojawiała się tylko od czasu do czasu, by stawić się w sądzie, na komisariacie albo na schodach, skąd wykonywała telefony. Nie podobało mi się, że jest taka krucha, że tak cicho mówi, jej niewiedza irytowała. Wiedziałam, że pragnęła, bym ją żywiła, akceptowała jej istnienie, dbała o nią, ale celowo ignorowałam te potrzeby. Nie miałam zamiaru uczyć się, jak działa system sądowy, odmawiałam udziału w terapii. „Nie potrzebujesz tego”,mówiłam jej.

Na początku nieźle mi szło rozdzielanie tych dwóch tożsamości. Nikt by się nie domyślił, że cierpiałam. Ale jeśli przyjrzeć się dokładniej, można było dostrzec wszystkie pęknięcia. Wiele razy zdarzało się, że zasypiałam zapłakana, a nazajutrz przychodziłam do pracy z nabrzmiałymi i opuchniętymi powiekami. Zaczęłam trzymać w zamrażalniku łyżeczkę i przyciskałam lodowaty metal do oczu, jednocześnie szczotkując zęby. Wkładałam kostki lodu do zasuwanej plastikowej torebki i przyciskałam ją do twarzy jedną ręką, drugą dłoń trzymałam na kierownicy i jechałam tak do pracy, przy dźwiękach rozgłośni KQED. Gdy wieczorami wracałam do samochodu, zamknięty szczelnie woreczek z letnią wodą czekał w uchwycie na kawę; wylewałam jego zawartość na trawnik.

Ktoregoś dnia powiedziałam szefowej, że muszę wyskoczyć na chwilę po połodniu, bo mam wizytę u lekarza.

– Czy wszystko w porządku? – zapytała.

Machnęłam ręką, mówiąc, że to tylko wizyta kontrolna.

Gdy nadszedł czas, pojechałam do sądu. Po drodze zamieniłam się w Emily, pozwalając, by ciepło dnia uleciało.

Zajechałam na parking; przysadzisty budynek wydawał się nieprzenikniony, pozbawiony współczucia, zimny. Gmach sądu przypominał klinikę opuszczoną w latach sześćdziesiątych. Anteny satelitarne i stalowe pręty sterczały z dachu. Dwie brzozy wyłaniały się z ziemi niczym kości, czarne gałązki zwisały jak cienkie włosy. Przeszłam przez szklane drzwi do bramki bezpieczeństwa, wytarłam buty o postrzępioną wycieraczkę. Zauważyłam kłąb poplątanych kabli, puszkę lizolu, dwie pomarańcze, metalowy termos, rząd ekranów ułożonych w szachownicę. Za biurkami sześciu strażników w beżowych mundurach rozpierało się na poplamionych krzesełkach na kołkach. Włożyłam portfel do plastikowego pojemnika i przeszłam przez chybotliwą bramkę kontrolną. Patrzyłam, jak jeden z mundurowych przegrzebuje moją torebkę. Gapiłam się w głąb białego korytarza, na ostre światło świetlówek uwięzione w plastikowych kloszach na sufi cie. Strażnik popchnął pojemnik w moją stronę; stałam niemo po drugiej stronie bramki.

– Wie pani, dokąd iść? – zapytał.

Potrząsnęłam głową.

Wskazał wiszącą na ścianie tablicę informacyjną. Czwarte piętro. Drzwi windy otworzyły się na kolejną pustą przestrzeń. Na końcu korytarza znajdowało się dwoje drewnianych drzwi. Te po prawej prowadziły do małej poczekalni, którą później nazwałam „przechowalnią ofiar”. Miałam spędzić w niej wiele godzin. Za drzwiami po lewej rozciągał się pokój pełen szarych boksów i wielgachnych drukarek, a dalej biuro Alaleh. Z prawej strony obydwu tych drzwi znajdowało się długie wąskie przejście prowadzące do sali sądowej.

Miałam po raz pierwszy spotkać się z Alaleh oraz doradczynią Bree. Rodzice też już byli w drodze. Pytałam ich, czy powinnam przynieść prokuratorce kwiaty, żeby podziękować. Odpowiedzieli, że o kwiatach mogę pomyśleć, jak już wszystko się skończy. Ja jednak spodziewałam się, że to będzie pierwsze i ostatnie spotkanie; potrzebowałam prokuratora, żeby wynegocjować warunki ugody i zamknąć sprawę. Nie wiedzieliśmy, że miną jeszcze cztery lata, zanim to nastąpi. Bree była po dwudziestce, miała długie kasztanowe włosy i piegi, sprawiała wrażenie przystępnej i ciepłej osoby. Alaleh miała ciemne włosy, skórę koloru orzechów laskowych i szeroki uśmiech. Włożyła dopasowany żakiet i czółenka na obcasie, barwy świeżego szpinaku. Wyglądała na trzydzieści parę lat, promieniowała dobroduszną energią i naturalną siłą. Za każdym razem, gdy ją widziałam, miała kolczyki w kolorze kwiatu mleczu i paznokcie różowe jak fuksja – nieliczne kolorowe plamki wśród dymnej szarości. Jak dowiedziałam się później, pochodziła z rodziny irańskich imigrantów; jej rodzice prowadzili irlandzki bar, gdzie pracowała w czasie studiów prawniczych. Usiadłam pośrodku, mama po mojej lewej, tata po prawej stronie; Alaleh zajęła miejsce za dużym biurkiem. Framuga okna obramowywała szczyty drzew, półki na ścianach wypełniały stosy żółtych biurowych teczek. Widziałam, jak liście za oknem podrygują na wietrze, ale w pokoju panował całkowity bezruch. Z góry dało się zauważyć sklepik Mollie Stone, wspominałam witrynę w środku, z której śpiewały mechaniczne kolby kukurydzy i krowy, a Tiffany i ja klaskałyśmy. Oglądać rodzinne miasto z okna na czwartym piętrze i pozostawać od niego odciętą – było w tym coś surrealistycznego. Mama otuliła miękko moją dłoń swoimi dłońmi i masowała akupresurowe punkty nacisku. Zastanawiałam się, czy trzymając mamę za rękę, wyglądałam jak dziecko, ale dla niej dotyk i jedzenie zawsze stanowiły podstawowe formy komunikacji. Zauważyłam, że w amerykańskiej kulturze dziewczyny codziennie rozmawiały z matkami przez telefon, dzieląc się przepisami na zupy, problemami z chłopcami albo radami dotyczącymi prania. Zawsze fascynowały mnie takie rozmowy. Przez całe życie słyszałam, jak mama wpisuje angielskie zwroty do elektronicznego słownika, a maszyna odczytuje na głos słówka, których chciała się nauczyć: „Spaghetti. Ironia. Zatracony. Massachusetts”. To piąty głos, jaki słyszało się w domu. Mama mówiła na przybory toaletowe „prze bory toaletowe”. Gdy wykrzykiwała „Jezus, Maria i anieli!” długo myślałam, że mówi „Jezus Maria Anieli”, bo brzmiało to jak nazwisko. Wiem, że jej naznaczona obcym akcentem angielszczyzna wielu osobom wydawała się kulawa i pozbawiona finezji, ale kryły się w niej iskierki geniuszu. Zawsze na progu czekały na nas paczki; patrzyłam, jak mama wyciąga z opakowań fistaszków kupony nagród wypisane po chińsku, jak gdyby zwyczajnie odpakowywała gruszki z warzywniaka. Mogłam z nią rozmawiać o śmierci, miłości, zagranicznych filmach i na uniwersalne tematy, wspólne dla wszystkich kultur. Ale kiedy chciała okazać, że się o mnie martwi, zwykle przygotowywała gigantyczną michę klusek albo pocierała mi skronie czubkami palców, a stres ulatniał się pod jej dotykiem.

Alaleh chciała dowiedzieć się o mnie trochę więcej. Czy mieszkam w Palo Alto? Czy pracuję, jakie mam doświadczenia z alkoholem? Powiedziałam, że studiowałam na uniwersytecie stanowym Kalifornii w Santa Barbara. Sama zauważyłam, że zaczynam się tłumaczyć – UCB  słynęło z ostro zakrapianych imprez. Przyznałam, że pijałam alkohol na studiach, głownie ze studentami literatury, na spotkaniach, gdzie ktoś czytał wiersze ze szczytu drabiny albo na domówkach inspirowanych Davidem Bowiem. Spotykałam się z chłopakiem o imieniu Lucas; owszem, zdarzyło się wcześniej, że fi lm mi się urwał. Zanim się zorientowałam, paplałam bez sensu, nie wiedząc do końca, co zamierzałam powiedzieć. Chciałam, żeby zobaczyła, że jestem normalną osobą; jasne, piję alkohol, ale nie znajduję żadnej przyjemności w tym, jak ktoś mnie penetruje, gdy leżę nieprzytomna. Alaleh powiedziała, że rozumie, też kiedyś była studentką.

Tata zaczął zadawać pytania, słyszałam frustrację w jego głosie. Ten sam kwaśny, zirytowany wyraz twarzy widziałam u niego, gdy podróżowaliśmy i nasz lot się opóźniał.

– Znaczy… jaki facet… jak mógł, nie rozumiem… ależ czy to nie idiotyczne, jeśli… proszę mi nie mówić, że to posunie się dalej.

– Niewątpliwie… niestety tak to jest…. wiem, że trudno panu… na szczęście mamy wiele… najlepiej poczekać i zobaczyć. – Alaleh nie rozwiała jego wątpliwości. Zasugerowała jednak, że to dopiero początek i trudno cokolwiek przewidzieć.

Dopiero później dowiedziałam się, że Alaleh spotkała adwokata Brocka, który zapewnił, że jedynym zarzutem przeciwko jego klientowi będzie wykroczenie, zakłócanie porządku publicznego. Już wtedy wypowiedziano mi wojnę, ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Uderzyło mnie, jak mało wiem o całym postępowaniu, jak nieświadoma byłam, kiedy się zgodziłam. Oczekiwałam, że spędzę tu godzinę, kryjąc się za rodzicami, którzy ochronią mnie w tym nieprzyjaznym otoczeniu. Teraz czułam, jak z rąk rodziców przechodzę w ręce prokuratorki.

Jeśli postanowimy kontynuować sprawę, zostanę całkiem sama, pod mikroskopem, przy pulpicie dla świadków i mama nie będzie już trzymać mnie za rękę. Moj charakter był atutem, którego potrzebowała prokuratorka. Niewykluczone, że obserwują mnie detektywi. Musiałam utrzymać dobrą opinię, nie mogłam ryzykować. „Zachowuj się wzorowo”. Rozważyłam to w myślach. Jeśli nadal będę pić alkohol, czy obrona stwierdzi, że nie odniosłam żadnej szkody? Czy jeśli opublikuję w internecie uśmiechnięte zdjęcie z imprezy, adwokat oświadczy, że nigdy naprawdę nie cierpiałam? A co najgorsze: jeśli kiedyś znów padnę ofiarą napaści seksualnej, czy ludzie uznają, że to ze mną, nie z Brockiem, jest coś nie tak, skoro zostałam zaatakowana dwukrotnie? Po spotkaniu długo siedziałam w samochodzie niezdolna wrócić do pracy. Nie utwierdzono mnie w przekonaniu, którego chciałam się trzymać; pragnęłam wierzyć, że to wszystko minie.

– Cierpliwości. To powolny, długi proces. Na razie wróćcie do normalnego życia – mówiła Alaleh.

Powiedziałam szefowej, że poszłam do lekarza, ale wizyta przypominała raczej rozmowę kwalifikacyjną. Decydowano teraz, czy jestem dobrą ofiarą: Czy ma opinię uczciwej? Czy to przetrzyma? Czy ława przysięgłych ją polubi? Czy wytrwa z nami do końca? Wyszłam stamtąd, czując się, jakby mi powiedzieli: „Dostałaś pracę!”. Nie chciałam tej posady. Chciałam odzyskać dawne życie. Ale tak po prostu pozwolić mu wyjść na wolność? Nie mogłam do tego dopuścić. Powiedziano mi, że do mnie należy decyzja o postawieniu zarzutów, ale czasem czuję, że tak naprawdę nie miałam wyboru.

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ostatnie wpisy