W jaki sposób “premia dla żony”, którą wypłaca mi mój mąż sprawia, że jestem lepszą mamą

To okropne, że muszę zacząć ten artykuł od wyjaśnienia, że moja córka jest najpiękniejszym darem i największą radością jaką dostałam od życia.

Tekst: Polly Phillips

Niestety ogromna fala krytyki, która spadła na mnie po opublikowaniu artykułu, w którym dumnie ogłaszam, że mój mąż płaci mi „premie dla żony” za to, że zostaję w domu i opiekuję się naszą córką, spowodowała, że takie wyjaśnienie było konieczne.

Teraz opowiem wam, czemu mimo przeogromnej miłości jaką czuję do mojej córki, nadal potrzebuję finansowej motywacji do opiekowania się nią. I wierzę, że czyni mnie to lepszym rodzicem.

q

Świadomość, że z końcem roku czeka mnie materialne wynagrodzenie daje mi poczucie bezpieczeństwa i spokoju, szczególnie w momentach, gdy rozhisteryzowany brzdąc nagle, nie wiadomo dlaczego, postanawia ubrać się w swoje śniadanie, zamiast je zjeść.

I podczas gdy oglądanie, jak moja córka się rozwija, jest cudowne, to codzienna harówka może naprawdę dać ci w kość, bo przecież cały dzień spędzasz na spełnianiu jej kaprysów i zachcianek, za które jej ubogie słownictwo nie pozwala nawet powiedzieć „dobra robota mamo” albo „dzięki”.

Może obraz mojej osoby jako kogoś, która spodziewa się wszędzie nagrody nie jest zbyt uroczy, ale myślę, że nie tylko ja jestem w takiej sytuacji. Przecież wszyscy lubimy być nagradzani i chwaleniu, gdy zrobimy coś dobrze, prawda?

Moja córka była bardzo wyczekiwanym dzieckiem, po urodzeniu martwych bliźniaków bardzo długo musieliśmy się o nią starać.

w

Mimo tragedii, która towarzyszyła nam cały czas, gdy czekaliśmy na naszą córeczkę, dopiero w momencie, gdy przywieźliśmy ją do domu, zdałam sobie sprawę, jak słabo jestem przygotowana do tego, co mnie czeka, zresztą jak wiele innych kobiet w początkach swojego macierzyństwa.

Bardzo często matki mówią o tym, jak potrafiły godzinami wpatrywać się w swoje nowonarodzone maleństwo – ja do nich nie należałam.

Gdy tylko doszłam do siebie (podczas porodu straciłam prawie 9,5 litra krwi, co sprawiło, że poważnie zaczęliśmy zastanawiać się nad „bonusem dla żony”), z tego wszystkiego prawie chodziłam po ścianach.

Dni spędzałam według grafika karmienia i spania, i największym moim wyzwaniem było to, ile tur prania uda mi się wstawić, podczas gdy moją córka spała – jeśli w ogóle spała.

Jak większość ludzi, wiem, co to znaczy wykonywać nudną pracę, miałam takie w przeszłości, ale nawet w najnudniejszym biurze coś się dzieje, są rozmowy, kontakty z ludźmi. Spędzając dni z moją córką w domu czułam się bardzo samotna.

Mąż Polly rozumie, że jego żona potrzebuje dodatkowej motywacji

Jednak oboje z mężem stwierdziliśmy, że moja uwaga jest bardzo potrzebna naszej malutkiej córce i na szczęście byliśmy w tak komfortowej sytuacji, że mogliśmy sobie na to pozwolić.

Bardzo wcześnie straciłam moją mamę, więc tym bardziej wiedziałam, jak ważne jest to, aby została w domu, mimo że czasem prawie nie dawałam rady. Nie oczekuję, że komuś będzie mnie żal – sama podejmowałam decyzje w swoim życiu i zawsze byłam szczęśliwa, że mogę to robić samodzielnie. Uważam po prostu, że jestem bardziej szczera niż większość ludzi, bo przyznaję się, że nie zawsze cieszę się z roli, którą sobie wybrałam

Zanim zostałam matką, byłam całkiem dobrą brokerką ubezpieczeniową i pewnie dlatego brakowało mi tej zaciętej rywalizacji oraz stymulacji, jaką daje rozmowa z dorosłymi (od pogawędek przy kawie do spotkań zarządu). Nie mam zamiaru kłamać; tęskniłam także za pieniędzmi.
Sporo zarabiałam i korzystałam z wolności, jaką to daje –  wyjeżdżałam na drogie wakacje i robiłam częste wypady na zakupy. Gdy rzuciłam pracę, aby przeprowadzić się za granicę, gdzie mój mąż dostał awans, a potem poświęcić się trudom starania się o dziecko, mój mąż jasno powiedział mi, że jego konto należy teraz także do mnie i śmiało mogę korzystać z niego jak tylko mi się podoba.

Nie miałam żadnego problemu z tym, aby korzystać ze wspólnego konta, jednak dziwnie bym się czuła, gdybym miała z niego opłacać kolejną parę butów czy torebkę, co w ogóle mi nie przeszkadzało, gdy miałam swoje pieniądze.

Mimo, że wiedziałam, że mój mąż nie miałby nic przeciwko, abym sprawiała sobie takie przyjemności, to jednak opłacanie moich małych szaleństw z konta, którego głównym przeznaczeniem były zakupy dla naszej rodziny, wydawało mi się zbyt nieodpowiedzialne.
Pewnego dnia, żona jednego z kolegów mojego męża, zapytała mnie, co dostaję jako „dodatkowe wynagrodzenie” i wyznała, że duża część jej kolekcji torebek, to prezenty od męża, które dostaje na koniec każdego roku finansowego. To właśnie wtedy zaczęłam myśleć o pieniężnym wynagrodzeniu dla siebie.
Pomyślałam sobie, że dzięki mojej pracy w domu odciążam mojego męża, który może bardziej skupić się na swojej karierze, więc bezpośrednio przyczyniam się do jego wyników. I gdy jego szef przyznaje mu coroczną premię za dobrze wykonaną pracę, czy ja również nie powinnam takiej dostać za swój wysiłek? Reszta naszych dochodów była dzielona po równo, więc dlaczego nie mogłoby być tak z premią?

Mojemu mężowi od razu spodobał się ten pomysł i stwierdził nawet, że cieszy się, że istnieje jakiś nieprotekcjonalny sposób docenienia tego, jak trudne jest zostanie w domu, aby poświecić się dzieciom, podczas gdy twój współmałżonek codziennie wychodzi do pracy. To on zaproponował, abyśmy przeznaczyli po 20% z jego rocznej premii dla każdego z nas, a resztę zatrzymali w banku.
Pomimo, że zostałam oskarżona przez niektórych o zdradę mojej płci i cofnięcie feminizmu do lat 50tych, to głęboko wierzę w to, że równe współdzielenie korzyści, które daje jego kariera, pokazuje jak bardzo mój mąż ceni mnie jako matkę i docenia poświęcenie, którego dokonuję zostając w domu z dzieckiem.
Oddając  mi części swojej premii, mój mąż nie traktuje mnie protekcjonalnie i nie wypłaca mi nagrody za bycie „dobrą żonką”, tylko dokonuje zwykłego podziału dochodów.

Ponieważ mój bonus zależy od wysokości jego premii, nie widzę, jak można postrzegać to jako patriarchalne ocenianie mojej – często wątpliwej – jakości pracy w domu. Ani ja ani on nie mamy wpływu na wysokość jego rocznej premii – jest ona zależna od pracodawcy i sytuacji na rynku.
f

Może to było naiwne z mojej strony, ale byłam zszokowana ilością zjadliwej krytyki naszego rozwiązania.

Oprócz wielu uwłaczających uwag na temat mojego wyglądu, ludzie oskarżali mnie także o bycie zwykłą naciągarą.

Według mnie istnieje również inny ważny temat oprócz “bonusu dla żony”. Jako ktoś, kto miał na tyle szczęścia, aby móc zrezygnować z pracy, aby zająć się dzieckiem, jestem jednak finansowo zależna od mojego męża, bez względu na to czy mam prawo do współdzielenia jego premii. Z kolei, jeśli wróciłabym do pracy i zatrudniła kogoś do opieki nad moją córką, jestem pewna, że znalazłaby się taka grupa osób, której by to się nie spodobało, bo przecież nie powinnam zostawać matką, skoro potem mam zamiar płacić komuś za opiekę nad dzieckiem.

Macierzyństwo nauczyło mnie, że obojętnie, jak będziesz wychowywać swoje dzieci, zawsze znajdzie się ktoś, kto chętnie powie ci, że robisz to źle. Jestem zawiedziona ogromem ludzi, którzy wyciągnęli pochopne wnioski z mojej historii nazywając mnie materialistką albo egoistką, tylko na podstawie tego, w jaki sposób wydaję swoje pieniądze.

Jednak jestem przekonana, że daję swojej córce przykład kobiety, która jest kochana i doceniana przez swojego męża, i która mimo porzucenia pracy dla opieki nad dzieckiem, stara się stworzyć trochę finansowej niezależności dla siebie zanim wróci do pracy.

Oczywiście nie uważam, że jestem wyjątkowa i warta więcej niż każda inna żona – ale naprawdę uważam, że każdy/a, kto przedkłada potrzeby partnera/-ki nad swoje, zasługuje na wsparcie i uznanie dla roli, którą pełni.

Według mnie, właśnie to jest ważne w dobrym związku, a także w dobrym rodzicielstwie…

Źródło: uk.lifestyle.yahoo.com

Tłumaczenie: Agata Skowrońska – wolontariuszka Feminoteki.

logo batory

Rozwój wolontariatu w fundacji Feminoteka jest możliwy dzięki dofinansowaniu rozwoju instytucjonalnego w ramach Programu Obywatele dla Demokracji finansowanego z Funduszy EOG.

 


6 komentarzy

  1. Chyba w tłumaczeniu coś się pokręciło – 9,5 litra krwi to prawie dwa razy tyle, ile ma przeciętnych rozmiarów człowiek.

  2. Używamy takiego określenia, jak objętość krwi krążącej i przeliczamy przeważnie jej 80 miligram na kilogram masy ciała – wyjaśnia Joanna Wojewoda, kierownik działu krwiodawców Centrum Krwiodawstwa w Warszawie. Przeciętny człowiek posiada w swoim organizmie od 5 do 7 litrów krwi. Różnica w objętości zależy od między innymi płci i rasy.

    http://www.polskieradio.pl/10/484/Artykul/1217836,Ile-litrow-krwi-jest-w-ludzkim-ciele

    wiec nie jest mozliwe, ze autorka stracila 9,5 litra krwi…

  3. Całkowicie się z Panią zgadzam. Rzadko zdarza mi się komentować artykuły w internecie, ale porusza Pani temat, o którym kobiety często wstydzą się mówić. Wiele jest matek, które rezygnują z pracy dla dzieci i zajmują się domem. Praca w domu nie jest wcale łatwa. To nie jest po prostu “odbębnienie” swojego i do domu. Nad dzieckiem czuwa się 24h na dobę 7 dni w tygodniu i jeszcze trzeba znaleźć czas na gotowanie, pranie, sprzątanie itd. To prawda, że dziecko jest największym szczęściem jakie nas może spotkać, ale nie cały czas jest kolorowo. Czasem człowiek ma po prostu wszystkiego dość. Uważam, że nikt nie może mówić o żadnym naciąganiu Pani męża czy nazywać Panią materialistką. To Państwa sprawa i sami ustaliliście zasady, tym bardziej, że obie strony je akceptują. Kobieta – matka ma prawo być chwalona, wynagradzana, bo to co robi jest niezwykle ważne i wcale niełatwe. Gratuluję świetnego artykułu i pozdrawiam serdecznie 🙂

  4. Szkoda, że ja nie mam takich problemów. Mój chłopak pracuje na dwa etaty, ja dorabiam, premii nie dostał nigdy, cały dzień siedzę z dwójką dzieci. “Prezent za zajmowanie się dzieckiem”…
    Miastowe fanaberie.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *