Znajdźcie mi nie-seksistę! Czyli o trwałości dyskryminacji

Znajdźcie mi nie-seksistę! Czyli o trwałości dyskryminacji

Tekst: Małgorzata Anna Maciejewska

Dlaczego kobiety wciąż są dyskryminowane, chociaż walka o równouprawnienie trwa już tak długo? Dlaczego nadal praktycznie nie ma ich na szczytach władzy? Nie tylko w polityce czy biznesie, ale także wśród naukowych czy kulturowych autorytetów im wyżej, tym mniej kobiet – dlaczego niezliczone analizy opisujące mechanizmy szklanego sufitu niewiele tu zmieniły? Podobnie rzecz ma się z innymi płaszczyznami dyskryminacji: chociaż niewolnictwo zniesiono półtora wieku temu, Afroamerykanie pozostają na dnie drabiny społecznej. Świetnie mają się też uprzedzenia klasowe czy homofobia.

Będę starała się pokazać, że trwałość dyskryminacji wypływa ze złudzenia, że istnieją ludzie od niej wolni. Mój tekst idzie zatem pod prąd typowych analiz podejmujących tę problematykę, które często opierają się na założeniu, że pod mechanizmy dyskryminacji nie podpadają ich autorzy, ale jedynie jacyś „oni”: niedojrzali, agresywni i zamknięci na to, co inne. W ten sposób pewni ludzie (zwykle wywodzący się z klas niższych) zostają naznaczeni piętnem uprzedzonych, inni zaś przyjmują rolę światłych edukatorów z definicji niemających nic wspólnego z dyskryminacją. Otóż nie, w patriarchalnym systemie nie istnieją nie-seksiści. I paradoksalnie właśnie to twierdzenie jest konieczne, by móc z seksizmem walczyć, bo uprzedzenia są najtrwalsze i najbardziej zjadliwe właśnie tam, gdzie „z definicji” nie ma prawa ich być.

Jakiś czas temu Kindze Dunin zadano pytanie: dlaczego w KP nie ma felietonów kobiet? Wywołana do odpowiedzi autorka proponuje ironiczne odpowiedzi typu: kobiety są głupsze, felietony pisują jedynie kobiety brzydkie i niezaspokojone seksualnie, a takie nie mogą przecież mieć nic ciekawego do powiedzenia, albo też kobiety nie są wystarczająco ekshibicjonistyczne i zajmują się nieznaczącymi drobiazgami. Ale nawet znana z bezkompromisowości „wojująca feministka” nie odpowie wprost: bo ich, drodzy koledzy, nie publikujecie. Bo zwyczajnie je odrzucacie lub ignorujecie.

Dlaczego równa ochrona nie chroni?

Jak to się zatem dzieje, że dobrzy i oświeceni dyskryminują? Reva Siegel zapytała swoich studentów, czy niewolnictwo jest złe – tak, oczywiście.1 Czy w takim razie autorzy amerykańskiej konstytucji, która je sankcjonowała, byli złymi ludźmi godnymi potępienia, a nie miejsca w narodowym panteonie? Ależ skąd! To po prostu były inne czasy, wtedy to było normalne. Czy może zatem pewne współczesne praktyki zostaną ocenione przez potomnych podobnie jak my obecnie oceniamy niewolnictwo? Czy przypadkiem w naszej codziennej „normalności” nie mają miejsca podobne niesprawiedliwości? Analizując w swoim eseju przemiany w amerykańskim systemie prawnym Siegel pokazuje, jak to się dzieje, że zapisana w konstytucji równa ochrona pozostaje wyłącznie na papierze. Walki o równość prowadzą bowiem jedynie do podważenia pewnego typu uzasadnień dla nierówności, a w odpowiedzi system prawny ewoluuje tak, aby móc owe nierówności podtrzymać w sposób nieodwołujący się do potępionych zasad. Jak mówią: wiele się musi zmienić, żeby wszystko zostało po staremu.

Jak wyglądało to w przypadku praw kobiet? Do połowy XIX wieku małżeństwo było prawnie definiowane jako hierarchiczna relacja, w której mąż miał nieograniczone niczym prawo do osoby żony, jej pracy i wniesionej w posagu własności. Kobieta nie miała prawa bez zgody męża zawierać wiążących prawnie umów, ani też wnosić spraw do sądu – mógł to tylko w jej imieniu zrobić mąż. Dzięki działalności aktywistek w drugiej połowie XIX wieku legislatury stanowe zaczęły stopniowo przyznawać kobietom prawo do zachowania kontroli nad swoją własnością i zarobkami, a także do posiadania osobowości prawnej. Hierarchiczny dyskurs, w którym żona była poddaną i służącą swego męża, został potępiony, a zamiast tego uznano, że małżeństwo jest relacją opartą na miłości i równości. Jednak świeżo uzyskana możliwość wnoszenia spraw do sądu została natychmiast w praktyce ograniczona, chociaż nie zostało to explicite sformułowane w ustawie. Sądy „były jednomyślne co do tego, że mąż nie miał już zwyczajowego prawa do wymierzania żonie kar cielesnych, ale te same sądy były jednakowo przekonane, że prawo nie może sankcjonować sytuacji, w której żona ciągałaby męża po sądach w sprawach dotyczących przemocy domowej.” Przy czym doktryna wyłączenia małżeńskich sporów z interwencji sądowych uzasadniana była właśnie poprzez odwołanie się do jego definicji jako opartego na miłości związku dwóch dusz: wyciąganie na widok publiczny jakichkolwiek niesnasek byłoby przecież wchodzeniem z butami w tę wzniosłą, uświęconą sferę!

Podobnie rzecz się miała z prawami czarnoskórych. Niewolnictwo zniesiono i wszystkim obywatelom zostały przyznane równe prawa oraz możliwość zawierania umów. Czy jednak małżeństwo aby na pewno jest umową, a zatem czarni mogą żenić się z białymi? Czy równe prawa mają pociągać za sobą możliwość jeżdżenia tymi samymi autobusami, mieszkania w tych samych dzielnicach i korzystania z tych samych restauracji? Początkowo niektóre sądy uznały, że owszem, traktując dosłownie zapisaną w ustawie równość. Siegel pokazuje, w jaki sposób stopniowo zbudowano prawniczy front przeciwko takim interpretacjom kładąc podwaliny pod system segregacji społecznej, której podstawą było hasło „równi, ale oddzielni”. Argumentowano, że zapisana w ustawie równość dotyczyć ma tylko praw obywatelskich, od których pieczołowicie oddzielono prawa „społeczne”. W słynnej sprawie Plessy v. Ferguson Sąd Najwyższy zaprzeczył jakoby „prawne oddzielenie dwóch ras naznaczało rasę kolorową piętnem niższości”, chociaż w tej samej opinii uznawano, że „mieszanie się ras” jest nieakceptowalną formą „społecznej równości”, która nie może zostać prawnie nakazana. „Jeśli obie rasy mają wchodzić w kontakty na płaszczyźnie społecznej równości, to musi to być rezultatem naturalnego powinowactwa, wzajemnego uznania swoich zasług oraz dobrowolnej zgody obywateli.” A zatem, konkludował Sąd, segregacja jest jak najbardziej zgodna z konstytucją.

Współcześnie błędy przeszłości zostały odrzucone, a doktryna „podwyższonego nadzoru” (heightened scrutiny) zobowiązuje sędziów do uważnego sprawdzania, czy wprowadzane ustawy nikogo nie dyskryminują. Pięknie? Nie do końca. Bowiem zgodnie z przyjętą obecnie interpretacją oznacza to wyłącznie badanie tego, czy sformułowania ustaw są neutralne pod względem płci, rasy lub orientacji seksualnej. Jeśli zaś neutralnie sformułowane ustawy mają niekorzystne efekty dla pewnych grup, to muszą one wykazać, że dyskryminacja została w nich celowo założona przez ustawodawcę, a nie jest jedynie efektem ubocznym. Obowiązująca w innych sferach prawa zasada przewidywalnego skutku tutaj zostaje podważona i za konstytucyjny uznaje się na przykład zapis dający weteranom preferencje przy zatrudnianiu w urzędach, co w praktyce wyklucza z nich kobiety. Wprawdzie efekt ten jest nietrudny do przewidzenia, ale tylko świadoma intencja ustawodawcy mogłaby sprawić, że byłoby to sprzeczne z zasadą równości. Aby taką sprzeczność wykazać, konieczne byłoby zatem uzyskanie dowodów takiego właśnie złośliwego stanu umysłu prawodawców!

Zatem w praktyce, konkluduje Siegel, konstytucja zezwala państwu na działania, które utrwalają, a nawet pogłębiają, społeczne nierówności, o ile tylko sformułowane są one w języku neutralnym pod względem płci, rasy czy orientacji seksualnej. Obecnie jednak poprawność polityczna sprawia, że otwarte odwoływanie się do dyskryminujących zasad właściwie nie ma już miejsca. Rasizm, seksizm czy homofobia przyjmują zawoalowane formy – ale tego zgodnie z obowiązującą interpretacją zasada równej ochrony nie obejmuje. Jedyne regulacje prawne otwarcie odwołujące się do zakazanych kategorii to akcje afirmatywne i właśnie na nie kieruje się krytyczna uwaga sądów. Przy czym w tym przypadku, o dziwo, nie liczy się cel, jakim jest walka o równość, ale sam fakt klasyfikowania obywateli na podstawie zakazanych kategorii. Cóż, wydaje się, że akurat walka z dyskryminacją nie może się obyć bez dzielenia ludzi na dyskryminowanych i uprzywilejowanych.

Reva Siegel zwraca uwagę, że źródła tego obłudnego sposobu myślenia tkwią w walce z segregacją rasową, która wbrew pozorom okazała się dużo trudniejsza na „nie-rasistowskiej” północy. Podczas gdy na południu prawny zakaz segregacji doprowadził do integracji w szkołach, okazało się, że na północy wiele z nich wciąż było wyłącznie czarnych lub białych. Na segregację, która nie miała podstaw instytucjonalnych, ale opierała się jedynie na powszechnym przekonaniu o gorszości czarnych oraz na ich niższym statusie ekonomicznym, nie było łatwego lekarstwa. Tym bardziej, że chroniąc rasistowski porządek społeczny sądy wprowadziły rozróżnienie na segregację de jure i de facto. Stwierdzono, że tylko ta pierwsza: celowa, instytucjonalna segregacja łamie prawo. Nie może ono jednak nic poradzić na wpływ „naturalnych” czynników takich jak miejsce zamieszkania czy różnice w poziomie szkolnych kompetencji na to, jaka rasa przeważa w danej szkole.

Zatem dyskryminacja, która przejawia się wyłącznie w praktyce kryjąc się za deklaracjami równości jest dużo bardziej zjadliwa i trudniejsza do zwalczenia. Osobiście z najgorszymi aktami dyskryminacji spotkałam się właśnie ze strony osób mających usta pełne feminizmu. Co gorsza, wskazanie, że dyskryminują, budziło nieporównanie większą wściekłość i agresję, ponieważ burzyło ich dobre mniemanie o sobie i wyższość wobec prymitywnego „ciemnego ludu”, do którego edukowania rościli sobie przecież pretensje.

Reva Siegel pisze, że współczesny dyskurs akcji afirmatywnych opiera się na założeniu, że dyskryminacja jest wyłącznie kwestią minionych niesprawiedliwości, które sprawiają, że kobiety i rozmaite mniejszości mają mniejsze szanse. Na pewno w jakimś stopniu jest to prawda, ale autorka podkreśla, że mechanizmy wykluczania nie są bynajmniej sprawą przeszłości, dlatego konieczne jest zwrócenie uwagi na to, jak obecnie działające rozwiązania prawne podtrzymują nierówności. I to nie na płaszczyźnie niepoznawalnych intencji ustawodawców, ale przewidywalnych skutków stanowionego przez nich prawa. Natomiast wracając do braku felietonistek: problem nie leży tylko w kwestiach wychowania, które mówi kobietom, że ich głos się nie liczy, ale przede wszystkim w tym, jak piszące kobiety są obecnie traktowane przez redaktorów, którzy, tak się dziwnie składa, wciąż w przeważającej większości są płci męskiej. W konkretnym, jednostkowym przypadku trudno oczywiście udowodnić, że zastosowano niesprawiedliwe, zawyżone kryteria oceny, ale w szerszej skali widać wyraźnie, że kobiety są w mniejszości wśród piszących, a także w rozmaitych, nawet „postępowych”, redakcjach. Bo to przecież po prostu widać, że tekst podpisany kobiecym nazwiskiem jest gorszy.

To po prostu widać!

Psychologowie społeczni wykazywali to wielokrotnie: stereotypy są okularami, przez które patrzymy na świat i dostrzeżenie faktów, które mogłyby im zaprzeczyć, jest często praktycznie niemożliwe.2 Stereotypy ukierunkowują naszą uwagę sprawiając, że z morza bodźców i informacji wyłowimy właśnie te zgodne z nimi, resztę pomijając. Jednak nawet jeśli uda nam się w ogóle zauważyć fakt niezgodny ze stereotypem, prawdopodobnie wkrótce o nim zapomnimy: łatwiej bowiem zapamiętujemy to, co jest zgodne z naszymi schematami myślowymi. Gdyby pomimo wszystko jakiś zaprzeczający stereotypom fakt utrwalił się w naszej pamięci, to i tak ma niewielkie szanse wygrać dostęp do naszej świadomości z tymi, które go potwierdzają, gdyż to one pierwsze przychodzą nam na myśl. Mechanizmy te działają zwłaszcza wtedy, gdy jesteśmy zmęczeni, albo gdy mamy zbyt wiele bodźców do intelektualnej obróbki: wykraczanie poza automatycznie aktywowane schematy myślowe wymaga bowiem świadomej intencji oraz sporo wysiłku, na co nie zawsze mamy siły lub chęć.

Stereotypy umacniane są także przez mechanizmy atrybucji: pozytywna niezgodna ze stereotypem cecha czy osiągnięcie zostaną przypisane warunkom zewnętrznym, podczas gdy odpowiedzialność za wszelkie negatywne fakty zostanie umieszczona wewnątrz jednostki potwierdzając w ten sposób stereotyp. Jeśli zatem kobieta pisze znakomite teksty, to nie wynika stąd bynajmniej, że jest świetną publicystką – bo takie zwyczajnie nie istnieją. Znaczy to po prostu, że się jej ten raz, dwa, albo i piętnaście – udało. Jeśli kobieta od wielu lat bezwypadkowo prowadzi samochód, nie oznacza to, że jest dobrą kierowczynią. Jeśli jednak popełni błąd za kierownicą, to z pewnością będzie to wynikać z jej płci (a nie na przykład ze zmęczenia czy złych warunków atmosferycznych) i będzie stanowiło dowód na to, że kobietom nie powinno się dawać prawa jazdy. Możesz całym swoim życiem zadawać kłam stereotypom, ale nikt tego po prostu nie zauważy. A jeśli będzie musiał, to przypisze to fuksowi albo sprzyjającym warunkom zewnętrznym. Jeśli natomiast choć raz popełnisz błąd wpisując się w stereotyp, fakt ten przesłoni wszystko inne i na wieki wryje się w świadomość twojego otoczenia.

Stereotypy to także nierówne kryteria oceny oraz interpretacji społecznej rzeczywistości. W pewnym badaniu białym mieszkańcom Kalifornii pokazywano sfilmowane scenki, wszystkie według identycznego scenariusza: dwóch mężczyzn dyskutowało, a gdy dyskusja stawała się coraz bardziej gorąca, w pewnym momencie jeden z nich popychał drugiego. Badani mieli zaklasyfikować owo popchnięcie: czy był to żart, przesadne dramatyzowanie, czy może zachowanie agresywne, a nawet przemoc? Odpowiedzi różniły się znacząco w zależności od rasy aktorów. Jeśli popychającym był czarny, większość badanych interpretowała to jako agresję lub przemoc, a ta ostatnia odpowiedź padała jeszcze częściej, gdy popychany był biały. Jeśli zaś to biały odgrywał rolę popychającego, zwykle oceniano to jako nadmierną emocjonalność lub żart. Ponadto badani uznawali, że przyczyną krewkiego gestu białych była sytuacja, w przypadku czarnych przypisując go wewnętrznej dyspozycji do agresywnych zachowań.

Na tej samej zasadzie oczywiste jest, że jeśli w pewnej grupie ludzi mężczyzna chce zmusić wszystkich do przestrzegania dodatkowych wymogów nieujętych w regulaminie, to nie ma to nic wspólnego z narzucaniem innym swojej woli. Jeśli natomiast kilka dni później w tej samej grupie kobieta zaproponuje pod głosowanie poprawkę do owego regulaminu, to zostanie uznana za autorytarną i agresywną. Historia brzmi wręcz groteskowo głupio? Owszem, ale to się proszę państwa naprawdę zdarzyło. Oczywiście w towarzystwie, w którym idee feministyczne są wszystkim bardzo bliskie.

Ale selektywność społecznej uwagi oraz nierówne kryteria oceny to nie wszystko. Grupy dyskryminowane spotykają się bowiem z traktowaniem, które działa jak samospełniająca się przepowiednia wywołując zgodne ze stereotypem zachowanie. W pewnym eksperymencie zbadano najpierw, w jaki sposób biali uczestnicy przeprowadzający fikcyjne „rozmowy kwalifikacyjne” odnosili się do potencjalnych „kandydatów” w zależności od ich rasy. Stwierdzono, że przepytując czarną osobę, zachowywali oni większy fizyczny dystans, unikali kontaktu wzrokowego i robili więcej błędów językowych, a cała rozmowa trwała prawie o jedną trzecią krócej, niż gdy „kandydatem” był biały. Na tej podstawie zdefiniowano dwa style przeprowadzania takich rozmów, które potem zostały zastosowane na innej grupie badanych „kandydatów” – tym razem wyłącznie białych. Okazało się, że ci, z którymi rozmawiano na sposób zwykle stosowany wobec czarnych, wypadli gorzej, byli bardziej zdenerwowani i robili więcej błędów językowych. W ten sposób społeczeństwo zmusza czarnych, żeby sami „udowadniali”, że są głupsi i nie nadają się do odpowiedzialnych i dobrze wynagradzanych prac.

Zwróćmy uwagę, że zaobserwowane różnice w stylu przeprowadzania rozmów kwalifikacyjnych to subtelne detale niemożliwe do zmierzenia poza sterylnym środowiskiem eksperymentu i w większości przypadków pozostające poza świadomością tych, którzy w ten sposób dyskryminują. Podobne mechanizmy stoją też u podstaw problemu nikłej liczby kobiet w redakcjach czy panelowych dyskusjach. Ton głosu, spojrzenie, niedosłyszenie lub przerwanie wypowiedzi mogą składać się na spójny wzorzec niosący wyraźny przekaz: „nie jesteś kimś, kto może mieć coś ważnego do powiedzenia”.

Kto na tym zyskuje i czy aby na pewno

Taki stan rzeczy nie jest jednak wyłącznie kwestią jednostkowych mechanizmów kognitywnych czy intelektualnego lenistwa sprawiającego, że widzimy to, co zawsze widzieliśmy i interpretujemy to zgodnie z utartymi kliszami. Reva Siegel tak wyjaśnia opisany przez siebie mechanizm ewoluowania form dyskryminacji w pozornym pochodzie ku równości: „Zakładając, że to, co jest stawką w takich walkach, ma pewną wartość, jest wysoce nieprawdopodobne, aby ład prawny wyłaniający się po reformach redystrybuował materialne i prestiżowe „dobra” w sposób, który byłby wyraźnie niekorzystny dla beneficjentów poprzedniego, zakwestionowanego reżimu.” Podstawą dla systemów dominacji jest zatem przede wszystkim to, że ci, którzy są w nich na górze, mają dzięki temu uprzywilejowany dostęp do władzy, podziwu i pieniędzy.

Ale każdy kij ma dwa końce. Jeśli kryteria stosowane w ocenie tekstów kobiet są zawyżone, oznacza to – z drugiej strony – że te dla mężczyzn są ulgowe. Jak więc można cieszyć się potokiem „lajków”, jeśli gdzieś z tyłu głowy czai się świadomość, że przynajmniej część z nich zawdzięczamy nie intelektowi, a… przyrodzeniu? Wiadomo, że dominujący są źli, dlatego trzeba od tego faktu permanentnie uciekać – zwłaszcza we współczesnej kulturze przesiąkniętej liberalnymi, równościowymi deklaracjami. Jak pokazują badacze analizujący współczesne sposoby językowego przejawiania się rasizmu,3 narzędzi do podtrzymywania i usprawiedliwiania istniejących nierówności dostarczają właśnie owe liberalne tezy – podobnie jak definiowanie małżeństwa jako opartego na miłości może de facto zalegalizować przemoc domową. Twierdzenia, że nikogo nie można do niczego zmuszać i wszyscy powinni być traktowani jednakowo, uzasadniają status quo w pełnym sprzeczności dyskursie, w którym na pierwszy plan wysuwa się pragnienie, by nie uchodzić za rasistę. Jeśli jednak rasizmu już nie ma, a zostały tylko „naturalne” różnice, to po co takie pragnienie? I po co „nie uchodzić”?

Świadomość, że jesteśmy beneficjentami dyskryminacji budzi poczucie winy, a próba zagłuszenia go prowadzi tylko do tym większych niesprawiedliwości. Jak pisze psychoanalityk Neil Altman:

Twierdzę, że wiele haniebnych momentów w amerykańskiej historii można rozumieć w terminach unikania poczucia winy. Na przykład na amerykańskim południu gwałtowny opór wobec ruchu praw obywatelskich może być rozumiany w terminach przytłaczającego poczucia winy wobec ludzkich krzywd wyrządzonych przez niewolnictwo i jego następstwa, które zostałoby wyzwolone, gdyby przyznać, że Afroamerykanie są ludzkimi istotami posiadającymi te same prawa, co Amerykanie europejskiego pochodzenia. Wzrastająca coraz bardziej marginalizacja biednych w naszym społeczeństwie może zostać ujęta jako usiłowania ze strony wielu Amerykanów z klasy średniej, aby usunąć ich cierpienie z naszego pola widzenia w celu uniknięcia poczucia winy.4

Ucieczka od poczucia winy sprawia ponadto, że dominujący tracą kontakt z rzeczywistością, jak wykazywał w 1962 roku afroamerykański pisarz, James Baldwin:

Amerykański Murzyn ma tę wielką przewagę, że nigdy nie wierzył w tę kolekcję mitów, której czepiają się kurczowo biali Amerykanie: że ich przodkowie byli wszyscy kochającymi wolność bohaterami, że urodzili się w najwspanialszym kraju, jaki kiedykolwiek istniał, albo że Amerykanie są niezwyciężeni w boju a mądrzy podczas pokoju, że Amerykanie zawsze honorowo obchodzili się z Meksykanami, Indianami i wszystkimi innymi sąsiadami i ludami im podporządkowanymi, że amerykańscy mężczyźni są najbardziej na świecie bezpośredni i męscy, zaś amerykańskie kobiety są czyste. Murzyni dużo lepiej znają białych Amerykanów; można prawie powiedzieć, że tak naprawdę wiedzą o białych Amerykanach to, co rodzice – a przynajmniej matki – wiedzą o swoich dzieciach, i że bardzo często w ten właśnie sposób postrzegają białych Amerykanów. […] Naprawdę tendencja była taka by, na ile to możliwe, traktować białych ludzi jako nieco szalone ofiary swojego własnego prania mózgu.5

Czy kobiety podobnie patrzą na mężczyzn? Owszem, w wielu „babskich” rozmowach pojawiają się wątki pełne tego typu „wyrozumiałości”, rzadko jednak wyrażane są one publicznie, poza zamkniętym kręgiem przyjaciółek. Kwestia seksizmu wydaje się bowiem trudniejsza od innych uprzedzeń, ponieważ dyskryminujący nas „oni” nie są inną rasą, klasą czy wyraźnie od nas oddzieloną grupą społeczną. To nasi koledzy, przyjaciele, mężowie i kochankowie i nie chcemy przecież robić im przykrości. Mówienie o dyskryminacji wprowadza taką niemiłą atmosferę! Czy nie lepiej cieszyć się z ich osiągnięć – a przecież naprawdę się cieszymy! – a nie podkreślać, że nasze są wcale nie gorsze, chociaż spotykają się z mniejszym uznaniem, co potem zwykle przekłada się na niższą zapłatę?

Co zatem robić?

Niestety, z dyskryminacją nie da się walczyć tak, żeby nie było niemiło. Jeśli coś ma się realnie zmienić, to ci, którzy dotąd byli na górze, muszą po pierwsze pogodzić się z utratą dotychczasowych przywilejów. Jest to niewątpliwie niemiłe, ale przyznajmy, że dużo bardziej nieprzyjemnie jest musieć systematycznie mierzyć się z dyskryminacją. Po drugie zaś, nie da się uciec od nieprzyjemnego poczucia, że brało się udział, choćby tylko bierny i nieświadomy, w systemie dominacji. Że czerpało się z niego korzyści. Próba uniknięcia tej świadomości skończy się tylko kolejnym przekształceniem mechanizmów dyskryminacji. Jeśli jesteśmy w nich zanurzeni po uszy, jeśli kształtują one to, co jesteśmy w stanie zobaczyć i jak to interpretujemy, to jedynym ratunkiem jest ciągła czujność w sytuacjach, gdy mogą one mieć wpływ na to, jak traktujemy innych. Na przykład Neil Altman stwierdza, że na obecnym etapie historii nie da się uniknąć nieświadomego wpływu uprzedzeń na własne zachowanie – nawet jeśli się jest psychoanalitykiem, który poświęcił na ich badanie wiele lat.

Podkreślmy: nie chodzi o to, że nie jesteśmy w stanie w żadnym stopniu takich mechanizmów kontrolować i że kierują one nami jak robotami. Czasami taka kontrola jest możliwa, innym razem jesteśmy na to zbyt zmęczeni, albo też działają inne mechanizmy, które sprawiają, że nie do końca świadomie idziemy na przykład za seksistowskimi tendencjami w danej grupie. Nie jest łatwo zauważyć, jak społecznie konstruowana „normalność” kształtuje nasze sposoby postrzegania i myślenia: to przecież normalne, że to mężczyzna wymyśla ważne teorie, a nie kobieta; to normalne, że dostaje dużo większe uznanie (zarówno symboliczne jak i finansowe) za swoją pracę. Ale z całą pewnością kontrola nad wpływem stereotypów nie jest możliwa, gdy założymy, że nie jest w ogóle potrzebna. Koniecznym warunkiem przekroczenia systemu dominacji, który więzi obie strony i zmusza tych, co są na górze, do nieustannej ucieczki od poczucia winy, jest zatem przyjęcie do wiadomości tego faktu, że niesprawiedliwości mają miejsce. Dopóki kobiety nie będą zarabiały tyle samo za tę samą pracę, dopóki nie będzie ich około 50% na szczytach władzy i wśród różnorakich autorytetów, mężczyźni będą mieli powody do poczucia winy, że korzystają z niesprawiedliwych przywilejów. Ale rozwiązaniem nie jest zaprzeczanie temu, lecz starania, aby to zmienić – wychodzące właśnie z założenia, że potrzeba zmian jak najbardziej istnieje, także w naszym własnym otoczeniu.

Trzeba przy tym pamiętać, że bycie „na dole” bynajmniej nie jest szczepionką na uprzedzenia. I nie chodzi tylko o to, że geje mogą dyskryminować kobiety, a one z kolei mogą przejawiać uprzedzenia rasowe czy klasowe. Ponieważ ideologie wspierające systemy dominacji kształtują percepcję wszystkich, więc zdarza się na przykład, że także kobiety dyskryminują inne kobiety. Interioryzując narzucone im „gorsze” tożsamości – czarnym dzieciom białe lalki również wydają się „ładniejsze” – osoby dyskryminowane nie tylko nie wykazują solidarności z własną grupą, ale zabiwszy własne ambicje i potrzeby, tym gorliwiej „sprowadzają do parteru” te, które ośmielają się podważyć istniejące hierarchie.

Nie można też zasłaniać własnych uprzedzeń jakimiś cudzymi, wielokrotnie gorszymi. Reva Siegel zwraca uwagę, że demonizowanie starych, potępionych praktyk często służy ukryciu nowych wcieleń dyskryminacji, bo przecież źle to było a nie jest. W Polsce podobną funkcję rzadko spełnia przeszłość, a częściej inne kultury, ze szczególnym uwzględnieniem islamu, albo też „zacofana” wieś. Wprawdzie stosujący ten manewr zwykle o wsi wiedzą niewiele, ale na pewno musi tam być straszna ciemnota – nie to co u nas. Naznaczanie różnego rodzaju „faszystów” pozwala uzyskać status światłych obrońców pięknej różnorodności, ale jednocześnie uniemożliwia walkę z uprzedzeniami owych „oświeconych” – bo z definicji nie mogą one istnieć. Uzyskana w ten sposób satysfakcja moralna niewiele się zatem różni od samozadowolenia segregacjonistów, że jakże wspaniałomyślnie znieśli niewolnictwo.

I przede wszystkim: trzeba patrzeć na skutki naszych działań, a nie na ukryte (czasem także przed nami samymi) intencje. Jeśli w redakcjach czy w mądrych dyskusjach kobiet jest jak na lekarstwo, to znaczy po prostu, że nie miały równych szans się tam dostać. Bo nie chcecie chyba powiedzieć, że to dlatego, że są głupsze?

 

Małgorzata Anna Maciejewska

Filozofka i publicystka. Obroniła na UW doktorat z filozofii dotyczący roli tego, co inne w tworzeniu się naszej tożsamości. Publicystycznie feministka i antykapitalistka. Publikowała m.in. w Przekroju, na portalach Lewica.pl i NowePeryferie.pl

 

1 R. Siegel, Why Equal Protection No Longer Protects: The Evolving Forms of Status-Enforcing Action, Stanford Law Review, vol. 49, 1997, s. 1111-1148.

2 Por. np. M. Augoustinos, I. Walker, Social Cognition, SAGE Publications 1995.

 3 M. Wetherell, J. Potter, Mapping the Language of Racism: Discourse and the Legitimation of Exploitation, Columbia University Press 1993.

 4 N. Altman, The Analyst in the Inner City. Second Edition: Race, Class, and Culture Through a Psychoanalytic Lens, Routledge, New York and London 2010, s. 286.

 5 J. Baldwin, „The Fire Next Time”, w: J. Baldwin, Collected Essays, Library of America, New York 1998, s. 344.

 


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *