“Narodziny pigułki” – książka o walce o wolność seksualną kobiet

Narodziny pigułki to błyskotliwa opowieść o buntownikach i buntowniczkach, którzy dowiedli, że dzięki niekonwencjonalnemu myśleniu i głębokiej wierze w swoje racje można zmienić najbardziej podstawowe założenia społeczne. To także opowieść o Ameryce, która porzuciła gorset i z entuzjazmem weszła w wyzwolone lata wolnej miłości.

Za zgodą wydawnictwa publikujemy fragment książki, mając nadzieję, że zachęci Was do lektury całości.

Była starą kobietą, która uwielbiała seks i od czterdziestu lat próbowała go ulepszyć. Choć jej rude włosy posiwiały, a serce szwankowało, nie składała broni. Powtarzała, że wciąż kieruje się tym samym, prostym i potężnym pragnieniem: chce opracować naukową metodę antykoncepcji, znaleźć́ magiczny środek, który pozwoli kobietom uprawiać seks tak często, jak tylko zapragną, bez ryzyka ciąży.Uważała to za wykonalne, lecz na przestrzeni lat w kółko słyszała od kolejnych uczonych, że absolutnie nic nie da się zrobić. Czas uciekał. Człowiek, z którym miała się spotkać w mieszkaniu przy Park Avenue, był zapewne jej ostatnią nadzieją.

Nazywała się Margaret Sanger i należała do najsłynniejszych bojowniczek XX stulecia. Tamtego dnia umówiła się na rozmowę z Gregorym Goodwinem Pincusem, naukowcem o IQ geniusza i cokolwiek wątpliwej reputacji. (…)

Pincus słyszał o Margaret Sanger – słyszały o niej całe Stany Zjednoczone. To ona rozpropagowała termin „kontrola urodzeń” i niemal w pojedynkę stworzyła ruch na rzecz praw reprodukcyjnych. Przekonywała, że dopóki kobiety będą seksualnie podporządkowane mężczyznom, dopóty nie zapanuje pełna równość płci. W 1916 roku założyła na Brooklynie pierwszą w kraju klinikę kontroli urodzeń, później pomogła uruchomić dziesiątki tego rodzaju placówek na całym świecie, lecz mimo wielu dekad ciężkiej pracy środki antykoncepcyjne udostępniane w tych klinikach – głównie prezerwatywy i kapturki naszyjkowe – były nie dość skuteczne, mało praktyczne lub trudne do zdobycia. Sanger czuła, że próbuje uczyć głodujących ludzi o zdrowym odżywianiu, choć nie może im zaoferować nic do jedzenia. Spotkała się z Pincusem, bo potrzebowała taniej, łatwej w użyciu i niezawodnej metody antykoncepcji, najlepiej w formie pigułki. Mówiła, że zależy jej na rozwiązaniu farmakologicznym, żeby kobieta mogła po prostu połknąć tabletkę rano podczas śniadania albo mycia zębów, nie musząc prosić o zgodę mężczyzny, z którym sypia. Dzięki temu seks stałby się bardziej spontaniczny, nie wymagałby uprzednich przygotowań ani kłopotliwej gmeraniny kosztem przyjemności. Przy czym wymarzony środek antykoncepcyjny nie powinien wpływać na płodność kobiety, bo ta mogła przecież chcieć dzieci, tyle że w późniejszym okresie życia. Musiał też sprawdzać się wszędzie, od slumsów Nowego Jorku po dżunglę Azji Południowo-Wschodniej, zapewniając stuprocentową skuteczność.

Czy da się opracować coś takiego?

Wszyscy uczeni, z którymi dotąd rozmawiała, udzielili przeczącej odpowiedzi, mnożąc powody. Jedni uznali cały projekt za nieprzyzwoitość i plamę na reputacji, inni twierdzili, że brakuje odpowiednich technologii, a nawet gdyby istniały, to możliwość stosowania antykoncepcji była ograniczona prawnie w trzydziestu stanach oraz na poziomie federalnym. Po co zadawać sobie trudu z wymyślaniem pigułki, której żadna firma nie ośmieli się wprowadzić do produkcji, a żaden lekarz nie przepisze?

Sanger liczyła jednak, że Gregory Pincus okaże się człowiekiem ulepionym z innej gliny, że będzie na tyle odważny lub zdesperowany, by spróbować.

Była połowa stulecia. Naukowcy podejmowali sprawy życia i śmierci, niegdyś leżące przede wszystkim w gestii artystów i filozofów. Ludzie w białych kitlach – głównie mężczyźni – zyskali status bohaterów, dawców życia, wojowników dzielnie walczących z chorobami. Malaria, gruźlica i syfilis przegrywały bój ze współczesną medycyną. Rządy i korporacje przeznaczały gigantyczne kwoty pieniędzy na badania, sponsorując wszystko – od szkolnych klubów naukowych po eksperymenty z zimną fuzją. Zdrowie stało się kwestią społeczną i polityczną. II wojna światowa spowodowała wprawdzie spustoszenia, ale i powszechne zmiany, a jej koniec przyniósł obietnicę wolności i lepszego życia. Uczeni mieli tę obietnicę wypełnić.

Amerykanie przeprowadzali się do pudełkowatych domów na przedmieściach, poznawali nowe przyjemności w rodzaju wypielęgnowanych trawników, wytrawnego martini lub serialu Kocham Lucy. Życie na początku lat pięćdziesiątych zdawało się stateczne i podporządkowane sztywnym regułom. Siostry Andrews śpiewały I Wanna Be Loved, a John Wayne w Piaski Iwo Jimy dumnie prezentował militarną potęgę kraju i przywiązanie do demokratycznych ideałów.

Dla Amerykanów nastała złota era. Powracający z wojska młodzi ludzie szukali przygód i nowych okazji, by poczuć się bohaterami, zarazem przystosowując się do nudy życia domowego, małżeńskiego i zawodowego. Podczas wojny obowiązywały inne zasady moralne, a seks był mniej zobowiązujący: kobiety spotykane za granicą chętnie sprzedawały żołnierzom ciało w zamian za papierosy i gotówkę. Narzeczone, które czekały w ojczyźnie, wysyłały namiętne listy, obiecując swym mężczyznom rozmaite rozkosze po powrocie do domu. Zresztą Amerykanki także zaczęły eksperymentować z powszechnymi normami. Wojna sprawiła, że weszły na rynek pracy, zaczęły zarabiać pieniądze i nie musiały już mieszkać z rodzicami. Wiele z nich spotykało się i uprawiało seks z mężczyznami, których wcale nie zamierzały poślubiać. Próbowały przelotnych związków, intymność nabrała dla nich nowego znaczenia. W 1948 roku Alfred Charles Kinsey, profesor z Indiany, opublikował raport Sexual Behavior in the Human Male [Zachowanie seksualne mężczyzny]; pięć lat później ukazała się druga praca Sexual Behavior in the Human Female [Zachowanie seksualne kobiety]. Z obu wynikało, że ludzie zachowują się dużo swobodniej, niż dotąd sądzono. Osiemdziesiąt pięć procent respondentów i respondentek przyznało się do seksu przedmałżeńskiego, pięćdziesiąt procent do zdrad i romansów, do masturbacji – niemal wszyscy. Co prawda niektóre wnioski Kinseya okazały się później nie w pełni uprawnione, lecz tak czy inaczej jego publikacje były niezwykle doniosłe.

W 1949 roku Hugh Hefner, student socjologii na Uniwersytecie Northwestern, przeczytał raport i zainspirowany napisał pracę semestralną, w której opowiadał się za walką z tłumieniem popędów seksualnych w Ameryce. „Spróbujmy poszukać wyjścia z tego mrocznego labiryntu, pełnego tabu i złych emocji, spróbujmy wydostać się na otwarty teren, gdzie świeci światło rozumu” – wzywał i szykował się już, by dołożyć własną cegiełke.

Margaret Sanger odwiedziła Gregory’ego Pincusa w zimową noc na Manhattanie, aby snuć plany rewolucji – bez bomb, bez broni, za to z seksem, najlepiej z mnóstwem seksu. Pozamałżeńskiego, nieprowadzącego do spłodzenia dziecka, odmienionego, przeprojektowanego, bezpiecznego, pozbawionego granic, służącego kobiecej przyjemności.

Seks miałby sprawiać kobiecie rozkosz? Dla wielu osób w 1950 roku było to nie do pomyślenia, jak lot człowieka na Księżyc albo organizowanie meczów baseballowych na sztucznej trawie.Poza tym prowadziło do rozmaitych zagrożeń. Co z instytucją małżeństwa i rodziny? Co z miłością? Gdyby kobiety zyskały kontrolę nad swoimi ciałami, gdyby mogły decydować, czy chcą zajść w ciążę, czy nie, jaki byłby następny krok? Dwa tysiące lat chrześcijaństwa i trzy stulecia amerykańskiego purytanizmu zostałyby unicestwione wskutek wybuchu niekontrolowanego pożądania. Przysięgi małżeńskie straciłyby moc, przestałyby obowiązywać dotychczasowe role genderowe i związane z nimi zachowania.

Nauka mogłaby uczynić to, czego nie zdołano osiągnąć za pomocą prawa: dałaby kobietom szansę zrównania się z mężczyznami. Sanger dążyła do tego przez całe życie.

Jonathan Eig „Narodziny pigułki”

Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski

Wydawnictwo Czarne

Feminoteka objęła książkę entuzjastycznym matronatem

 

 


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *