Patriarchat udomowiony – Listy do Feminoteki

PATRIARCHAT UDOMOWIONY

Listy do Feminoteki

Autorka tekstu: Arnika – Wasza sąsiadka, koleżanka, współpracownica

Zdjęcia: Jenna Newman/Unsplash

 

Tak, żyję w patriarchacie. Zdałam sobie z tego sprawę dziś, 8 marca, w Międzynarodowy Dzień Praw Kobiet. Takie odkrywcze stwierdzenie w ustach feministki i działaczki społecznej brzmi groteskowo. Przecież to, że żyję(my) w patriarchacie jest tak oczywiste, jak fakt, że Ziemia jest okrągła. Jednak dojście do tej konstatacji nie w odniesieniu do ludzkości, ale do własnej relacji z partnerem jest już znacznie dłuższym i psychologicznie trudniejszym procesem.

Pomógł mi dziś w tym poranny przebieg zdarzeń. Jestem matką 14 miesięcznego dziecka. Mój partner po nocy spędzonej na wolontaryjnej pracy społecznej (pisanie tekstów), stwierdził, że on potrzebuje sobie pospać. Był to kolejny dzień, kiedy nie uczestniczył on w naszych porannych rytuałach, a rodzicielskich wysiłkach.

Spróbowałam sobie wyobrazić odwrotną sytuację, kiedy ja wykonując moją pracę najemną lub społeczną do późna w nocy (a także wykonuję obie te rzeczy i to wyłącznie w tych porach, bo to jest jedyny czas, kiedy mogę się na tym skupić), rano stwierdzam, że ja jednak nie zajmuję się Małą, bo muszę się wyspać. Brzmi jak kiepski żart. I jest kompletnie nierealnym scenariuszem.

Postanowiłam zatem dziś – w Międzynarodowym Dniu Praw Kobiet – zrobić inną listę, niż robi się zazwyczaj. Nie listę zakupów, zadań do zrobienia, czy marzeń, ale listę wykonywanych przeze mnie prac opiekuńczych. Tych, które wykonuję TYLKO JA, choć dziecko ma przecież dwoje rodziców.

 

Poza karmieniem, przewijaniem, przebieraniem i tzw. codziennym byciem z dzieckiem:

  • planuję z wyprzedzeniem co dziecko będzie jadło na kolejne posiłki (4 dziennie), często przygotowuję dzień wcześniej półprodukty, aby rano dziecko mogło szybko zjeść pierwszy posiłek;
  • odzież i obuwie – na bieżąco robię selekcję za małych rzeczy i przekazuję je innym osobom, które będą mogły z nich skorzystać; myślę nad tym, jakich nowych ubrań i obuwia potrzebuje moje dziecko i organizuję lub kupuję te rzeczy;
  • niezbędne sprzęty typu wózek, chusta do noszenia, łóżeczko, krzesełko do jedzenia, laktator – analizuję co jest na rynku, zbieram informację na temat charakterystyki produktów, różnic między nimi i opinii użytkowniczek (bardzo, bardzo dużo czasu spędzone w internecie), robię zakupy (umawiam się oraz jadę do osób, które sprzedają / oddają używane rzeczy);
  • pamiętam, wybieram i kupuję takie niezbędne pierdoły jak talerze do jedzenia, kubki kapki i niekapki, śliniaki, gryzaki etc.
  • wizyty w ośrodku zdrowia – poza umawianiem wizyt w związku z klasycznymi infekcjami (których na szczęście nie jest za dużo), przede wszystkim pilnuję kalendarzu szczepień; wykonuję telefony dotyczące umawiania się na wizyty do pielęgniarki środowiskowej; zawczasu tak planuję szczepienia, aby nie kolidowały z moją pracą albo innymi obowiązkami, abym tego dnia mogła być tylko dla Małej (w razie, gdyby Mała czuła się niedobrze);
  • zdrowie – czytam o różnych zaleceniach związanych ze zdrowiem, np. związanych z dietą wegetariańską czy myciem zębów. Dbam, aby dziecko codziennie otrzymało witaminę D3 i B12. Pamiętam, aby w sytuacji, kiedy już kończą się te suplementy, w domu były kolejne opakowania. Podaję leki i inne ziołowe specyfiki, kiedy dziecko jest chore.
  • zajęcia dodatkowe oraz kontakty z rówieśniczkami i rówieśnikami – analizuję dostępną w mojej okolicy ofertę, tzw. śpiewanki czy basen (znowu – bardzo bardzo dużo czasu spędzonego w internecie), wybieram najbardziej dogodną, planuję udział, jeżdżę i biorę z dzieckiem udział w tych zajęcia;
  • opieka instytucjonalna – analizuję dostępną w mojej okolicy ofertę (bardzo bardzo dużo czasu spędzonego w internecie), kontaktuję się z poszczególnymi placówkami, żeby dowiedzieć się szczegółów (cena, dostępność czy dzieci muszą brać udział w zajęciach religii etc.), umawiam się na spotkania osobiste. No i cały czas myślę, która placówka będzie dla mojej Malutkiej najlepsza i muszę podjąć decyzję;
  • Pakuję dziecko na wszystkie wyjazdy;
  • Dbam, aby w domu była odpowiednia ilość pieluch i mokrych chusteczek na zapas;
  • Czytam i podejmuję refleksję na temat rozwoju motorycznego, intelektualnego i emocjonalnego Małej.

O ironio! W istocie zrobiłam to, o co proszę uczestników i uczestniczki prowadzonych przeze mnie warsztatów dotyczących (nie)równości płci. A przecież mówimy o związku zbudowanym na micie partnerskich relacji, gdzie jedna i druga osoba określa się jako feministka.

Patrzę na ten tekst i pytam się siebie – jak to się, kurwa stało? Żeby inni znajomi, rodzice, małżeństwa kuzynów – to co innego. Ale ja, my…? Przecież nic nie wskazywało na taki bieg wypadków – chłopak potrafi ugotować (często znacznie lepiej niż ja sama), sprząta w domu i generalnie sam się ogarnia (typu pranie etc.), co w patriarchacie nie jest przecież takie oczywiste, że będzie to robił mężczyzna.

I nagle przypominam sobie te wszystkie dane, na które powołuję się na swoich warsztatach. W badaniach blisko połowa Polaków i Polek (46%) preferuje model partnerski, w którym kobieta i mężczyzna mniej więcej tyle samo czasu przeznaczają na pracę, zawodową i oboje w równym stopniu zajmują się domem i dziećmi, ale…. zaledwie 28% par przyznaje, że funkcjonuje w takim modelu[1]. Dodatkowo, częstokroć po pojawieniu się w rodzinie dziecka relacja partnerska często zmienia się na relację tradycyjną. Nierzadko to kobiety wspierają taki bieg wydarzeń. Czy to znaczy zatem, że w takim razie ja także – swoimi zachowaniami, wyborami czy zaniechaniem – wsparłam patriarchalne struktury!?

W literaturze dotyczącej równości płci istnieje takie pojęcie jak społeczny kontrakt płci, czyli podział pracy między kobietami i mężczyznami. Wykształca on specjalizację, czyli z grubsza rzecz ujmując, kobiety, przez ciągłą praktykę stają się bardziej efektywne w wykonywaniu prac domowych, a mężczyźni – stają się coraz bardziej sprawni w pracy zarobkowej.

W naszym związku nie raz podejmowaliśmy wysiłki, aby przełamać tradycyjny kontrakt płci i redefiniowaliśmy podział obowiązków. Czasami robiłam strajk – na przykład przestawałam zmywać naczynia, które zaczynały piętrzyć się w zlewie niczym Krzywa Wieża w Pizie. Zadziałało – wypracowaliśmy zasadę, że każde zmywa naczynia co drugi dzień. Metoda ta załamuje się jednak, jeśli chodzi o małego człowieka. Bo jeśli metaforą zlewu pełnego naczyń ma być jama ustna naszego dziecka, moja gotowość do strajku maleje. Dwa tygodnie temu zakomunikowałam mojemu partnerowi, że skoro ja jestem odpowiedzialna za długą listę spraw, to oczekuję od niego, że to on będzie „ogarniał” mycie zębów Małej. Od tamtej pory Mała miała myte zęby trzy razy…

Gdy patrzę na to wszystko jestem wściekła! Wiem jedno – po raz enty pójdę jutro na Manifę i będę krzyczeć znacznie głośniej niż zazwyczaj. Może to jednak za mało, siostry. Może trzeba wykrzyczeć to czasami w domu. Jeśli prywatne jest polityczne, to znaczy, że trzeba zrobić Manifę na środku dużego pokoju! Tekst piszę pospiesznie, korzystając z faktu, że mój partner wyszedł z dziecięciem na godzinny spacer. Przed wyjściem zapytał „A nie idziemy razem?”.

 

[1]      „Potrzeby prokreacyjne oraz preferowany i realizowany model rodziny”, CBOS, maj 2012

 


Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *